Warto czasami zdobyć się na małe ćwiczenie polegające na próbie wyobrażenia sobie, co pozostanie z naszych dyskusji za 5, 10, 50 lat. Nie chodzi przy tym o to, by dezawuować naturalną potrzebę publicznego sporu na ważne tu i teraz tematy. Spory te są, jak sądzę, esencją demokracji, jedną z dróg ekspresji obywatelskiego zaangażowania. Dobrze, że się toczą, nawet jeżeli ich jakość nie zawsze jest zadowalająca. Bywa jednak, że skupieni na konkretnych, nieraz niezwykle szczegółowych kwestiach tracimy z oczu sedno sprawy. W takim właśnie momencie znaleźliśmy się my, wierzący katolicy, uczestniczący czy to po jednej, czy po drugiej stronie w sporach o gender. Bo przecież nie o samo gender rozumiane jako nurt badań w nich chodzi.
Czego dotyczy sprzeciw wobec gender? Obawy Kościoła instytucjonalnego budzi przede wszystkim gender mainstreaming, czyli strategia polityczna przyjęta w UE mająca na celu podejmowanie działań na rzecz równouprawnienia kobiet i mężczyzn. Strategia ta polega na włączaniu tematyki płci i równouprawnienia do jak najszerszego wachlarza unijnych polityk. „Gender nie może stawać się podstawą tworzenia prawa” – podkreśla…