Uczysz studentów, Twoje książki są pełne rad dla przyszłych dziennikarzy – a jaka jest najlepsza rada, jaką sam dostałeś?
Szczerze powiedziawszy, nie dostałem żadnej. Jako dziennikarz byłem wrzucony na głęboką wodę i wszystkiego uczyłem się po drodze. Jeden z moich pierwszych dużych wywiadów, z Alem Pacino w 1978 r., liczył z początku 2 tys. spisanych z taśmy stron! Musiałem nauczyć się je indeksować, wyłuskać najlepszy materiał, nadać mu strukturę. Tak się uczyłem zawodu.
Pierwsza rzecz, której musisz się nauczyć w tej pracy, to nie zrażać się odmową. Choć reprezentowałem dużą gazetę, namówienie na wywiad Barbary Streisand zajęło mi 17 miesięcy. Z Marlonem Brando było podobnie. Z Laurence’em Olivierem nigdy się nie udało, ale pisałem do niego z prośbą o rozmowę co kilka miesięcy aż do jego śmierci. Normana Mailera przekonałem dopiero po tym, jak wysłałem mu telegram – e-maile jeszcze nie istniały – w którym wyjaśniałem, dlaczego powinien się ze mną spotkać. W końcu oddzwonił: „Okej, przyjeżdżaj”. Pisarz James Michener także długo się opierał, a gdy zaczęliśmy, rozmawialiśmy przez następnych 17 lat, od 1980 do 1997 r. Zaczęło się wywiadem dla „Playboya”, skończyło książką.
Jak wygląda cała logistyka takiego wywiadu?
Często spotykałem się w domach gwiazd czy w hotelach, gdzie się zatrzymali, ale kiedyś policzyłem, że ze 40 rozmówców – m.in. Harrisona Forda, Angelinę Jolie, Sharon Stone – gościłem u siebie w domu. Bo jak ktoś mówił: „Spotkajmy się w restauracji”, wiedziałem już, co to oznacza.
Podsłuchującą publiczność?
Przede wszystkim dźwięk sztućców, brzęk talerzy i całą tę resztę, którą dyktafon łapie bezlitośnie. Dlatego wtedy proponowałem: to może spotkajmy się u mnie, mieszkam w kanionie, gdzie jest cicho i przyjemnie, zrobię coś do jedzenia, będzie nam się łatwiej gadało. Niektórzy agenci znali mnie potem jako „tego dziennikarza, co sprasza do siebie gwiazdy”, lecz to się zwykle sprawdzało.
Co im wtedy gotujesz?
Prawdę mówiąc, jedzenie zawdzięczaliśmy zawsze mojej żonie, która gotuje po mistrzowsku. Kiedyś zrobiła azjatyckie pierożki, które tak zachwyciły Pavarottiego, że gdy zadzwonił agent z informacją, iż limuzyna właśnie podjechała, a pod Tower Records stoi kolejka fanów licząca z tysiąc osób, on powiedział, że niestety, wszyscy muszą jeszcze poczekać, bo on właśnie poprosił o dokładkę.
Czego dziś uczysz studentów dziennikarstwa?
Najważniejsze to być dobrze przygotowanym do samej rozmowy – zwłaszcza jak masz do czynienia z kimś, dla kogo jest to setny wywiad, więc z zasady jest mocno znudzony. Poza tym gwiazdom już nie zależy tak bardzo na rozmowie z dziennikarzem, bo dziś nie potrzebują mediów tak jak kiedyś – sami komunikują się z fanami niemal non stop. Dlatego warto im od razu pokazać, że rozmowa z „pośrednikiem” ma sens, bo to nie to samo. Niezależnie od tego, czy na rozmowę masz godzinę, dzień czy tydzień, muszą wiedzieć, że masz do nich zapisanych setki pytań. Nawet jeśli nigdy ich nie pokażesz, poczują to.
Punkt drugi?
Pewność siebie – musisz wierzyć, że znasz się na tej robocie i panujesz nad sytuacją. I punkt trzeci: traktuj rozmówcę jak równego sobie, nawet gdy jest ojcem fizyki kwantowej Richardem Feynmanem czy Linusem Paulingiem, który na koncie miał dwie Nagrody Nobla – jedną z chemii, a drugą pokojową, za działania na rzecz rozbrojenia i sprzeciwiające się broni jądrowej. Co wiedziałem na te wszystkie tematy? Z początku niewiele. Ale obczytałem się na tyle, że byłem w stanie inteligentnie z nimi rozmawiać. Jeśli masz przeprowadzić dobry wywiad z aktorem, musisz mieć obejrzane wszystkie jego filmy, z pisarzem – przeczytane wszystkie książki, choć dobrze wiedzieć również rzeczy mniej oczywiste, np. że pisarz James Michener miał fioła na punkcie dinozaurów, archeologii i ewolucji. To wszystko pomoże ci zrozumieć, co twojego rozmówcę naprawdę fascynuje. A zarazem warto pamiętać, że nie idziesz na egzamin, tylko poznać bliżej ciekawego człowieka. I czasem po prostu dać się ponieść, licząc na trochę szczęścia. Ja tak miałem z Feynmanem.
