W MOCAK-u zgromadzono prace 47 artystów z 17 europejskich krajów. To imponujący i bardzo różnorodnym zbiór. Na wystawie znalazły się dzieła twórców z obu stron dawnej żelaznej kurtyny, powstałe od lat 60. ubiegłego wieku po współczesność. Klasycy współczesności, jak Marcel Broodthaers, VALIE EXPORT czy Yves Klein, sąsiadują z niedawnym debiutantami.
Krakowski pokaz jest wariantem ekspozycji przygotowanej w 2012 r. w Niemieckim Muzeum Historycznym w Berlinie. Potem była prezentowana w mediolańskim Palazzo Reale i Eesti Kunstimuuseum – Kumu Kunstimuuseum w Tallinie. W MOCAK-u wybór prac poszerzono, umieszczając obok dzieł wideo także fotografie oraz obiekty.
Szufladkowanie
„Prezentowane prace tworzą społeczno-polityczny krajobraz współczesnej Europy i problemów, z którymi się ona boryka” – można przeczytać w jednym z informujących o wystawie tekstów. Są tu próby rozliczeń z historią, w tym zachowania „w obliczu autorytarnych rządów”. Wystawa pokazuje, „jak artyści demaskują społeczne tabu. Odnosi się również do polityki rządów i ich obowiązku zapewnienia bezpieczeństwa społeczeństwu”. Z kolei Monika Flacke w tekście zamieszczonym w wydanym z tej okazji katalogu pisze: „Sztuka (…) za pośrednictwem swoich dzieł dyskutuje o problematycznych i trudnych procesach, jakie przyniosła ze sobą nowoczesność”.
Z ową różnorodnością próbowali sobie poradzić kuratorzy wystawy. Podzieli prace na 12 rozdziałów opatrzonych atrakcyjnie, chociaż często tajemniczo brzmiącymi tytułami, jak Sąd rozumu, Podróż do Krainy Czarów, Ciemność w samo południe, 99 centów czy Sto lat. Można zrozumieć chęć porządkowania i nie przywiązywać do tych rozróżnień większej wagi. Można też machnąć ręką na teksty towarzyszące poszczególnym rozdziałom wystawy. Nie zawsze jest to jednak łatwe, jak choćby w przypadku tego stwierdzenia: „przedstawiciele wojennego pokolenia różnych krajów Europy uważali się albo za przedstawicieli ruchu oporu, albo w przypadku Niemców, za ofiary”. Jest to, delikatnie mówiąc, grube uproszenie.
Jeszcze bardziej problematyczne okazują się próby dopasowania poszczególnych dzieł do stworzonych przez kuratorów ideowych ram. Czasami bywa nawet zabawnie. Słoik zupy (2004) to jedna z najbardziej przejmujących prac na wystawie. Serhij Bratkow sfilmował zobaczoną w Iwanowie staruszkę. Jesteśmy w tamtejszej kantynie. Kobieta siedzi przy stoliku i wyjada zupę z wielkiego słoika, który ze sobą przyniosła. Bratkow, jak sam podkreśla, ironicznie nawiązując do Warholowskiej Campbell’s Soup, stworzył pracę świetnie pokazującą nierówności społeczne postsowieckiej Rosji. Tymczasem twórcy wystawy przy okazji m.in. tej pracy stawiają pytanie: „w jaki sposób wolne jednostki mogą chronić swe życiowe ambicje przed niwelującym wszelkie zróżnicowanie konsumpcjonizmem?”.
Paradoksalnie, samo zestawienie ze sobą niektórych prac pozwala dostrzec zaskakujące związki, dopisać kolejne, nieoczywiste konteksty, spojrzeć w inny sposób na często bardzo znane dzieła. Może trzeba po prostu zapomnieć, co w swoich tekstach „chcieli powiedzieć” kuratorzy, i skupić się na przedstawionych pracach.
Obok filmu Bratkowa znalazło się wideo Le Roi des Aulnes (2001) grupy AES+F, na którym widzimy tłum dzieci. Ćwiczą, biegają, chodzą. W ich zachowaniu coś dziwi, a nawet niepokoi. Nie są naturalne, wciąż pozują. Artyści zaprosili dzieci, które mimo swojego wieku są już przeszkolonymi modelami. Inne uczą się w szkole baletowej. Wszystkie te dzieci zostały „sformatowane” – nauczono je odpowiedniego zachowania. Scena dzieje się w niezwykle bogatej sali pałacu Katarzyny Wielkiej w Carskim Siole, co nadaje pracy aurę bajkowości.
