Przeklęty dziewiętnasty wiek! Taka była moja pierwsza i najgłośniejsza myśl po lekturze odpowiedzi na Znakową ankietę o polskości z 1987 roku. Jasne, przeszłość stanowi oczywisty punkt odniesienia i najżyźniejszy kontekst. Ale choćby z czystej przekory – dla zdrowego odreagowania – człowiek chciałby porozmawiać o polskości, trzymając usta i mózg ponad powierzchnią bagna pierwszej wojny światowej i rozbiorów. Lecz czy to w ogóle możliwe? Przeklęty dziewiętnasty wiek!
Nie jest moją intencją silić się na kontrowersyjność i obrazoburstwo – takich brawurowych komandosów antypolskości mamy dziś na pęczki, wystarczy włączyć telewizor czy otworzyć kolorową gazetę. Chciałbym natomiast zaproponować perspektywę konkurencyjną wobec wszystkich tych ujęć czyniących z polskości kategorię wyjątkową, zgoła nadnaturalną, jednoelementowy zbiór o odrębnych regułach, nieporównywalny do żadnego innego. Dopóki dyskurs toczy się na poziomie zestawiania wyjątkowości, czyli tłumaczenia nieprzetłumaczalnego, dopóty pozostaniemy takim egzotycznym idiomem Europy. Trzeba ram i języków obszerniejszych, uniwersalnych.
1.Jeśli więc nie mamy odwoływać się do więzów i ciągłości mistycznych, pozarozumowych, ani też do prostackiej wspólnoty krwi (tj. ciągłości przez genealogie ciała), to naturalnym punktem wyjścia w każdej rozmowie o polskości musi być…