Z Feynmanem?
Kiedyś zdarzyło mi się zjeść z nim kolację, podczas której opowiedział, jak potknął się o krawężnik, podnosząc komputer, i mocno uderzył się w głowę. Nie przejął się tym zbytnio. Później inny profesor zauważył, że jego równania były błędne, i miał rację. Ale Feynman zaniepokoił się na dobre dopiero wtedy, gdy znienacka usnął u kobiety, którą przyszedł narysować – bo musisz wiedzieć, że on uwielbiał rysować nagie kobiety i często je w tym celu odwiedzał w domach. No więc raz zdarzyło się, że zasnął, a po przebudzeniu nie mógł znaleźć swojego samochodu. Zaparkował dwie przecznice dalej, lecz zupełnie zapomniał gdzie. Dopiero wtedy uznał, że coś jest z nim nie tak, i skontaktował się z lekarzem. Okazało się, że upadek wywołał krwiaka i dopiero operacja przywróciła jego umysłowi dawną sprawność.
Kiedyś wspomniałem tę historię w rozmowie z redaktorem „Los Angeles Times”, zamówił u mnie wywiad z Feynmanem, a ten zaprosił mnie do siebie, do MIT. To właśnie podczas naszego spotkania dostał powołanie do komisji badającej katastrofę promu kosmicznego Challenger. Nie był zachwycony, uważał, że to strata czasu. Ale potem to on rozgryzł sprawę – przyczyną tragedii był zamarznięty pierścień uszczelniający. Musiałem przepisać niemal gotowy materiał, żeby to uwzględnić.
Nie poszedłem do Feynmana dyskutować o mechanice kwantowej – poszedłem porozmawiać o nim. A przy okazji miałem szczęście i trafiłem na moment, który potem zmienił historię astronautyki.
No i jeszcze trzeba mieć dobre otwarcie, bo błyskawiczne złapanie kontaktu to podstawa.
Można się tego nauczyć?
Tak, ja nauczyłem się, gdy jako 17-latek dorabiałem, sprzedając po domach encyklopedie. Trzeba było nieźle się nagimnastykować, żeby ludzie w ogóle wpuścili mnie do środka.
Doświadczenie domokrążcy przydało mi się np., gdy robiłem wywiad z Robertem De Niro. To nie jest prosty rozmówca, bo nie znosi mówić o sobie.
Jak więc sobie poradziłeś?
Spotkaliśmy się na 15. piętrze hotelu Drake w Nowym Jorku. Nawet tak wysoko dochodził uliczny zgiełk, więc zagadałem, że u mnie, w Nicholas Canyon, słychać tylko śpiew ptaków i zastanawiam się, jak to jest dorastać w takim hałasie. To okazało się całkiem niezłym wstępem do rozmowy o dzieciństwie w Nowym Jorku, ale trzeba pamiętać, że small talk nie może trwać zbyt długo. Chodzi o to, żeby najpóźniej po 10–15 min nasz rozmówca powiedział już: „Dobre pytanie!”. Przy De Niro padło to, gdy w kontekście jego roli we Wściekłym Byku zapytałem go, po której jest stronie w dyskusji na temat tego, czy jest sens, żeby aktor tak mocno zmieniał się fizycznie, przygotowując się do filmu.
Z kolei Marlon Brando o aktorstwie nie chciał rozmawiać w ogóle. Prawa rdzennych Amerykanów i ochrona środowiska to były jedyne tematy, na które się zgodził, tymczasem redakcja pozwoliła mi zająć nimi tylko 10% wywiadu.
Brzmi frustrująco, nawet jeśli pamiętam, że na ten wywiad Brando zaprosił Cię na swoją prywatną wyspę.
Wziąłem go sposobem. Wcześniej przeczytałem każdą książkę o rdzennych Amerykanach, jaką udało mi się znaleźć, i napisałem ze 400 pytań. Ostatecznie wykorzystałem może cztery. Ale i tak zadawałem je wszystkie po kolei, żeby pokazać mu, że zależy mi na tym samym co jemu. Zanudziłem go na tyle, że o filmie zaczął rozmawiać z ulgą. A gdy już raz zaczął, gadaliśmy swobodnie o wszystkim.
Odwagi w zadawaniu pytań nauczył mnie aktor Elliot Gould – na szczęście było to na początku mojej kariery, w 1974 r. Przyszedłem na wywiad obkuty i zadawałem kolejne pytania: zrobiłeś to, powiedziałeś tamto. A on odpowiadał: „To tylko informacje”. Za każdym razem. W końcu nie wytrzymałem i mówię: „Wiem, ale to taka rozgrzewka”. Był na tyle miły, że odpowiedział: „Zapytaj mnie o coś, o co mnie jeszcze nikt nie pytał”. To był dla mnie punkt zwrotny. Zawsze idź krok dalej. Jeżeli mówią, że nienawidzili szkoły, pytaj dlaczego, jeśli mówią, że byli prześladowani, pytaj przez kogo.
