Kiedy myślałam o tym, dlaczego moda na minimalizm i ograniczanie się zdaje się dziś słabnąć, a my znów rozbestwiamy się w nieskrępowanej konsumpcji, jako pierwsza przyszła mi do głowy The Tale Meredith Monk. Jedna z interpretacji tego utworu nowojorskiej artystki (od lat 60. tworzącej interdyscyplinarne dzieła, które łączą w sobie muzykę, taniec, teatr, film i performance) mówi, że to rozmowa starej kobiety ze śmiercią. Monk, wcielając się w staruszkę, wylicza Kostusze, dlaczego ta nie może jej zabrać ze sobą: „I still have my hands. / I still have my mind. / I still have my money. / I still have my telephone… / hello, hellooo, hellooooo? / I still have my memory. / I still have my gold ring… / beautiful, I love it, I love it!” To, co zwraca moją uwagę, to użycie słówka have, czyli „posiadać”, jako argumentu za pozostawieniem narratorki przy życiu. I choć wylicza byty zarówno niematerialne, jak i materialne, to wszystkie one – rzeczy posiadane – mają w jakiś sposób chronić nas przed smutnym końcem, trzymać przy materialności i istnieniu.
Może w tym utworze mieści się jakaś uniwersalna zasada, którą aż boję się zapisać, bo jest tak ultraprosta? Że wchodząc w posiadanie, otaczając się przedmiotami i osobami, kupując i jedząc – czujemy, że żyjemy i po prostu unikamy memento mori? To w końcu w celach mnisich – ideałach minimalizmu, które pewnie pokochałaby Marie Kondo (choć wątpię, by dawały jej one osławiony spark of joy) albo modni japońscy architekci wnętrz, z Masato Igarashim z IGArchitects na czele – powtarza się tę maksymę. Idąc dalej: czy to nie widmo śmierci – tak samo jak wojny, głodu, pandemii, niedołężności czy starości – doprowadza do karnawału, rozpasania, czasu zawieszenia praw i nasycania się życiem, tańcem, transem, muzyką, seksem i jedzeniem? A na pewno kupowania wszystkiego, co nasze starzenie się i rozpadanie lub nieuniknioną niedoskonałość miałoby ukryć. Rozpoznaję – choć widzę ten mechanizm i szczerze go nie lubię – że ja sama postępuje właśnie tak: za każdym razem gdy poziom estrogenu spada, za oknem plucha, a ja czuję się brzydka lub dopada mnie poczucie schyłku – zaczynam krążyć w odmętach Vinted, usprawiedliwiając się tym, że kupuję z drugiej ręki, więc „ratuję planetę”. Zakupami strojów, w których będzie przecież mi lepiej, raźniej, piękniej i szczęśliwiej, kompensuję okropności świata i moje własne poczucie niewystarczania w jego obliczu.
Moje przygody z rzeczami
Sama jestem klasycznym paradoksem – choć właściwie z nich ostatnio składa się nasza kultura i świat. Otóż jestem nadmiarem, będąc jednocześnie ograniczoną. Jestem kochającą kolor, wzory i faktury królową stylu camp: z mieszkania do mieszkania przewożę kiczowate bibeloty, do których jestem przywiązana, np. tęczową papugę z końca XIX w. czy sycylijską głowę Maura. W moim kredensie znajdziecie kryształy i zastawę po dziadkach i jest tego, tak jak ubrań w szafach i kosmetyków w łazience, dużo. A jednocześnie nie umiem kupić sobie mieszkania, bo w mojej głowie ciągle nie wiem, gdzie chcę mieszkać. Pracuję między dwoma (czasem trzema) miastami i kocham podróżować, więc ciągle przemieszczam się z walizkami i torbami. Kiedy obrastam w rzeczy, na oko obliczam: czy ta ilość przedmiotów zmieści się do jednego forda transita, tak żeby można było się przemieścić, po czym robię wystawkę, wysyłam rzeczy do fundacji lub upycham je u rodziców w pawlaczach.
