Po największym zawodzie, jakiego doznałem w życiu, usiadłem przy biurku i zacząłem zabijać się pracą. Przez siedem lat prawie nie wychodziłem z domu, zrywałem więzi z ludźmi, robiłem się coraz bardziej sfrustrowany i nieznośny, patrzyłem na fotografię w ramce i co roku pisałem nową książkę. W autodestrukcyjnym widzie nie zauważałem drobnych sygnałów ostrzegawczych, potem głośnych alarmów, a wreszcie ostrych czerwonych alertów, które wysyłał mój organizm. Gdy w końcu w czerwcu 2020 r. trafiłem do szpitala i zrobiono mi badania, sytuacja była już krytyczna. Kiedy myślę dziś o tym granicznym okresie, do głowy przychodzą mi jedynie słowa, którymi Pliniusz Młodszy próbował opisać mrok ogarniający świat po wybuchu Wezuwiusza: „Wszędzie panował już dzień, ale tutaj wciąż była ciemność, czarniejsza i gęstsza niż wszystkie noce”.
Przeżyłem. Na światło dzienne wyciągnęli mnie wtedy moja najlepsza przyjaciółka Agnieszka oraz spotkany ponownie po 18 latach Barry, który niebawem miał się stać dla mnie „bratem z wyboru”. Zbliżał się październik, wykłady i zajęcia, a ja wciąż tkwiłem w pochorobowej demencji i miałem spory problem z przypomnieniem sobie, kto napisał Granicę lub wyrzeźbił wielki ołtarz stojący w kościele Mariackim. Byłem tak wyniszczony, że na Gołębiej nie poznała mnie moja ukochana pani dziekan. I wtedy właśnie dostałem wiadomość z wydawnictwa: nieoczekiwanie znalazły się fundusze na opublikowanie monografii, pierwszej polskiej historii domków dla lalek, którą od jakiegoś czasu niespiesznie sobie pisałem. Warunek był jeden: całość musiałem złożyć do końca roku. Wypłacone z góry całkiem spore honorarium wydałem więc natychmiast co do grosza na kilkadziesiąt absolutnie niezbędnych i niedostępnych w bibliotekach pozycji. Postanowiłem szybciej wychodzić z mroku, a książkę, która powstanie, zadedykować Barry’emu i Agnieszce.
Skarby norymberskich mieszczan
Kiedy i gdzie pojawiły się pierwsze domki dla lalek – nie wiadomo. Miniaturowe domowe sprzęty i laleczki odnajdywano w trakcie wykopalisk archeologicznych prowadzonych nie tylko we Włoszech czy Grecji, ale i w Egipcie oraz na Dalekim i Bliskim Wschodzie, co pozwala przypuszczać, że mogły one niegdyś funkcjonować w jakichś przypominających domy przestrzeniach. Musimy przy tym pamiętać, że domki stały się zabawkami dla dziewczynek stosunkowo późno, bo dopiero pod koniec XVIII w., gdy w oświeceniowej Europie pojawiły się nowe koncepty pedagogiczne, a dzieciństwo zaczęto postrzegać jako ważny okres w rozwoju człowieka. Wcześniej pełniły one funkcję reprezentacyjną i stanowiły rozrywkę dla osób dorosłych i zamożnych. Ze źródeł historycznych wiemy choćby, że książę bawarski Albrecht V od 1557 r. posiadał miniaturowy model swojego pałacu, wiernie odwzorowujący wygląd wszystkich pomieszczeń i mieszkańców, od książęcej pary po ubijającą masło dziewkę kuchenną. Z kolei pół wieku później w Augsburgu książę pomorski Filip II obstalował sobie Meierhof (dwór wiejski), nad którym przez sześć lat pracowało 28 rzemieślników. Komnaty tego dworu pieczołowicie wyposażono w miniatury domowych sprzętów, mebli, świec w lichtarzach, gobelinów, naczyń, garnków, rusztów, łyżek i produktów spożywczych: połci kiełbasy, gomółek sera oraz osełek masła. Znalazły się tam nawet klatka z papugą i izba z czytającym książki uczonym, któremu towarzyszył biały piesek.
