W domu było cicho, tykał tylko zegar zawieszony w przedpokoju. Wybijał kwadranse, pośród których mogłam być sobą. A więc nie zdejmowałam butów, lubiłam chodzić w nich po dywanach, po parkiecie. Jeszcze przed obiadem pozostawionym przez mamę w termosie wyjadałam słone paluszki z kredensu nad telewizorem. I było to pierwsze z naruszeń. Bo kredens był strefą taty, zdobywanych przez niego drobnych luksusów. Poza tym tata nie miał w domu swojego kąta. Tylko wąska półeczka, na której musiały pomieścić się: portfel, chustka do nosa, zegarek. Inne rzeczy ważne: dyplomy ze studiów, akty notarialne, leżały wysoko na regale. Ale gdzie trzymał siebie, swoje sekrety? Szukałam bez skutku.
W piwnicy były ponoć listy miłosne do mamy, pisane na korze brzozowej. „Znajdziesz je sobie kiedyś i weźmiesz”. Kiedyś znajdę. Póki co to wciąż nie moja sprawa. Choć oni zagłębiają się w starość, a ja jestem od dawna dorosła, to wciąż ich intymność, wysycona autentycznymi uczuciami, otoczona warstwą ochronną. Jeśli je kiedyś (wtedy) znajdę – czy będę chciała przeczytać?
Na pewno wówczas chciałam wejść, i nieraz wchodziłam, do sypialni. W te puste popołudnia, gdy nikt nie patrzył. Wysuwałam szuflady szafek nocnych, w których mama trzymała swój, bardzo uładzony, świat. Nie było tego dużo, ale wyłaniał się wszechświat emocji, relacji, dowodów. Korale i bransoletki przymierzane przed owalnym lustrem. Pierścionki z żółtego złota skryte w puzdereczku przywiezionym z Buchary. Notesy, starannie wypełnione imionami, nazwiskami, numerami telefonów, datami urodzin. Laurki ode mnie i brata, listy od przyjaciół, złożone w szarej kopercie. Szminki perłowe, róż do policzków, albumy pełne zdjęć nieznanych mi ludzi, każde z opisem na odwrocie.
Tata miał życie publiczne, oficjalne profesje, z których wracał do nas późno, pospiesznie odwieszając kurtkę w przedpokoju. Mama mówiła o publicznej rzeczywistości „pic na wodę, fotomontaż”, nic nie robiła sobie z ludzkiego poklasku, z władzy.
Wytwarzała życie prywatne, jego akcenty i ślady były w domu z troską gromadzone i umiejscowione, oddała im bezpieczne przestrzenie: półki, szuflady. Swoje płaszcze wsuwała starannie na wieszakach do szafy.
Książeczkę do nabożeństwa i sztuczną szczękę babci, z którą rozminęłam się w czasie, oglądałam zawsze z niesłabnącym dreszczem, po czym chowałam znów w jej skórzanej torebce. Była ukryta w szafie, w najodleglejszym kącie, gdzieś za futrzaną czapą mamy. Trzeba było podstawić taboret i mocno się postarać, żeby tego wymiaru tajemnicy dosięgnąć. Po babci nie było nic więcej, tylko maszyna do szycia. Jej narzędzie pracy i własność, ale czy rzecz osobista? W żadnej z chałup i mieszkań, w których żyła babcia, nie miała swojego pokoju. Tylko krzesło, na którym lubiła siadać i czytać przy radiu. Cała jej prywatność, niezapisana i nieopowiedziana, zniknęła. Prawda o niej nie istnieje w żadnym archiwum ani zbiorze danych, nie mogę jej wyszukać. Pozostała jej, na wyłączność.
Wobec przypuszczanego przez współczesność szturmu na sferę prywatności zmieniłam zdanie. I to, co w zniknięciu mojej babci długo uznawałam za utracone, teraz postrzegam również jako ocalone. Od upublicznienia i interpretacji, od cudzych spojrzeń i słów. Tych, o których wiemy niewiele, łatwiej zostawić w spokoju.
W kapsułach samowystarczalności
Z czasów samotnych wypraw po naszym mieszkaniu pamiętam zmianę szerszego planu. Przemeblowanie lat 90. i przeskok z wymuszanej w socjalizmie zbiorowości, często ledwie imitującej wspólnotowość, do obsesji prywatności i odrębności. Skończyły się defilady i „malowanie trawy na zielono”, udawanie i zadowalanie czynników oficjalnych. Nie wiem, czy dało się słyszeć zbiorowe westchnienie ulgi, lecz na pewno dorośli chętnie pospieszyli do prywatnych spraw. Tak długo marginalizowanych, ustrojowo deprecjonowanych na rzecz bezosobowych mas. Teraz już konkretne, osobiste i zindywidualizowane życie toczyło się za drzwiami mieszkań, chronionych domofonami.
