Subskrybuj
Dr, kognitywista, wykładowca akademicki, laureat Nagrody Naukowej „Polityki” i stypendium ministra nauki i szkolnictwa wyższego dla wybitnych młodych naukowców.

Homo fundamentalis

Osoby o wysokiej potrzebie domknięcia poznawczego charakteryzuje pragnienie unikania niejasności. Wolą uzyskać ostateczną odpowiedź – jakakolwiek by ona była – byle nie przedłużać stanu niepewności. Poszukują w swym życiu porządku i struktury, uciekając od wszelkich sytuacji chaotycznych.

Na spory wokół relacji nauki i wiary patrzy się zwykle jak na debatę toczoną między znanymi intelektualistami: „czterema jeźdźcami nowego ateizmu” (Richardem Dawkinsem, Danielem Dennettem, Samem Harrisem i Christopherem Hitchensem) z jednej strony[1] a Williamem Dembskim i innymi głosicielami doktryny tzw. inteligentnego projektu – z drugiej[2]. Jest to, oczywiście, perspektywa jak najbardziej dopuszczalna, ale nieco zakłamująca istotę sprawy. Żaden intelektualista – choćby najbardziej cierpliwy i przekonany do swych racji – nie może obejść się bez publiczności, bez tych osób, które kupują jego książki i uczęszczają na wykłady. Wydaje nam się zatem, że warto zapytać, kim są ich najczęściej anonimowi kibice. Co można powiedzieć o tych, którzy w komentarzach pod artykułami z nagłówkiem „nauka–wiara” obrzucają się inwektywami, a po wykładach poświęconych temu zagadnieniu zadają niewygodne i podchwytliwe (przynamniej w ich mniemaniu) pytania? Warto zastanowić się nad tym także dlatego, że również w Polsce temperatura dyskusji o nauce i wierze, a szczególnie debaty wokół teorii ewolucji, zaczyna niepokojąco rosnąć, choć nie osiągnęła jeszcze poziomu, który zyskała w Stanach Zjednoczonych. Jakie są tego przyczyny?

Przeciw fundacjonizmowi

Poszukiwanie niezachwianych podstaw wiedzy było od zawsze jednym z najważniejszych zadań, które stawiali przed sobą filozofowie. Najsłynniejszy w historii projekt fundacjonistyczny zaproponował Kartezjusz, który na początku Medytacji wyznaje:

„Nie od dziś zauważam, że od najmłodszych lat przyjmowałem fałszywe poglądy za prawdę i że to, co od tego czasu zbudowałem na tak źle upewnionych podstawach, musi być bardzo wątpliwe i niepewne. Uznałem więc, że powinienem raz w życiu wyzbyć się wszystkich poglądów, które wcześniej zdarzyło mi się przyjąć na wiarę, i – gdybym miał ustalić coś pewnego i trwałego w nauce – rozpocząć całkiem od nowa i od podstaw”[3].

Jak wiadomo, takie niepodważalne podstawy Kartezjusz odnalazł na drodze metodycznego wątpienia, które doprowadziło go do tezy ego cogito, ego sum. Na tym fundamencie – dowodząc najpierw istnienia Boga, a następnie świata zewnętrznego wobec umysłu – postawił imponujący gmach swego filozoficznego systemu. Taktyka Kartezjusza – wzorowana do pewnego stopnia na matematyce – jest charakterystyczna dla każdej próby fundacjonistycznego podejścia do ludzkich wysiłków poznawczych. Zaczynamy od ustalenia niewzruszalnych tez podstawowych – swego rodzaju aksjomatów – a następnie (najlepiej niezawodną drogą dedukcji, choć nie zawsze jest to możliwe) wyprowadzamy kolejne tezy, tworząc spójną, wszechogarniającą wizję świata. Kłopot pojawia się wtedy, gdy nasze doświadczenie zdaje się sprzeczne z tą wizją; pozostaje wówczas je zignorować albo zreinterpretować w taki sposób, by nieznośna sprzeczność zniknęła – trochę zgodnie z zaleceniem Hegla: jeśli fakty nie zgadzają się z teorią, to tym gorzej dla faktów.

Okazuje się jednak – a argumentów dostarcza epistemologia i filozofia nauki ostatnich stu lat – że fundacjonistyczna koncepcja wiedzy jest utopijna[4]. Ludzie nie są doskonałymi podmiotami poznającymi, które mogą ustalić coś raz na zawsze. Zadanie to zostawić musimy „istotom boskim”, sami zaś powinniśmy przyznać przed sobą, że naszemu poznaniu daleko do perfekcji. Wynikają z tego istotne konsekwencje dla sposobu, w jaki dokonujemy prób poznawczego opanowania świata. Po pierwsze, uznać musimy, że większość z przyjmowanych w argumentacji przesłanek ma status rewidowalnych hipotez; nie są one matematycznymi aksjomatami, można je odrzucać lub modyfikować. Po drugie, odrzucenie lub modyfikacja hipotez nie może przebiegać w sposób przypadkowy, ale wynikać powinna z oceny wniosków, do których hipotezy te prowadzą. Wnioski, które są zgodne z doświadczeniem i sprzyjają naszym praktycznym działaniom, wzmacniają wyjściowe hipotezy; i przeciwnie: konkluzje sprzeczne z tym, czego doświadczamy, lub posiadające niewielki walor praktyczny osłabiają hipotezy i skłaniają do ich rewizji. Po trzecie, tło argumentacji – czyli akceptowane przez nas dotychczas teorie – powinno być względnie stabilne. Łatwiej możemy odrzucać nowe hipotezy niż te, które się dotąd sprawdzały. Równocześnie jednak naszej wiedzy tła nie możemy absolutyzować: wystarczająco płodne (zarówno w sensie teoretycznym, jak i praktycznym) nowe hipotezy mogą i powinny skłaniać nas do zasadniczych zmian w uznawanym dotąd obrazie świata. Po czwarte wreszcie, nasze rozumowania muszą być otwarte na formułowanie i porównywanie często wzajemnie sprzecznych argumentów. Wysiłki poznawcze niedoskonałych podmiotów poznających – a takimi są ludzie – nie mogą podążać drogą prostej dedukcji od przesłanek do wniosków; musimy raczej pracować równocześnie z kilkoma alternatywnymi hipotezami, bo tylko w ten sposób możemy zwiększyć nasze szanse na zrozumienie świata[5].

