Podobno ciągle Pani podróżuje. Gdzie Pani była ostatnio?
Parę miesięcy temu odwiedziłam Kopenhagę, żeby zobaczyć podobno najciekawszą na świecie kolekcję sztuki współczesnej w Muzeum Louisiana – tak się ono nazywa, bowiem właściciel budynku, w którym się znajduje, Alexander Brun, miał trzy żony, każdą o imieniu Luiza. Założyciel muzeum przejął tę tradycyjną nazwę. Zachwyciły mnie tamtejsze rzeźby. Pokazują dzieła Giacomettiego, Alexandra Caldera, Henry’ego Moore’a i Louise Bourgeois. Kolekcja jest tak olbrzymia, że nie sposób jej spamiętać.
Dzięki tej wyprawie zobaczyłam jeden z dwóch krajów w Europie, których wcześniej nie odwiedziłam: Danię. Została mi jeszcze Albania. Ją zamierzam zobaczyć we wrześniu.
Prowadzi Pani listę miejsc na świecie, w których jeszcze nie była?
Nie, nie prowadzę żadnych list. Niczego nie liczę. Natomiast miałam potrzebę ten brak uzupełnić, zwłaszcza że interesuję się i zajmuję sztuką współczesną.
W jednej z rozmów mówiła Pani, że chciała poznawać świat, więc korzystała z nadarzających się okazji, aby go zwiedzać. Jest Pani jedną z największych polskich podróżniczek, ale gdy czytałem Pani biografię i ostatnią książkę Ze mną przez świat. Pamiętnik wstecz, zwróciłem uwagę, że podróżowanie przyszło na Panią trochę z przypadku, ze zbiegu okoliczności.
Chciałam poznać świat, byłam go bardzo ciekawa, ale długo nie mogłam podróżować. Studiowałam sinologię na Uniwersytecie Warszawskim i dopiero po czwartym roku uczelnia wysłała mnie do Chin. To była moja pierwsza podróż w życiu, w 1957 r. Nieco wcześniej profesor chciał mnie wysłać na stypendium, lecz nie dostałam paszportu.
Poleciałam na sześć tygodni samolotem Tu-104. Podróż trwała dwa dni, z noclegiem w Nowosybirsku. Gdy wysiadłam, marzyłam o tym, żeby już nigdy nie wsiadać na pokład, i do dziś boję się tylko dwóch rzeczy: chamstwa i turbulencji. Niestety, moje marzenie się nie spełniło, musiałam czymś wrócić, a ponieważ świat mnie bardzo interesował, to mimo wszystko latałam. Nadal cierpię z tych wcześniej wymienionych powodów.
Taka pierwsza podróż musiała być bardzo ekscytująca. Co Pani czuła?
Co czułam? Zwiedzałam piękny, bardzo ciekawy kraj, o którym mogłam się czegoś nauczyć. To dla mnie bardzo ważne. Teraz już prawie zapomniałam chińskiego, wtedy jednak starałam się mówić w tamtym języku. Ale to prawda, to było fascynujące, by z Polski powędrować od razu do takiego dalekiego kraju jak Chiny.
Dziś raczej nie zaczyna się od takich wypraw, tylko od nieco skromniejszych kierunków. W kilka lat po podróży do Chin udała się Pani do Ameryki Łacińskiej.
Po ukończeniu studiów nie mogłam znaleźć posady w zawodzie. Teraz pewnie po sinologa ustawiają się kolejki, lecz wówczas nie było takich możliwości. Długo szukałam zatrudnienia: odkurzałam książki w bibliotece uniwersyteckiej, pracowałam w Parku Kultury, a potem w centrali importu-eksportu chemikaliów.
Niespodziewanie przyszedł do mnie list, że powstaje pismo „Chiny” i że proponują mi tam robotę. Bardzo się ucieszyłam. Tak zaczęła się moja kariera dziennikarska.