W XVII-wiecznej Norymberdze, wówczas europejskim centrum produkcji zabawek, obiekty takie stały się wyznacznikiem statusu społecznego i materialnego tamtejszych patrycjuszy. Były one raczej domami niż domkami dla lalek, gdyż mierzyły nawet 2,7 m wysokości, 1,5 m szerokości i ponad metr głębokości. Dockenhäuser, jak na nie mówiono, miały formę architektoniczną, posiadały dachy i kominy, a zamykały je drzwi naśladujące fasady. Kosztowały przy tym krocie. O ich cenie stanowiły jednak nie materiały, lecz robocizna, precyzyjne wykonanie setek malutkich przedmiotów przez wykwalifikowanych rzemieślników. Niejaką Frau Negges z Augsburga domkowe wydatki doprowadziły wręcz do ruiny, inaczej niż norymberską mieszczkę Annę Köferlin, która po śmierci męża i dzieci w 1631 r. zainwestowała w domek cały swój majątek i pokazywała go za opłatą. Biletem wstępu był drzeworyt z wyobrażeniem jej skarbu oraz wierszem podnoszącym dydaktyczne korzyści, jakie odniosą dzieci oglądające owo idealne domostwo.

Obiektów takich zachowało się kilkanaście – np. domek rodziny Von Stromer (Das Stromersche Puppenhaus) z 1639 r. ze zbiorów norymberskiego Germanisches Nationalmuseum (il. 2.). Na jego trzech kondygnacjach zaaranżowano 16 izb, pokazujących domostwo bogatego kupca, m.in. stajnię z końmi i krowami, piwnicę, sień, klatkę schodową, kantor, spiżarnię, pokój dziecinny, sypialnie i kuchnię. Pomieszczenia wyposażono w ok. 1000 maleńkich, precyzyjnie wykonanych sprzętów, przedmiotów codziennego użytku i dzieł sztuki, od drewnianej łyżki po obrazy. Na ścianach i sufitach namalowano imitacje polichromii, a na podłogach wzory naśladujące ceramiczne posadzki. Das Stromersche Puppenhaus daje nam dziś bezcenny, szczegółowy wgląd w życie zamożnej norymberskiej rodziny z I poł. XVII w.
Holenderskie kuratorki
W tym samym czasie moda na takie przedmioty zapanowała wśród holenderskich kobiet wywodzących się z warstw zamożnych kupców i regentów. Ich pronkpoppenhuizen – wystawne domki dla lalek – nie nawiązywały jednak do tych norymberskich, narodziły się w niezależny sposób i wywodziły z innej tradycji, ich początków należy upatrywać w kulturze kolekcjonerskiej Republiki Zjednoczonych Prowincji oraz w gabinetach osobliwości. Lalkowe pokoje umieszczano bowiem w bogato zdobionych szafach, podobnych do tych, w jakich zbieracze eksponowali naturalia, niewielkie obrazy, ryciny, rzeźby z kości słoniowej lub numizmaty. Otwarcie szafy i pokazanie gościom ukrytego w niej domku przypominało spektakl teatralny, tym bardziej że niektóre z nich wyposażone były w oświetlenie, bieżącą wodę oraz mechanizmy wprawiające w ruch sprzęty i figurki.

Holenderskie domki były więc de facto zbiorami miniaturowych dzieł sztuki, których wykonanie zlecano wziętym rzemieślnikom i artystom. Urządzanie ich nierzadko stawało się pasją kobiety, by nie rzec: trwającym kilkadziesiąt lat projektem kuratorskim. Dodam, że projektem kosztownym, przekraczającym często cenę prawdziwego domu w prestiżowej lokalizacji. Właścicielki same projektowały wnętrza, zamawiały miniatury i płaciły za nie z własnej kieszeni, często czerpiąc środki z posagów. Inwestycja bywała nie tylko finansowa, ale i emocjonalna; jedna z pań prowadziła nawet dziennik, w którym odnotowywała wszystkie nowe nabytki i wprowadzane zmiany. Do dziś przetrwało jedynie pięć holenderskich domków tego typu: Petronelli Dunois i Petronelli Oortman (Rijksmuseum w Amsterdamie), dwa Sary Rothé (Kunstmuseum w Hadze i Frans Hals Museum w Haarlemie) oraz Petronelli de la Court (Centraal Museum w Utrechcie) – moim zdaniem najpiękniejszy (il. 3).