AES+F nawiązuje do głośniej książki Michela Tourniera Król Olch. Tylko kto dziś wciela się w rolę Abela Tiffauges’a, który zafascynowany narodowym socjalizmem, wprowadzał przymusową rekrutację młodych chłopców do armii? Kreatorzy mody? Medialni gracze? Każda z tych odpowiedzi jest zbyt prosta i oczywista.
Wolność, czyli…
Potrzeba wolności – czyli czego? Twórcy wystawy stawiają raczej pytania, uchylając się od jednoznacznych odpowiedzi. „Dla artystów najważniejsze jest powstrzymywanie się od wydawania sądów (…) i proponowania przedwczesnych czy też nadmiernie uproszonych rozwiązań” – zastrzegają. Nie można się dziwić, że wolność jest bardzo rożnie definiowana. Każdy z dokonywanych wyborów jest problematyczny i można z nim dyskutować. Na pewno jednak mówiąc dziś o wolności, nie można pominąć problemu zniewolenia i doświadczenia totalitaryzmu, nawet jeżeli ktoś uzna to za zbyt oczywiste odwołanie.
W MOCAK-u przypomniano słynny oświęcimski projekt Droga z 1958 r. Oskar i Zofia Hansenowie, Jerzy Jarnuszkiewicz, Edmund Kupiecki i Julian Pałka zaproponowali odmienną od dotychczasowych koncepcję pomnika: „otwartego”, nie będącego bryłą, lecz elementem krajobrazu. Chcieli wybudować asfaltową drogę ukośnie przecinającą teren dawnego obozu. Wszystko, co znalazło się w jej obrębie, w tym pozostałości budynków, miało zostać utrwalone. Reszta zaś wydana na destrukcyjne działanie czasu. Projekt okazał się zbyt odważny i nie został zrealizowany.
Hansen i jego zespół próbował znaleźć sposób na upamiętnienie Zagłady. Na wystawie znalazły się prace, które stawiają pytanie o pamięć o Holokauście dzisiaj. Oslo nocą – gwiazdy Victora Linda z 2006 r. wydaje się dalekim echem oświęcimskiego projektu. Na ciemnoniebieskim ekranie pojawiają się gwiazdy. Można odnieść wrażenie, że oglądamy niebo nocą. Dopiero po chwili dostrzega się, że to plan miasta, a żółte punkty zaznaczają jakieś miejsca – to adresy zamieszkania Żydów, którzy zostali deportowani jesienią 1942 r. z norweskiej stolicy i zamordowani w Auschwitz (inną ze swych prac – nie pokazano jej w Krakowie – Lind poświęcił odpowiedzialnemu za te deportacje Knutowi Rødowi, który nigdy za swe czyny nie poniósł kary). Z kolei praca Mirosława Bałki BlueGasEyes z 2004 r. przedstawia dwa świecące kręgi. W istocie to dwa palniki kuchenki gazowej. Bałka przetwarza je w abstrakcyjne, niepokojące obrazy, przywołując użycie gazu w obozach koncentracyjnych, uwikłanie wielkich niemieckich koncernów w nazizm. Jest też pytanie o przemoc, jakiej dopuszczają się dzisiejsze państwa. Nikita Kadan, jeden z najciekawszych przedstawicieli młodego pokolenia ukraińskich artystów, w Gabinecie zabiegowym z 2010 r. zwraca uwagę na tortury do dziś stosowane przez tamtejszą milicję. W serii plansz, niemalże instruktażowych, stylizowanych na dawne, pochodzące jeszcze z radzieckich czasów, pokazuje, w jaki sposób zastosować podduszenie, przykuwanie do kaloryfera, przytrzaskiwanie palców drzwiami, wkładanie milicyjnej pałki do odbytu. Wszystko to zostaje pokazane niczym jakieś codzienne, oczywiste działania. Obrazom towarzyszą komentarze, równie beznamiętne: „Milicjant, tak jak lekarz, nauczyciel, dowódca armii na dobrą sprawę jest współwłaścicielem ciała obywatela i często mocno tego prawo nadużywa”. Kadan prezentuje przemoc, która rozumiana jest jako sposób dyscyplinowania…