Niestety, gdy po kilku latach stosunki dyplomatyczne Polski z Chinami się popsuły, pismo zostało zlikwidowane i powstało na jego miejsce czasopismo „Kontynenty”, gdzie zaproponowano mi dział Ameryki Łacińskiej. Powiedziałam, że nie mam o tym pojęcia. „Nikt nie ma pojęcia” – usłyszałam w odpowiedzi i cóż, taka była prawda. Zaczęłam się uczyć hiszpańskiego, który teraz jest moim drugim językiem. Dużo czytałam i w końcu ruszyłam w podróż do Ameryki Łacińskiej. Tym razem statkiem handlowym o romantycznej nazwie „Transportowiec”. Po kilku latach stałam się ekspertką od tego kontynentu, a z czasem dorobiłam się konsultanta. Był nim Ryszard Kapuściński, wówczas korespondent PAP-u w mieście Meksyku.
Pisarz również związany z „Kontynentami”.
Tak, Rysiek dołączył do nich nieco później. Moja przygoda z „Kontynentami”, niestety, skończyła się po stanie wojennym, gdy przeprowadzano tzw. weryfikację i mój redaktor naczelny, Leon Onichimowski, wraz z jakimś dziennikarzem z Rzeszowa zadawali mi przykre pytania. W końcu okazali wielką łaskawość i powiedzieli, że jestem jaka jestem, ale mnie weryfikują pozytywnie i mogę nadal pracować w redakcji. Tyle że ja już nie chciałam. Powiedziałam, że nie wrócę do pisma, zwłaszcza że zwolniono z niego moją przyjaciółkę Elżbietę Kotarską, która działała w Solidarności.
Była już Pani wtedy uznaną podróżniczką.
Jeszcze zanim poznałam Tony’ego Halika, sama zwiedziłam prawie całą Amerykę Łacińską, i nie tylko. Brałam udział w licznych zjazdach Klubu Odkrywców (The Explorers Club), uczestniczyłam w kongresach latynoamerykanistów.
Miałam to szczęście, że gdy zaczęłam być rozpoznawalna, dostałam roczne stypendium na pobyt w Peru. Postanowiłam jechać przez Meksyk, bo tam wtedy odbywał się wielki kongres podróżniczy Światowego Stowarzyszenia Latynoamerykanistów, na którym relacjonowano najnowsze odkrycia, o których chciałam napisać do „Kontynentów”. Ryszard Badowski zaproponował mi, że jeśli będę w Meksyku, to może zrobię wywiad z Tonym Halikiem. Miałam już wtedy uprawnienia operatorskie, wzięłam ze sobą kamerę Bolex Reflex i poleciałam do Meksyku. Zadzwoniłam do Halika, ale jego sekretarka odpowiedziała mi, że go nie ma w domu, i poprosiła, żebym zostawiła swój numer telefonu.
Tyle że w tym czasie w ambasadzie czekała na mnie depesza, w której napisano, że zdymisjonowano minister kultury w Peru i anulowano moje stypendium.
No to co robić? Trzeba wracać do Polski – pomyślałam.
Na obiad zaprosił mnie mój przyjaciel, poznany wcześniej artysta José Luis Cuevas. Obiad był w ogrodzie, a Cuevas usadził mnie obok… prezydenta Meksyku Luisa Echeverríi Álvareza. Prezydent uprzejmie zapytał, jakie mam plany, a ja odpowiedziałam, że miałam jechać do Peru, lecz stypendium jest nieaktualne, więc wracam do Polski. Wtedy on zaproponował, że tutaj dadzą mi roczne stypendium, tylko mam przyjść następnego dnia na przyjęcie, na którym będzie jego rzecznik prasowy, który wszystko załatwi. Tak też się stało. Zostałam w Meksyku na rok, a Tony, gdy wrócił z Gujany, mnie odszukał. Zaczęliśmy razem zwiedzać kraj, ale jeździliśmy dwoma autobusami: ja miałam jechać z dziennikarzami meksykańskimi, a Tony z zagranicznymi, bo pełnił wtedy funkcję prezydenta Związku Dziennikarzy Zagranicznych.
Okazało się, że jesteśmy blisko siebie. Zakochaliśmy się w sobie.
Ale wróciła Pani do Polski.
