W ciemności czuła się jak ryba w wodzie. Ubierała się na czarno, ustawiała się w czarnych pozach, patrzyła tymi czarnowidzącymi oczami gdzieś w najczarniejszy kąt sufitu i śpiewała czarnym głosem o czarnych do czerwoności czarownicach i czerwcach. A wszystko po to, żeby reflektor punktowy łatwiej znalazł jasny punkt jej twarzy. Aktorska szkoła. Ewa Demarczyk nie należy do tego świata. Nie tylko dlatego, że nie udziela wywiadów i nie występuje na festynach w Bukownie i Staromieściu między “Trubadurami” a Krzysztofem Cwynarem. Ale na przykład nie da się wyobrazić sobie, że idzie się ulicą i widzi się Ewę Demarczyk. Słyszeliście, żeby ktoś powiedział: “Widziałem Ewę Demarczyk”? Nie. Nie wiem, jak ona docierała do tej Piwnicy Pod Baranami, kiedy tam występowała. Przecież gdzieś musiała mieszkać, mieć jakieś okno, choćby cały czas zasłonięte, jakiś kąt do spania i lichtarz, przy którym czytała wiersze, które potem śpiewała. Może spuszczała na twarz czarną woalkę, w czarnej sukni wsiadała do czarnej dorożki ciągnionej przez czarne anioły i na czarnym tle Sukiennic, czy co oni tam mają w Krakowie, mknęła do piwnicy, żeby śpiewać dla baranów. “Gdzieżeś to bywał, czarny baranie?” – pytały rano mączne matki wyrodnych, śpiących do południa synów. “Znowu na jakimś filmie z tym waszym Cybulskim?” Oni zaś jeszcze przy śniadaniu cywieli nad stołem, boleśnie wyprostowani, trzcinowaci, bo wyciągani za głowy z krainy kopalnych wzruszeń, która stanowiła zielony rezerwat ich niemęskości. I czarne urobisko Demarczyk. To, co miała do zrobienia na tym świecie artystów i statystów, bohemistów i biochemików, zrobiła już dawno. Nagrała jedną płytę w studiu i jedną na żywo. Ponieważ były to dobre płyty, nie miało sensu nagrywanie kolejnych. Wystąpiła raz czy dwa przed telewizyjną kamerą. W takim mroku, że omal nie napisałem “termowizyjną”. Bruno Coquatrix kładł jej u stóp Olimpię, a ona podziękowała. Nie chciało jej się schylić. I tyle. Nie szukajcie jej dzisiaj po tokszołach, nie oczekujcie opowieści: “I wtedy ja stanęłam przed tą kamerą, kamera zrobiła najazd i wtedy pomyślałam o dzieciach w Bejrucie”. Nawet nie można powiedzieć, że się na to wszystko wypięła, bo artystki jej klasy są jak królowe i nie wypinają się w żadnych okolicznościach. Kiedy zagraniczna piosenkarka Madonna wybrała sobie właśnie taki właśnie pseudonim, cywilizowany świat oburzył się. Na pięć minut, ale się oburzył. A ją sami nazywaliśmy Czarnym Aniołem, Czarną Madonną, i to ona mogłaby się obruszyć, podczas gdy świat siedział na tyłku cicho i cieszył się, że nie pytają go o zdanie. Sprawdzam na swojej półce z płytami, z kim tam dzisiaj sąsiaduje Ewa Demarczyk skopiowana z czarnej płyty na srebrny kompakt. Z Desmondem Dekkerem i Sandy Denny, dziwne. Skrupulatny skryba mógłby odnotować, że kiedyś rzekomo wystąpiła na festiwalu w Opolu albo że udzieliła wywiadu jakiejś, dajmy na to, “Gazecie Wywiadowczej”. Ale to wszystko było na początku, więc się nie liczy, choć skrupulatność bywa potrzebna, nie ma co. Ze spraw, które pozostawię niezałatwione na tej ziemi, przynajmniej jedną już teraz można wskazać. Nie wpadnę do Tomaszowa na jeden dzień, który byłby może bardzo potrzebny. Może tam jeszcze robi zdjęcia moja praktica zawodowa… Pasją fotografowania zaraziłem się od Ojca, kiedy osiągnąłem wiek licealny. Który rychło okazał się wiekiem wagaroidalnym, ale o tym może przy innej okazji. Niewiele było na świecie pasji, które mój tato, ten nieodrodny syn pługa i spawarki uznawał za stosowne dla młodzieży męskiej, ale akurat fotoamatorstwo tak. Sam ukończył jakiś kurs na fotografa, kiedy w Pekaesie otworzyła się przed nim szansa awansu na inspektora ruchu drogowego. Taki już był, że kiedy trzeba było przeciąć tregrę, robił kurs szlifierza, a kiedy trzeba było tę tregrę zespawać, szedł na kurs dla spawaczy. Zgromadził więcej dyplomów ukończenia kursu niż ja dyplomów sportowych łącznie z literackimi. I jako inspektor ruchu drogowego dokumentował wypadki drogowe, portretował zmiażdżone syreny i garbate warszawy zepchnięte do rowu przez dominujące samce typu star 25. Dominujące na Drogach, bo co się w owych ciekawych czasach działo w garażach, to ja już nie wiem. W Pekaesie Ojciec miał ciemnię i dostał do użytku aparat służbowy. Chyba nawet sam ten aparat kupił za państwowe pieniądze. Prakticę! Był rok 1964. Dobry rok dla mojego Ojca. Zaczęło się może nie najlepiej – w lutym urodziłem się ja, szósta gęba do wyżywienia. Choć skłonny jestem podejrzewać, że jednak się ucieszył, tym bardziej, że przecież na razie nie okazałem się dziewuchą. Pięć dni później mój dziadek, a jego teść, raczył zakończyć swój żywot w całej rozciągłości. Wygląda na to, że wolał na mnie nie patrzeć. Ale zachowuję jakąś sympatię dla dziadka Władysława, przynajmniej było na czyj grób chodzić na Wszystkich Świętych, bo inaczej to wszyscy musielibyśmy chodzić na grób Urszulki, a trudno by było całej, skomplikowanej jak mapa dróg wojewódzkich rodzinie pomieścić się wokół takiej małej mogiłki. Zaraz potem Ojciec mój musiał dostać jakąś liczącą się podwyżkę, bo zaczął inwestować w przyszłość. Kiedy umarł, po stypie wziąłem sobie na pamiątkę po nim trzy rzeczy. Napoczętą paczkę foxów, które zresztą dość szybko wypaliłem,…