Jednym kojarzy się z niedojedzonym gofrem, drugim – ze smrodem, którego nigdy wcześniej nie poczuli, a jeszcze innym – z pozostawionymi butami, które na nikogo nie pasują. Takie śmiertelne rzeczy pozostają w człowieku na bardzo długo i powodują, że od czasu do czasu zalewa go fala bólu. Nawet kiedy pogrzeb już się skończy i wydaje się, że śmierć znowu nie istnieje, ona wraca w najmniej spodziewanym momencie, na przykład pod budką „Słodkie smakołyki u Marka”.
Róża wyraźnie czuła jej smak. Był jeszcze świeży. Po raz kolejny nie mogła dojeść gofra, chociaż miała na niego ochotę. Przecież nie mogła się oprzeć ich zapachowi od czasów, kiedy jeździła na kolonie. Teraz nadgryzała gofry i wyrzucała je do kubła. Starała się nie płakać, żeby nawet przed samą sobą nie przyznawać się, że tęskni.
Na pogrzebach rodziców nie rozmawiała z Trytkiem. Uznała, że po tylu latach nadal nie mają o czym. Jednak prawda była inna. Nie chciała go przeprosić za to, co mu zrobiła, i uznała, że on też nie miał na to ochoty. Złość leżała pomiędzy nimi i nikt nie jej nie ruszał, bo oboje uznawali, że to nie ich zadanie. Wszystkie kłótnie, które przeżyli w przeszłości, ożyły na nowo podczas pogrzebu. Żadne z nich nie miało ochoty na miłosierne przebaczenie (chociaż ojciec Tadeusz ze względu na wybraną drogę powinien mieć to w pakiecie zachowań dobrego ministranta). Ponieważ dzieci Halii były zajęte pielęgnowaniem starych urazów, a nie modlitwą za zmarłą, ona sama była zmuszona spacerować po zaświatach bez ich pomocy.
*– Co to za ścieżka? Cała zaśnieżona. Trochę przypomina tę, którą chodziłam do szkoły. Tylko kiedy jej nie widziałam, wyglądała trochę inaczej. Ale liczba kroków się zgadza. Za tym wielkim dębem trzeba skręcić w prawo i już powinno być widać moją podstawówkę. Tyle że budynku nie ma. Gdzie on się podział? Halia mówiła sama do siebie, tak samo jak sama do siebie widziała. Jej wzrok był ostry i niczym niezmącony, jednak nie wiedziała do końca, co z nim zrobić – pojawił się tak nagle. Był jak dodatkowy byt, który nie do końca mieścił się w jej ciele. Postanowiła jednak mu zaufać i dać się poprowadzić. Na drodze do nieba, piekła lub czyśćca poruszała się dosyć pewnie, tak jakby ją znała. Zawsze utykała jednak w tym samym miejscu. Kiedy chciała zobaczyć to, za czym tęskniła, droga zapętlała się i trzeba było wszystko rozpoczynać od nowa. Za każdym razem, kiedy znów znajdowała się w punkcie wyjścia, Halia traciła wiarę. Robiło się coraz zimniej. Jej stopy zapadały się w lodowatym śniegu. Ciało robiło się sine. „Czyżbym znowu musiała umrzeć? Tego by już było za wiele”. W galowej trumiennej sukience znalazła zapałki. „To pewnie od Andrzejka – pomyślała czule. – On wszędzie je chował. Robił to w razie czego. Uważał, że mogą się przydać w najmniej oczekiwanym momencie, i jak się okazało, miał rację”. Ostrą spinką do włosów Halia obcięła warkocz i położyła go sobie na klatce piersiowej. To było jedyne suche miejsce, na którym mogła rozpalić ogień, żeby się rozgrzać. Potarła zapałką o draskę. Nie pojawiła się nawet jedna iskra. Potarła następną i następną. Zielona siarka sypała się jej na brzuch, ale ogień nie chciał się zapalić. Wzięła wdech i dopiero wtedy to poczuła. „Tutaj nie ma tlenu. Spalanie jest niemożliwe. Więc jak ja oddycham?” To, co dostawało się do jej płuc, było bardziej jak wspomnienie niż życiodajne powietrze. Pierwszy raz poczuła, że wspomnienia mogą realnie na coś się przydać. Żyła tylko dzięki temu, że się nimi zaciągała. Wstała. Odcięte włosy upadły na śnieg. Otrzepała sukienkę i po raz kolejny ruszyła drogą w kierunku szkoły. – Czym są nasączane te nasze urny, żeby wywoływać takie absurdalne wizje? Może to lakier albo ten cholerny butapren, którym je kleją? Już dawno powinni go wycofać z użytku – mruczała pod nosem, uznając to wszystko za halucynację, i maszerowała dalej. Z każdym krokiem zapadała się w coraz głębsze śnieżne zaspy. – … W oddali zamajaczyła jakaś postać. – Halo, człowieku! Zatrzymaj się! Kurwa, nie