Po roku w Meksyku prezydent zaproponował mi obywatelstwo meksykańskie i pracę. Podziękowałam. Powiedziałam, że wracam do swego kraju.
Postanowiłam wracać przez Peru, Tony „odwiózł” mnie do znajomych do Panamy, gdzie się rozstaliśmy. Tej samej nocy telefon: „Jutro przylatuję” – dzwonił Tony! Nie wiem, skąd on miał numer moich przyjaciół, ale rzeczywiście przyjechał i został na tydzień. Pojeździliśmy trochę po kraju, pozwiedzaliśmy zabytki. Miałam już jechać do ojczyzny, a on odprowadził mnie na lotnisko. Powiedziałam: tak, będę z Tobą, ale tylko w Polsce. Przyjechał. Nie miałam wątpliwości, że przyjedzie.
Po powrocie do Polski rozstałam się z mężem, Andrzejem Dzikowskim, też dobrym człowiekiem i dziennikarzem.
Z Tonym Halikiem realizowała Pani wspólne programy.
Tak, Pieprz i wanilia, wcześniej pod nazwami: Tam, gdzie pieprz rośnie, Tam, gdzie rośnie wanilia, Tam gdzie pachną migdały, Tam, gdzie kwitnie eukaliptus… Zabrakło nam koncepcji na kolejne tytuły i zostało Pieprz i wanilia. Ponad 300 programów przez 20 lat. Nikt nas nie sponsorował, Tony na szczęście miał dobrą pracę w NBC, a potem dobrą emeryturę i wydawaliśmy ją, żeby Polacy mogli poznać świat.
Jak przygotowywali się Państwo do swoich wypraw? Były jakieś stałe sposoby działania?
Zaczyna się od pomysłu, a potem trzeba dużo czytać. Tony’ego głównie interesowało to, co się rusza, czyli ludzie i zwierzęta, a tym, co stoi, czyli cywilizacją i zabytkami, zajmowałam się ja. Uzupełnialiśmy się, nigdy ze sobą nie rywalizowaliśmy. Każde z nas miało swoje zainteresowania i szanowało je u drugiej osoby.
Przed wyprawą trzeba się też nasłuchać.
Proszę pomyśleć, że przylatujemy np. do Meksyku i chcemy zrobić materiał o konkretnych zabytkach. Spotykałam się z kuratorami wystaw, naukowcami, którzy zajmowali się daną dziedziną, i dzięki temu poznawałam też bardzo ciekawych ludzi. Rozmowy mi dużo dawały, przyjaźnie na lata. Widziałam, że niewiele dzieje się przez przypadek, że trzeba zawsze pomóc szczęściu.
Czy uczyli się Państwo lokalnych języków?
Nie, na ogół wszędzie byli ludzie znający język angielski czy hiszpański. Czasami towarzyszyli nam tłumacze, którzy pomagali np. w rozmowach z miejscowymi Indianami. Często najpierw należało pójść do ich sołtysa i poprosić o prawo pobytu, dopiero wtedy mogliśmy zacząć fotografować, rozmawiać. Zawsze należy okazywać ludziom szacunek.
Zdarzały się Pani jakieś problemy czy trudności w trakcie wypraw? Czy docierali Państwo do miejsc, do których rdzenni mieszkańcy nie chcieli Państwa wpuścić?Nie, nie powiedziałabym, że trudności. Wspominałam już Panu, że boję się tylko chamstwa i turbulencji, niczego innego. Nigdy się nie bałam, bo miałam taki życiorys, w którym były trudne momenty. Przed maturą siedziałam w więzieniu pół roku za działalność antypaństwową. Dlatego w trakcie podróży już nie znałam strachu… Gdy jechaliśmy do Vilcabamby, ostatniej stolicy Inków, przez tydzień konno, to raz mnie koń zrzucił, a ja utknęłam w strzemionach i pociągnął mnie kilkadziesiąt metrów, nad przepaścią. Tony był tak przerażony, że nawet nie zdążył zrobić zdjęć wypadku i nie mógł sobie tego do końca życia darować, ale nic złego się nie stało. Bywały…