Pochodząca z zamożnej rodziny brabanckich imigrantów de la Court (1624–1707) poślubiła amsterdamskiego kupca bławatnego, któremu urodziła dziesięcioro dzieci. Należała do elity finansowej Amsterdamu – małżonkowie posiadali browar i liczne nieruchomości. Petronella była także koneserką sztuki, zgromadziła kolekcję ponad 150 obrazów, przeszło 2 tys. porcelanowych naczyń, obrazów, map, rzeźb, rysunków i curiosów, nie wspominając o obszernej bibliotece. W latach 1674–1690 tworzyła domek dla lalek, będący odwzorowaniem jej własnego domu. W szafie z oliwnego drewna znalazło się 11 pomieszczeń, zarówno użytkowych, jak i reprezentacyjnych – namalowanie polichromii na ścianach salonu zlecono modnemu wówczas amsterdamskiemu artyście Frederikowi de Moucheron. Znajdziemy też makietę ogrodu z altaną i posągami oraz tzw. comptoir, czyli mały, wydzielony drewnianą obudową i przeznaczony do pracy kantor, wygospodarowany w większej izbie. W kuchni za niewielkimi drzwiami ukryto lawabo oraz ubikację. Zachowało się także 28 starannie wykonanych laleczek w pięknych strojach.
W holenderskich domkach, podobnie jak w norymberskich Dockenhäuser, ze względów estetycznych zmieniano układ i rzeczywisty ciąg pomieszczeń, wybierano również izby pasujące do osobistej wizji kolekcjonerek. To one jednak dają najbardziej wiarygodne świadectwo tego, jak żyli kiedyś Holendrzy, inaczej niż obrazy, którym zwykle nie można ufać. Dla badaczy dawnych wnętrz są one źródłem bezcennym. Wystrój i dekoracje historycznych pomieszczeń, a zwłaszcza kuchni, były przecież wielokrotnie zmieniane, pokoje przebudowywane, a stare meble zastępowano nowymi. W domkach, niczym w kapsule czasu, możemy je zobaczyć w oryginalnym kształcie i układzie, podobnie jak przedmioty, z których oryginalnych dużych wersji nie zachowała się ani jedna sztuka.
Kinder, Küche und Kirche
Reprezentacyjne, czyli niesłużące do zabawy, domki dla lalek długo cieszyły się popularnością. Znane było choćby lalkowe miasteczko Mon Plaisir tworzone w Arnstadt w latach 1690–1751 przez księżną Auguste Dorotheę von Braunschweig-Wolfenbüttel, która w ten sposób rekompensowała sobie nieudane życie osobiste. W XVII w. w angielskich pałacach pojawiły się naśladujące architekturę palladiańską baby houses z perfekcyjnie wykonanym wyposażeniem – najlepsze ich przykłady znajdziemy w Nostell i Uppark. W 1830 r. miniaturową wersję swojego luksusowego moskiewskiego apartamentu zaczął budować Paweł Wojnowicz Naszczokin, kolekcjoner, ekscentryk i przyjaciel Puszkina. Niestety, zamiłowanie do hazardu zmusiło go do zastawienia owego cudu, którego nigdy już nie odzyskał. Wśród miniatur, które przetrwały, zachował się np. fortepianik z klawiszami z kośćmi słoniowej, na którym da się grać drutami do robótek. W 1922 r. zakończono prace nad monumentalnym, zwieńczonym kopułą pałacem Tytanii, który dla swojej córki, a raczej wróżek, w które wierzyła, zamówił irlandzki arystokrata sir Nevile Rodwell Wilkinson – domek ten można dziś zobaczyć w duńskim zamku Egeskov. Najsłynniejszy domek dla lalek na świecie to jednak z całą pewnością znajdujący się na zamku w Windsorze Queen Mary’s Dolls’ House (1924), dar narodu dla królowej Marii Teck w podzięce za jej ofiarną postawę w czasie I wojny światowej. Wykonano go tak starannie, że oglądając zdjęcia jego wnętrz, ma się wrażenie podziwiania prawdziwej rezydencji. W piwnicy znajdują się zalakowane butelki z winem, toalety spłukiwane są wodą i wyposażone w rolki papieru toaletowego, a na stole w jadalni znajdziemy malusieńkie kieliszki, porcelanową zastawę i srebrne sztućce. Są też kwietny ogród, pełen limuzyn garaż, skarbiec z regaliami i bogata biblioteka z miniaturowymi książkami napisanymi specjalnie na tę okazję. O elektrycznym oświetleniu chyba nie muszę wspominać. Warto też nadmienić o domku Carrie Stettheimer, członkini nowojorskiej bohemy artystycznej międzywojnia (Museum of the City of New York). Zdobią go m.in. miniaturowe wersje obrazów namalowane przez samych artystów, np. Akt schodzący po schodach nr 2 Marcela Duchampa.