Wielkie starania szły na to, by własne przestrzenie odzyskać, estetycznie i duchowo wyposażyć na nowe czasy. Ulice, podwórka, klatki schodowe i wszystko, co znalazło się poza granicami prywatnych istnień, ulegało zaniedbaniu. To był odwrót i odwet za pół wieku. Na naszych oczach wolność zyskiwała wartość intymną, powiązaną z własnością. Ta narodowa i zbiorowa wciąż były, jednak na drugim miejscu.
Z jednej strony wydaje się, że do dziś pozostajemy na tej samej trajektorii, tyle że tysiące lat świetlnych dalej – w skrajnym już skupieniu na sobie, w epoce nazywanej epidemią narcyzmu wyrosłego z kultury indywidualizmu, dopalonego internetem i platformami społecznej rywalizacji. Ale z drugiej strony można to widzieć inaczej – że tamta, odkryta na nowo wolność istnienia bez zewnętrznej kontroli (państwa, instytucji czy ludzi) została zhakowana, wystawiona na handel. Być może porwał nas świat, w którym już tylko kontrybuujemy swą prywatność, a globalną daninę płacimy w tej najcenniejszej walucie. Jednocześnie i masowo tracąc faktyczne prawo do istnienia na osobności.
Pole prywatności, to, na którym kształtuje się ludzka prawdziwość, jest jednocześnie wynoszone na piedestał i dewastowane. Poddawane różnym napięciom, pozostaje w centrum uwagi, choć przecież zanika.
W latach 90. XX w. zniknęły soboty spędzane przez dorosłych w czynie społecznym, na przystrzyganiu krzewów, naprawianiu naszych siatek do badmintona i pękniętych desek w parkowych ławkach. Mieszkańcy naszego osiedla rozeszli się do swoich mieszkań (wykupowanych na własność) oraz ogródków działkowych, w których ustawiali nabyte na prywatny użytek grille i pompy. My, młodzi, też się pożegnaliśmy ze zbiorową grą w dwa ognie czy rozwiązywaniem konfliktów przez „pójście na solo” przy świadkach. Teraz już sami wpatrywaliśmy się w MTV, odtwarzaliśmy własne, subiektywne listy przebojów na taśmach wideo, mieliśmy swoje zabawki miast pożyczanej piłki. A zamiast zakopywanych z przyjaciółkami pod drzewem „sekretów” – witrażyków komponowanych techniką kolażu z kwiatów i znalezisk, nakrywanych potem szkiełkiem i zasypywanych piaskiem – prowadziłyśmy już całkiem odrębne pamiętniki. Można je było kupić w sklepach papierniczych, miały pachnące kartki oraz metalowe kłódeczki, które zamykało się na klucz, by strzegły opisów dramatów małego życia. Dzieci także zyskały prawo do prywatności, a w swoich pokojach nie tylko miały sprzątać, mogły też pobyć same, słuchać w kółko ukochanej piosenki z odtwarzacza (a nie ogólnopolskiego radia), no i ukrywać się przed awanturami zdenerwowanych rodziców, których życia właśnie wywracały się do góry nogami. Prywatność była odkrywana w otoczce opowieści o jej historycznym rozgrabieniu. Była odzyskana, priorytetowa i bezcenna.
Świadomie lub nie, rozpoczynaliśmy wtedy zbiorowy transfer do kapsuł samowystarczalności, w których nie będzie już trzeba pożyczać szklanki cukru od sąsiada, lecz w których – dopiero w następnym rozdziale – zrobi się zaskakująco mało miejsca na swobodę bycia sobą, zaś proszenie o cokolwiek stanie się krępującym, jeśli nie wyklętym, symbolem zależności.