W domu moich rodziców, zwłaszcza wokół kolekcji książek, toczy się wieczny spór: ojciec z genem zbieracza i instynktem łowcy od zawsze znosi do domu książki i gazety, przy czym w dużej mierze uprawia tsundoku – to japońskie słowo oznacza „stos rzeczy do czytania” i opisuje zjawisko kupowania książek, a następnie układania ich w stertach przy łóżku czy na meblach. Co ciekawe – nie ma oceniającego, negatywnego zabarwienia. Owo gromadzenie jest raczej dla Japończyków, tylko pozornie kochających minimalizm – jak Hirayama, bohater filmu Perfect Days Wima Wendersa – zrozumiałym źródłem radości. Tyle że nie dla mojej matki, bo ta – w przeciwieństwie do ojca – wszystko czyta, ale też trzyma pieczę (często odgrażając się, że z tym tsundoku zwariuje, i wywożąc do bibliotek nadmiary foliałów, np. mapy żeglarskie, które pojawiają się u nas z niezrozumiałych powodów, bo nikt z rodziny nigdy nie postawił nogi na łodzi) nad nieskrępowanym gromadzeniem ojcowym i domem, w którym książki zalegają nawet w piwnicy. To zresztą tam mieści się pokaźna część mojego księgozbioru, jego jądro, którego nie chciało mi się wnosić po schodach kolejnego wynajętego w Londynie, Nowym Jorku, Warszawie, Krakowie mieszkania. Żeby nie było, w każdym z nich pojawiła się jako kolejna warstwa „dostawka” – bo książki meblują mi i życie, i głowę. Po prostu łaknę świata jako obfitości myśli, przygód i życia. Życie powieściowych bohaterów trzyma mnie przy moim.
W innych dziedzinach życia potrafię się już ograniczyć – z wiekiem stałam się wyznawczynią filozofii no waste, której nauczyli mnie kucharze, ze świetnym filozofem kuchni Aleksandrem Baronem na czele (po upieczeniu kaczki kości wygotowuje się na rosół, a tłuszcz zlewa do słoiczków, nać z rzodkiewki przerabia na pesto). Naprawiam – choć to aktualnie kompletnie nieopłacalne – sprzęty, kupuję większość rzeczy w drugim obiegu, nigdy nic nie nabyłam na platformie Temu. Nie mam poduszek z Homli osobnych na Halloween i Boże Narodzenie. Jako osoba urodzona w deficycie lat 80. przeżywam szok za każdym razem, kiedy wchodzę do supermarketu („Boże, tu jest wszystko!” czyli – dla mojej neuroatypowej tożsamości – za dużo wszystkiego). Mieszkam w Krakowie, więc jeżdżę komunikacją miejską i pociągami, głosuję za partiami, które wedle mnie proponują zrównoważony rozwój. Książki jednak moje zrównoważenie kompletnie rujnują.
Pojemniki jak zęby od ortodonty
Pewnie dlatego czuję elitarystyczne powinowactwo duchowe z Beccą Rothfeld – amerykańską krytyczką literacką, eseistką i felietonistką, autorką zbioru Wszystko zbyt małe. Eseje ku chwale nadmiaru. W drugim rozdziale swojego tomiku krytyczka rozprawia się z Marie Kondo – guru minimalizmu, autorką kultowej Magii sprzątania. Rothfeld – nie bez zjadliwości – opisuje zmagania Japonki z odchudzaniem biblioteczki: Kondo najpierw odrzuciła część tytułów, potem doszła do tego, że książki to papier, a liczy się przecież informacja zawarta na ich stronach, jeszcze potem zdała sobie sprawę, że tak naprawdę ważne w książkach są przecież fragmenty – pojedyncze zdania, które ją inspirują. Które to postanowiła przepisać do zeszycika – a same książki wyrzucić. Aż w końcu w ramach poszukiwań idealnego sposobu porządkowania i declutter, odgracania, wydarła wszystkie strony, które dawały jej wspomnianą już „iskrę radości”, czyli japońskie tokimeku – i umieściła je w segregatorze w plastikowych koszulkach.