Ale tak naprawdę ciężko dawać jakieś uniwersalne rady. Każdy rozmówca jest inny, trzeba się uczyć przez praktykę. Czasem są to gorzkie lekcje, jak w przypadku Warrena Beatty’ego. Zapytałem go o 1,6 mln dolarów, które zalegał urzędowi skarbowemu. „Nie chcę rozmawiać o pieniądzach” – rozłączył się i już nie odebrał. Nauczyło mnie to, żeby pytania o finanse zostawiać na sam koniec.
Jak radzisz sobie, gdy ktoś nie chce z tobą rozmawiać?
Dla każdego co innego stanowi tabu. Jake Gyllenhaal nie chciał rozmawiać o Heathie Ledgerze, nigdy nie poruszał jego tematu w mediach. Udało mi się namówić go, żeby otworzył się choć trochę. Nie wyszło tego dużo, jakiś akapit tekstu, lecz to było więcej, niż powiedział publicznie komukolwiek innemu. Aktorka Elisabeth Shue długo milczała o stracie brata w tragicznym wypadku – zginął, nabijając się na pal podczas skoku do jeziora. Spotkaliśmy się na Harvardzie, gdzie po latach wróciła dokończyć studia, i wtedy poczuła chyba, że jest gotowa się otworzyć. To była bardzo wzruszająca rozmowa.
Czasami jako warunek wywiadu mam zapowiedziane przez agentów gwiazd, żeby czegoś nie tykać, i wówczas zwykle badam delikatnie, jaka jest granica. Gdy miałem spotkać się z Jodie Foster, jej ekipa zapowiedziała: żadnych pytań o seksualność ani o Johna Hinckleya.
Co do pytań o seksualność, nie miałem wątpliwości – wtedy rzadko rozmawiało się na ten temat, no chyba że było się Allenem Ginsbergiem czy Trumanem Capote’em. W innych przypadkach otwarte opowiedzenie o własnym homoseksualizmie z miejsca niszczyło karierę. Ale o Hinckleya zapytałem.
Człowieka, który strzelał do prezydenta Reagana, bo chciał zaimponować swojej ulubionej aktorce.
To była dla niej ogromna trauma, dlatego nie byłem pewny, jak to rozegrać. Na szczęście w pewnym momencie Foster powiedziała coś, co otworzyło furtkę do tego wątku, i wtedy dopiero poruszyłem ten temat. To dlatego w tej pracy kluczowe jest nie mówienie, ale słuchanie.
Istnieją pytania, których nigdy byś nie zadał?
Na szczęście „Playboy”, dla którego przez lata robiłem długie, pogłębione wywiady, dał mi przyzwolenie na pytanie absolutnie o wszystko – nawet o najtrudniejsze, najintymniejsze sprawy. Co oczywiście nie znaczy, że zawsze dostawałem odpowiedź. John Huston na pytanie o stratę dziecka powiedział: „Idźmy dalej”, i to też coś znaczyło. James Michener, który oddał dziecko krótko po tym, jak je adoptował ze swoją drugą żoną, też nie chciał o tym mówić. Absolutnie to szanuję. Ale zdarzało się i tak, jak z legendą dziennikarstwa telewizyjnego, Barbarą Walters, którą zapytałem o liftingi twarzy. Jej agentka rzuciła wtedy natychmiast: „O tym nie rozmawiamy”, na co Walters: „Zwróć uwagę, że ja tego nie powiedziałam”. Świadczy to o niej całkiem sporo, nie sądzisz?
Jest ktoś, z kim nie porozmawiałeś i do dziś tego żałujesz?
Charles Manson. Pojawiła się możliwość rozmowy z nim krótko po masakrze w willi Polańskiego, w której z rąk członków sekty Mansona zginęła żona reżysera, Sharon Tate, będąca w dziewiątym miesiącu ciąży, oraz czworo ich gości. „Playboy” się wahał, bo bał się, że to się źle skończy.
To znaczy?
Że na przykład zabije mnie ktoś, komu się nie spodoba, iż dałem głos człowiekowi odpowiedzialnemu za tak brutalne morderstwo. Też miałem wątpliwości, zwłaszcza że niedługo wcześniej urodziło mi się dziecko. Moja siostra powiedziała mi, żebym odmówił, lecz dopiero rozmowa z Dolly Parton, z którą wtedy byłem mocno zaprzyjaźniony, dała mi ostateczną odpowiedź. Dolly powiedziała mi, że jeśli zrobię ten wywiad, już nigdy się do mnie nie odezwie. Niektórzy uważają, że w ten sposób mnie uratowała, ale i tak już nie było między nami jak kiedyś i straciliśmy ze sobą kontakt. Spotkaliśmy się ponownie dopiero w ubiegłym roku, gdy Dolly dostała specjalnego Oscara za działalność humanitarną i zaprosiłem ją na…