Łukasz Lamża: Augustyn powiedział tak: „Co to jest czas, wiem, gdy nikt mnie nie pyta, gdy natomiast mnie ktoś spyta – nie wiem”. Czy coś się zmieniło w ciągu półtora tysiąca lat, od kiedy padły te słowa? Czy jest dziś jakiś specjalista czasolog, który odpowie: tak, znamy odpowiedź na to pytanie, jest to jeden z rozwiązanych problemów naukowych, jak pochodzenie człowieka albo przyczyna, dla której świeci Słońce?
Ks. Michał Heller: Skoro już Pan pyta… to nie wiem. Ale mówiąc poważnie: problem czasu to wciąż jeden z wiodących tematów filozoficznych. Krzyżują się w nim zagadnienia fizyki, filozofii przyrody, psychologii, problemy egzystencjalne, religijne… To potężny problem. I jest z nim tak jak z wszystkimi ważnymi zagadnieniami filozofii, tzn. od epoki przedsokratejskiej odpowiedzi na te pytania nie posunęły się zbyt daleko. Ale jakiś postęp jest. Polega on głównie na tym, że stawiamy te same pytania coraz bardziej świadomie.
Co to znaczy „bardziej świadomie”?
To znaczy, że mamy coraz bardziej szczegółowe pytania stawiane w coraz lepszym kontekście pojęciowym.
Czym są te szczegółowe pytania?
Weźmy np. klasyczne: „Czym jest czas?” – nie znamy odpowiedzi na to pytanie, ale możemy je obwarować całą masą szczegółowych zagadnień. Niektóre z nich są częściowo lub całkowicie rozwiązane, np. kwestia kierunku czasu. Dlaczego czas płynie? Choć nie wiemy tego do końca, to wiemy na ten temat bardzo dużo.
Dlaczego wobec tego czas płynie w jedną stronę? Dlaczego przeszłość rożni się od przyszłości?
To bardzo długa historia, która zaczęła się w XIX w. Dzisiaj zdajemy sobie znacznie lepiej sprawę, jeszcze lepiej niż nawet 100 lat temu, że czas jest elementem struktury wszechświata. Nie jest czymś istniejącym koniecznie, u podstaw wszystkiego, przed wszystkim – „przed” w sensie logicznym, a nie czasowym! – czyli nie jest czymś, co filozof określiłby jako ontologiczne a priori. Czas uczestniczy w dramacie ewolucji kosmosu. Zacznijmy jednak od początku. Samo słowo „początek” jest już silnie „uczasowione”, bo sugeruje, że istnieje jakiś moment zerowy, a przed nim czasu nie ma. Na 100% nie jesteśmy pewni, czy był moment początku czasu, czy czas był zawsze; możemy spekulować na ten temat. Ale wyobraźmy sobie coś innego. Początek nie w sensie czasowym, tylko ontologicznym. Coś… hm…
Źródło?
Tak, źródło. Praźródło. Pomyślmy o tego typu praźródle. Możemy sobie wyobrazić, że na początku nie ma nic…
Czy my tak naprawdę możemy sobie wyobrazić, że nie ma nic?
Pewnie nie możemy, ale umówmy się, że możemy [śmiech]. Że jest nic. I to nic jest czymś dziwnym, ponieważ wiąże się z nim ogromne pole możliwości. Jak nie ma nic, to wszystko jest możliwe.
W tym momencie Parmenides by Księdzu Profesorowi lanie spuścił…
Właśnie go miałem zacytować!
Ogromne pole możliwości to przecież nie jest nic…
Cóż, mniej nie będzie…Wróćmy więc do tego ogromnego pola możliwości: aby zaistniał określony świat, coś z tego pola musi się zrealizować, musi się ono zawęzić, „skolapsować”. Wtedy coś się stanie aktualne. W dzisiejszym języku takie zawężenie pola możliwości nazywa się informacją. Wyobraźmy sobie, że na tym stole rozrzucone są małe karteczki, a na każdej napisana jest jedna litera. Kompletny chaos. Kiedy zaczynamy wybierać te literki i je układać, zawężamy pole możliwości, np. tworząc napis: „Dzisiaj jest dobra pogoda”. Zawężamy pole możliwości do jakiegoś jego podzbioru, wyprodukowaliśmy więc informację – o tym, że jest dobra pogoda. Kiedy połączymy to z obrazem Wielkiego Wybuchu, to zauważymy, że w teorii tej występuje zawężenie czysto geometryczne – wszystko skupione jest do bardzo małej objętości. Ta informacja była więc początkowo silnie skondensowana. Możemy ją też nazwać warunkami początkowymi…
Na początku było słowo?
Słowo można określić jako informację. Początkowo informacja ta była ogromna, stopniowo zaczęła się jednak zapominać. Fizyk by powiedział, że zaczęła rosnąć entropia.
Czyli literki zaczynają się powoli przemieszczać…
Bałaganić. Tak współczesna fizyka widzi narodziny strzałki czasu, a wraz z nią historii wszechświata. O ile więc Augustyn mógł mówić o kierunku czasu, odwołując się do przeżyć człowieka, psychologii, pamięci lub zapominania, o tyle dziś mówimy to samo, jednak znacznie bardziej technicznie. Możemy się nawet pokusić o jakąś miarę wzrostu informacji lub jej utraty, czyli zapominania.
Czas byłby więc przechodzeniem od początkowej informacji do stanu coraz mniej „poinformowanego”?
Tak.
Czyli aby w ogóle mogła się narodzić ta tzw. termodynamiczna strzałka czasu, musi nastąpić akt pierwotnego uporządkowania?
Tak.