Rothfeld rozprawia się też z innymi autorami podręczników o sprzątaniu i minimalizmie, których przez lata namnożyło się tyle, że mają nawet osobną półkę w księgarniach i bibliotekach. „Dom, jaki nieodmiennie stawiają na piedestał wszystkie podręczniki porządkowania, to zawsze to samo wnętrze, wręcz hotelowe w charakterze, nieskalane choćby śladem indywidualnej osobowości. Jest zatem wylizany stylistycznie i wierny geometrii, cały w palecie stonowanych beżów i szarości. Sprzęty są w tych wnętrzach geometryczne, pozbawione ozdób, a każdy mebel to właściwie tylko surowy szkielet samego siebie. Spiżarka okazuje się szachownicą doskonale pasujących do siebie pojemników, stojących w szyku precyzyjnym jak szeregi zębów prosto od ortodonty. Na kuchennych blatach nie znajdziemy tu choćby okruszka, nikt też nie wywalił fury drobiazgów na stolik przy kanapie, a po podłodze w sypialni nie walają się brudne skarpetki. Udało się więc zatrzeć ślad, że ktoś tu właściwie mieszka – a na pewno jakikolwiek ślad ludzkiego ciała, z którego, jak wiadomo, nieustannie coś paskudnie wycieka albo od niego odpada. Mistrzowski ład niesie nam wizję domu, w którym nikt się nie gzi w pościeli, nikt nie sra w łazienkach, słowem: ideał domu oczyszczonego z żywych mieszkańców” (tłum. P. Siemion) – pisze Rothfeld.
Amerykańska autorka śledzi też początki minimalistycznej mody. „Możemy ulec złudzeniu, iż mania uładzania świata wyskoczyła nagle znikąd w okolicach roku 2007. (…) Faktycznie jednak mania sprzątactwa miała wiele poprzedniczek, choć w Ameryce znienacka się stała wszechobecna dopiero w dobie załamania gospodarczego w pierwszej dekadzie tego wieku” – pisze Rothfeld. Eseistka przywołuje postać Duane’a Elgina – mówcy, propagatora idei i orędownika tego, co sam nazwał „dobrowolną prostotą”. Elgin dużo pisał (w niewydanych w Polsce książkach, m.in. bestsellerze Voluntary Simplicity) i mówił o wspólnocie, która „może tchnąć nowe życie w naszą cywilizację”. Inaczej niż kontynuatorzy jego myśli z lat 2000., którzy z minimalizmu uczynili przede wszystkim indywidualistyczny lifestyle. Po Marie Kondo i jej wspomnianej już Magii sprzątania z 2014 r. pojawili się liczni naśladowcy, wydawane również w Polsce książki, takie jak: Esencjalista. Mniej, ale lepiej, Pożegnanie z nadmiarem czy Wielkie porządki w domu, umyśle i duszy, podkasty i filmy na YouTubie. Google Trends podpowiada, że pojęcie minimalizmu przeżyło szczyt swojej globalnej popularności w 2017 r. Dziś zyskuje ono średnio trzy razy mniej wyszukiwań niż wtedy. Podobnie zresztą przebiegła nieco późniejsza kariera terminu zero waste (oczywiście dla porządku warto dodać, że nie są to tożsame trendy: minimalizm skupia się na posiadaniu mniejszej liczby rzeczy, a zero waste na tym, żeby ich mniej wyrzucać – a często rytuałem przejścia dla minimalisty, jak w przypadku Marie Kondo, jest właśnie opróżnienie szafy).
O tym, co stało się ze światem, który przez ostatnie dekady porządkowaliśmy, świadczy przemiana samej Kondo – aktualnie świetnie prosperującej businesswoman, która nagle, po urodzeniu dzieci, odkryła, że prawdziwym życiem rządzi jednak bałagan, i mówi, że „odpuściła” porządek, nie odpuszczając jednak pomnażania majątku. Część influencerek również dostrzegła, że radykalne samoograniczenie uniemożliwia zarabianie – np. sprzedaż produktów – i spuściły z ascetycznego tonu.
O tym, że świat znów chce więcej, świadczą również modowe i wnętrzarskie trendy, które mój przyjaciel, specjalista od trendów i user experience Wojtek Skulski określa, korzystając z nazwy oscarowego filmu, mianem „wszystko, wszędzie, naraz”.