W naszych salonach
Nie wszystko i nie od razu było na sprzedaż. Ale szukając momentów zwrotnych, w których uczyliśmy się celebrować prywatność, jednocześnie nią ryzykując, warto dostrzec, że niemal od początku kapitalistycznych przemian istotne stało się życie na pokaz. Wszystko, co pozwalało wyróżnić się z tłumu, wydostać z urawniłowki i zaznaczyć, że się na wodach nowej rzeczywistości jakoś płynie, było w cenie. A szczęśliwą i dostatnią prywatność prezentowaliśmy ze wzbudzającą dziś rozrzewnienie starannością i troską. W „dużych pokojach” przełomu wieków, tych, które zaczęliśmy – mocno na wyrost – nazywać „salonami”, koncentrowały się dowody osiągnieć. Przestrzenie wypoczynkowe, z wygodnymi meblami i nakrytymi serwetką zdobyczami technologii (wieża hi-fi, wideo, potem komputer, modem, blue-ray, płaskoekranowy telewizor i zestaw kina domowego), były dla nas samych i rodzin sferami komfortu, a także pokojami reprezentacyjnymi. Tą strefą, do której od progu kierowaliśmy gości. Tą prywatnością, która miała swoje odświętne wydanie i wymiar publiczny – zobaczcie nas, tak właśnie żyjemy. Mieszkania dla gości sprzątaliśmy, bo a nuż zechcą zajrzeć głębiej. Szczególnie do łazienki, gdzie nieulepszona codzienność wyzierała szczerze z pędzli do golenia i gąbek. Dziś już rzadko odwiedzamy się w domach (częściej sprzątanych za pieniądze), chętniej decydujemy się na niezobowiązujące i niezdradzające o nas niczego tzw. trzecie miejsca – restauracje albo plenery. Nawet dla osób, które uznajemy za bliskie, nasze sfery prywatne są częściej zamknięte i pilniej strzeżone. Ale przecież są także urządzane w zgodzie z trendami upodabniającymi je do miejsc publicznych: hoteli czy pałaców. Jakbyśmy nie tylko zasłaniali prywatność, lecz także próbowali ją oddalić od codzienności. Przytulny i pełen niedoskonałości rozgardiasz, w którym rzeczy, ludzie i myśli żyją własnym życiem albo szwankują, nie ma już racji bytu. Domy, jeśli pokazywane, znajdują się pod kontrolą i jak inne aspekty życia są z rozmysłem kadrowane, cyzelowane. To, jacy jesteśmy naprawdę, nie tylko pozostaje sekretem dla innych, ale zaczyna przypominać niewiadomą również dla nas samych. Ceną za nieustające pozowanie online okazuje się głębsza zmiana relacji z samym sobą. Często i konsekwentnie trenowane miny wchodzą w krew. Współczesne kobiety rzadko noszą w torebkach lusterka, uruchamiają za to funkcję „odwróć ekran” w smartfonach. A przecież czym innym jest przyglądać się sobie w lustrze, czym innym – pozować do kamery.
Mody wnętrzarskie meblują nam codzienność. Tę ukazywaną już nie ludziom z krwi i kości, lecz wirtualnym widzom ostrożnie komponowanych przekazów. To, w czym żyjemy – i jak – występuje w zaaranżowanych fragmentach. Redagujemy i cenzurujemy przekaz. Prywatna zwyczajność coraz rzadziej wychodzi na światło dzienne. Nie wiadomo, ile nam jej jeszcze pozostało. Ani jak ją ochronić. Być może najwięcej mogłyby powiedzieć o niej panie sprzątające. Albo wzywani do awarii hydraulicy, którzy muszą się dostać do szafki pod zlewem.
Okazji do prywatności ubywa. Od początku XXI w., coraz bardziej zabiegani i zajęci, spędzamy w domach mniej czasu. A nawet gdy jesteśmy u siebie, to mniej czasu spędzamy na czynnościach nazywanych domowymi, czyli prywatnych właśnie. Gotowanie, pranie, prasowanie, sprzątanie, opieka nad dziećmi i starszymi – to się da powierzyć. Jedzenie zamawiamy z dowozem już zarówno do biur, jak i do mieszkań. Bo też domy są częściej biurami i zakładami pracy, w których produkujemy wartości rynkowe. Właśnie tak powstaje ten tekst, między stołem w kuchni a kanapą w pokoju. Pandemia koronawirusa jeszcze wzmogła redefinicję naszego otoczenia. W wideozebraniach uczestniczyliśmy ubrani od pasa w górę, siadając na tle z rozmysłem ustawionych książek, klosz lampy ustawialiśmy tak, by dobrze wypaść w sztucznym świetle. Nasze intymne zaułki zagrały w publicznych przedstawieniach, albo ukazując swą banalność, albo dowodząc tego, jak dobrze preparujemy scenografie życia. Tak czy inaczej, były świadomie wybranymi kawałkami, ich autentyczność jest wątpliwa.
Jeszcze ciekawsze, co stało się z naszym poczuciem bezpieczeństwa i świętej prywatności, a zatem prawdziwością, gdy do domów zaglądać zaczęły oczy współpracowników, bliższych i obcych. Gdy na kilkanaście kryzysowych miesięcy lockdownu wprowadziliśmy sferę publiczną do siebie. To wtedy urodził się trwający wciąż trend pracy zdalnej. Część z nas już nie wychodzi do pracy, nie rozstaje się z prywatnością dla służbowego, społecznego emploi. A przecież to transakcja dwukierunkowa. Nie tylko nam wygodniej przesiąść się z pieleszy na oficjalne zebranie online. Także nasza codzienność musi się skurczyć, ustąpić miejsca i czasu zadaniom pozaprywatnym. W wielu domach stół jadalny stał się biurkiem, biblioteczka – oficjalnym miejscem łączeń z zarządem, sypialnia – gabinetem. Urządzenia, choć zajmują mniej miejsca w domach, rozsiadły się w nas. Smartfony, zabierane ze sobą do sypialni, głaskane tuż przed snem i…