odchodź!!! Wiatr (lub raczej wspomnienie wiatru) chlasnął ją po twarzy. Na ziemi Andrzej czasami sprzedawał jej taki cios. Ten jednak różnił się od mężowskiego uderzenia tym, że nie czuła się upokorzona. Cios na chwilę ją otrzeźwił i znowu zaczęła krzyczeć do nieznajomego. Wyglądał, jakby zbliżał się w jej stronę. Ponieważ zadymka śnieżna nadal trwała, Halia krzyczała, żeby się nie minęli. – Dobry człowieku! Spójrz w moją stronę! Kurwa, tutaj jestem!!! Kolejne chlaśnięcie. „Czyli dostaję po twarzy, kiedy przeklinam” – pomyślała. Znowu na chwilę ją zamurowało. A po tej chwili po raz kolejny. A po tej chwili jeszcze raz. Stała jak słup soli. Człowiek, którego nawoływała, był już metr od niej. – Czego się drzesz, idiotko? Przecież widzisz, że idę w twoją stronę. – Bardzo pana przepraszam, ale… – Pana? Jakiego pana? Halia przyjrzała się twarzy nieznajomego raz jeszcze. Czuła, jakby go znała, i jednocześnie nie miała pojęcia, kto to jest. Czasami kogoś się nie poznaje, bo pojawia się w miejscu, w którym zupełnie się go nie spodziewaliśmy. – Rozum ci odjęło, dziewczyno? To ja, twój ojciec Waldek. – Ojcze! – Przestań wrzeszczeć i zejdź mi z szyi. Jesteś zimna i przemoczona. Są trzy rzeczy, których nie lubię: hałas, mróz i wilgoć. No, może cztery, bo oprócz tego nie znoszę kobiet. Więc dzisiaj mam kumulację. Wszystko, co najgorsze, zwaliło mi się na głowę. Odzwyczaiłem się od tylu nieszczęść naraz. – Ale ojcze, przecież ja jestem twoją córką. – I co z tego? Jesteś również kobietą. – W rodzinnych opowiadaniach byłeś miły, szlachetny i szarmancki. Co się z tobą stało? – Właśnie tak wyglądały moja miłość i szarmanckość. Człowiek po śmierci się nie zmienia. Ludzie wymyślają te durne opowiadania, żeby wybielać ludzi. Łatwiej się im żyje, kiedy myślą, że udało im się spędzić czas z kimś wartościowym. Dziwi mnie, że w to uwierzyłaś. No, ale cóż, widocznie nie odziedziczyłaś inteligencji po mnie. – To ty jesteś imbecylem! – Za moich czasów dziewczyny były głupsze od chłopców. I w związku z tym, że nie przesadza się starych drzew, pozwól mi w to nadal wierzyć. Przecież jestem twoim ojcem. Powinnaś być mi coś winna. Przynajmniej szacunek. – Jesteś okropny. – Podobnie jak ty. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Do tego jesteś strasznie brzydka. Po kim ty odziedziczyłaś te mongolskie rysy? – Może po jakimś Mongole. Może to jego geny mam, a nie twoje. – Twoja matka była głupia i wierna. Dlatego nie można jej było niczego zarzucić. Z tego wynika, że płynie w tobie również moja krew, i nie da się temu zaprzeczyć. A teraz jeszcze jak ja wylądowałaś na tym pustkowiu. Widzisz, jesteśmy skazani na ten sam los. Rodzinne klątewki. – A gdzie my właściwie jesteśmy? – Cholera wie. – Przecież musi stąd być jakieś wyjście. – Może i jest, ale odkąd zginąłem, nie udało mi się go odnaleźć. – Przez tyle lat nic nie znalazłeś? – Przez ile? Jesteśmy tu tyle samo czasu. – Jak to? Przecież ja dopiero co umarłam. – To nieprawda. To znaczy może i prawda, jeżeli chodzi ludzkie przyzwyczajenia, lecz tutejsze realia są inne, bo nie ma tu czasu. Tak więc i ty, i ja jesteśmy tu dokładnie tak samo długo. Halia patrzyła na ojca i nie mogła uwierzyć, że dzieje się to, co się dzieje. Myślała, że po śmierci nie będzie już żadnych zaskoczeń, a tu proszę – taka niespodzianka. Patrzyła na niego z politowaniem. Przecież źli ludzie też umierają i robienie z tego tajemnicy tylko pogarsza sprawę, bo jak widać, można ich spotkać i zweryfikować kłamstwo. – Wiesz, ojcze? Tak zupełnie na spokojnie i bez emocji chciałam ci powiedzieć, że żałuję naszego spotkania. Wolałbym, żeby nigdy się nie wydarzyło. – Prawdę mówiąc, ja też żałuję. Przykro mi, że wyrosłaś na taką, na jaką wyrosłaś. Widać, że w twoim wychowaniu brakowało ojca. – Mnie niczego nie brakowało. Za to tobie brakowało mnie, żeby się przyzwyczaić do tego, że masz dziecko. – Miło się gawędzi smarkulo, ale muszę spadać. – A dokąd masz zamiar iść? – W tamtym kierunku. – Dlaczego akurat tam? – Bo ty idziesz…