Według niego zmniejsza się oddziaływanie minimalizmu w wersji rygorystycznej, ascetycznej i kartonowo-betonowej. Spadek nie byłby problemem, gdyby prowadził do jakiegoś środka. Problemem jest jednak to, że nastąpił backlash. Ograniczanie się, uważność i bycie slow zastępuje wszechobecne już błyskawiczne podbijanie spadającej dopaminy sponsorowane przez nowe zasady i narzędzia rozhulanego rynku. Ma być jeszcze bardziej sezonowo, jeszcze bardziej na wyciągnięcie ręki, na jedno kliknięcie i jeśli trzeba, to na kredyt. Media społecznościowe, które zamieniły się w witryny reklamowo-sprzedażowe, proponują po 600 marek tego samego produktu, a napędzane przez chińskie platformy sprzedażowe fast fashion jest faster than ever.
Przywilej klasowy
O minimalizm i jego przeciwieństwa postanowiłam zapytać Zofię Małkowicz – socjolożkę, z doktoratem z UAM w Poznaniu, która prowadzi także badania służące projektowaniu innowacji poza akademią, współautorkę książki Błędnik. Utrzymując równowagę. Ale zanim przeszłyśmy do kwestii równowagi, Zofia zarysowała mi swoje doświadczenie przy grancie Archiwum Badań nad Życiem Codziennym, w którym wraz z innymi osobami zbierała i archiwizowała badania dotyczące codzienności w Polsce w ostatnim wieku.
– Można tam było znaleźć całe bogactwo różnorodnej wiedzy dotyczącej tego, jakimi przedmiotami się otaczamy, co spożywamy, w jakich kontekstach – mówi badaczka. Czego ją to nauczyło? Rzeczy i przedmioty rzadko mają w naszym życiu tylko jedną funkcję – zazwyczaj spełniają kilka potrzeb jednocześnie. Jakie to potrzeby? Funkcjonalne, społeczne, symboliczne i emocjonalne. – To dlatego trudno nam się ograniczać, bo przedmioty nie są tylko narzędziami, są też nośnikami wspomnień, emocji i relacji – podkreśla Małkowicz. – Zazwyczaj więc nie jesteśmy w stanie posiadać tylko jednej rzeczy, która zaspokaja jakąś podstawową potrzebę. Rzadko kto więc ma tylko jeden kubek do kawy albo dwie pary spodni – tłumaczy badaczka.
A przecież posiadanie dwóch–czterech par spodni zalecali kiedyś minimaliści. Małkowicz wyjaśnia – popierając w tym Rothfeld – że minimalizm, taki, jaki wyskakuje w Trendach Google czy na blurbach książek, pojawił się jako kontrtrend wobec nadprodukcji. Badaczka od razu jednak dodaje:
– Żyjemy w dobie rozwiniętego kapitalizmu, który bazuje na nazywaniu i kreowaniu naszych potrzeb. A im więcej mamy potrzeb, tym więcej pojawia się przedmiotów, zdarzeń, usług, które mają je zaspokoić. I po większą ilość z nich sięgamy. Nie widać sposobu na zatrzymanie tej rozpędzonej maszyny nadprodukcji.
Są jeszcze inne wymiary, które mogą powodować, że minimalizm traci na znaczeniu, np. stojąca za nim ściema. Socjolożka wprost mówi, że minimalizm stał się też jednym z gatunków powierzchniowego „washingu” – sposobem na przerzucenie odpowiedzialności za nadmiar produkcji na jednostkę, i tym samym stanął koło pink czy green-washingów, czyli budowania wizerunku marek na rzekomym wspieraniu społeczności LGBT albo ochrony środowiska. Pamiętacie, kiedy naszą obsesją stały się plastikowe słomki i jednorazowe torby? I kiedy uświadomiono nam, że jakkolwiek byśmy pakowali nasze ziemniaki w torby płócienne czy papierowe, i tak nie uratujemy świata, bo potrzebne są rozwiązania systemowe? Minimalizm bardzo podobnie sugeruje, że to my mamy rozwiązać problem nadprodukcji, rozwiązując przy okazji problem z chaosem w głowie.
Małkowicz boleśnie obnaża też inny „cień” minimalizmu:…