Jak należałoby rozumieć ten akt? Starożytni Grecy uważali, że pierwotny chaos został uporządkowany w logiczny, sensowny kosmos. W Biblii mamy obraz Boga, który rozdziela, wprowadza porządek: oddziela światło od ciemności, wody „górne” od wód „dolnych”. Czy istnieje naukowy model tego procesu, czy jest to jedna z Tajemnic przez duże T?
Niektórzy naukowcy, np. Roger Penrose, powiedzieliby, że to tajemnica przez małe t, czyli taka, którą można próbować złamać. Tak naprawdę jego próba to po prostu odsunięcie tej tajemnicy w nieskończoność poprzez generowanie niekończącego się następstwa cykli, które Penrose określa jako eony. Tak więc tajemnicy tej nie udaje nam się na razie złamać. Ale próbujemy – mamy więc różne hipotezy.
Proszę podać jakiś przykład.
Istnieją choćby hipotezy, w ramach których próbuje się wywieść wszechświat z niczego. Tego się jednak z prostego względu nie da zrobić. Pięknie ten problem opisał Platon. Jeśli Atlas podtrzymuje wszechświat (my powiedzielibyśmy, że prawa fizyki podtrzymują wszechświat), to kto podtrzymuje Atlasa (skąd się wzięły prawa fizyki)? Jeśli przyjmiemy prawa fizyki, to może uda nam się skonstruować model początku świata, w którym wszechświat wyprodukowały odpowiednio spreparowane prawa fizyki. Takich modeli jest kilka, są one wysoce hipotetyczne i zwykle traktowane przez fizyków jako modele-zabawki. Mają one jednak bardzo pouczający charakter, bo pokazują, że i z tym problemem można się próbować zmierzyć, jednak pozostanie zawsze kwestia tego, kto podtrzymuje Atlasa. Jeśli nie założymy na początku praw fizyki, to nie zrobimy dalszego kroku.
To więc nie będzie tak naprawdę „nic”. Nie będzie to stworzenie wszystkiego z niczego, tylko stworzenie pewnej liczby rzeczy z ich nieco mniejszej ilości.
To dlatego geneza praw przyrody jest problemem tak fundamentalnym. I o to potykają się wszyscy z wyjątkiem tych, którzy…
… nie zauważają, że się potknęli.
Tak.
Wróćmy do kwestii czasu. Obraz, w którym czas miał początek, jest nowinką. Jeszcze kilkaset lat temu większość myślicieli i naukowców uznałaby, że czas nie ma początku i końca.
W XIX w. zaczęły się pierwsze spekulacje, oparte właśnie na drugiej zasadzie termodynamiki, czyli prawie wzrostu entropii, że ten proces musiał się kiedyś zacząć. I ten początek nie mógł być bardzo dawno, ponieważ gdyby czas zaczął płynąć odpowiednio dawno temu, bylibyśmy dziś w stanie całkowitego zapomnienia, czyli śmierci cieplnej. Ale same argumenty teoretyczne nie narzucały się jeszcze z tak dużą siłą jak obserwacje astronomiczne z początku XX w., wsparte modelami kosmologicznymi, w których również występował początek.
Zgódźmy się więc na początek czasu. A czy czas będzie miał również swój koniec?
Alfa i Omega. Początek i koniec… Hm… Najprostsza odpowiedź jest taka: nie wiemy. Może być tak, że czas płynie w nieskończoność, ale może być też tak, że ten nasz świat w końcu… zapomni o czasie.
Zapomni o czasie?!
Postawmy pytanie tak: czy można sobie wyobrazić istnienie bez czasu? Wiadomo, że pytanie to było często rozważane w teologii. Już u Boecjusza analizowane jest istnienie poza czasem, św. Tomasz z Akwinu na stałe wcielił to do swojej wizji świata. Pamiętam, że kiedyś na konferencji filozoficznej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim jeden z prelegentów przedstawiał koncepcję istnienia bezczasowego u Boecjusza. Na sali siedział filozof marksistowski, który odparł lekceważąco, że on tego nie rozumie. Miał przez to oczywiście na myśli, że tego się nie da zrozumieć. Że to jest absurd. Otóż dzisiaj żaden fizyk by tak nie odpowiedział. Znane są modele najgłębszego poziomu budowy wszechświata, tzw. poziomu fundamentalnego, które mają cechę określaną jako background- free, czyli są one „pozbawione sceny”. Nie ma tam czasu i przestrzeni, na której rzeczy by się działy. Czas i przestrzeń miałyby się wyłaniać dopiero na wyższych stadiach rozwoju wszechświata. Dzisiaj więc ów filozof marksistowski nie mógłby tego już powiedzieć, nie mówiąc tym samym, że nie rozumie współczesnej fizyki.
Czyli gdybyśmy rozważali pojedynczą, odizolowaną, osamotnioną cząstkę elementarną, najprostszy składnik świata, to mówienie w odniesieniu do niej o upływie czasu byłoby niemożliwe?
Tak było już nawet w XIX w. Termodynamiczna strzałka czasu jest zjawiskiem statystycznym. Kiedy analizujemy więc jeden proton albo jeden elektron – choć w XIX w. nie mówiono jeszcze o elektronach ani w ogóle o budowie atomu w dzisiejszym sensie – to nie ma sposobu, aby doświadczał on upływu czasu, dopóki nie ma wokół niego żadnej zbiorowości statystycznej. Wiedziano to już dawno temu. W tych współczesnych modelach, o których mówię, sprawa jest jeszcze poważniejsza. Podważone zostaje nie tylko pojęcie czasu i przestrzeni, ale również i samego odrębnego indywiduum. Nie ma indywiduum, ponieważ wszystkie cząstki są, jak by to powiedział fizyk,…