Tak rozumiany nonfundacjonizm nie jest „gorszym” sposobem poznania i argumentacji – jest raczej sposobem jedynym. Niezależnie od tego, jak bardzo potrzebujemy pewności, skazani jesteśmy na domysły i warto podjąć wysiłek, by uczynić je tak solidnymi, jak to możliwe.

Potrzeba domknięcia

W latach 90. ubiegłego wieku amerykański psycholog Arie Kruglanski opisał mechanizm psychiczny, który określił mianem potrzeby domknięcia poznawczego. Osoby o wysokiej potrzebie domknięcia charakteryzuje pragnienie unikania niejasności – wolą uzyskać szybko ostateczną odpowiedź w danej kwestii – jakakolwiek by ona była – byle nie przedłużać stanu niepewności poznawczej[6]. Zdaniem Kruglanskiego poszukują one w swym życiu porządku i struktury uciekają od sytuacji chaotycznych.

Pragną wiedzy, na której można polegać niezależnie od okoliczności, doświadczają nagłego pragnienia domknięcia, przejawiającego się w stanowczości ich sądów i wyborów. Sytuacje wieloznaczne odczuwają jako dyskomfortowe i nie zamierzają konfrontować swej wiedzy z alternatywnymi wyjaśnieniami[7]. Skutkuje to kierowaniem się abstrakcyjnymi schematami i stereotypami, które pozwalają unikać niepewności[8].

Z kolei niska potrzeba domknięcia przejawia się przede wszystkim w lepszej tolerancji na niepewność. Osoby o niskiej potrzebie domknięcia skłonne są do dokładniejszego oglądu sytuacji oraz zmiany dotychczasowych sądów, gdy pojawią się nowe dane.

Myślenie osób o niskiej potrzebie domknięcia nie jest stereotypowe ani schematyczne – polega na tworzeniu różnych scenariuszy, które – gdy tylko zajdzie taka potrzeba – mogą zostać zmienione lub zreinterpretowane.

W jednym z eksperymentów Kruglanski i Webster przedstawili badanym nagrania rozmów z kandydatami do pracy. Rozmowy ukazywały zarówno pozytywne, jak i negatywne cechy kandydatów, przy czym nagrania były tak zmontowane, że jednej grupie uczestników eksperymentu pokazywano rozmowy prezentujące najpierw cechy negatywne, a potem pozytywne, zaś drugiej – odwrotnie. Okazało się, że osoby z wysoką potrzebą domknięcia poznawczego szybko wyrabiały sobie pogląd na temat kandydatów – jeśli najpierw poznały ich negatywne strony, pozytywne informacje nie wpływały na wydawany osąd. Z kolei ci z badanych, którzy mieli mniejszą potrzebę domknięcia, byli w stanie oceniać prezentowane rozmowy w bardziej wyważony sposób, uwzględniając całość przedstawionego materiału.

Choć ludzie różnią się indywidualnie pod względem nasilenia potrzeby domknięcia, także konkretne sytuacje zwiększać mogą u nich motywację do „domykania” swych poglądów. W jednym z badań Kruglanski i współpracownicy poprosili osoby badane, aby wcieliły się w rolę sądowej ławy przysięgłych orzekającej w sprawie pozwu przeciw liniom lotniczym[9]. Połowa osób badanych otrzymała dane sprzyjające poparciu którejś ze stron (powodowi lub pozwanemu), zaś druga połowa nie otrzymała takich informacji. U części badanych osób za pomocą sztucznie wytworzonego hałasu próbowano wzbudzić potrzebę domknięcia. Po wyrażeniu swoich opinii na papierze uczestnicy proszeni byli o ich uzasadnianie w dyskusji. Interlokutorem był pomocnik eksperymentatora, który starał się obalić opinię każdej z badanych osób. Jak można się spodziewać, uczestnicy badania, którzy otrzymali informacje przemawiające za którąś ze stron, byli bardziej pewni swoich opinii. Z kolei osoby, które nie otrzymały żadnych wskazówek, w warunkach hałasu były skłonne pod wpływem perswazji zmienić swoją opinię – wynik ten zinterpretować można w ten sposób, że potrzeba domknięcia, indukowana hałasem, prowadzi do zmniejszenia tolerancji na niepewność, co przejawia się łatwiejszą podatnością na sugestię. Eksperymenty pokazują, że potrzeba domknięcia wzbudzana jest także przez zmęczenie psychiczne i przeżywanie silnych emocji[10].

Próbując podać teoretyczne wyjaśnienie tego zjawiska, Kruglanski i Webster wskazują na działanie dwóch mechanizmów: chwytania (seize) i zamrażania (freeze)[11]. Chwytanie prowadzi do akceptacji pierwszego jednoznacznego wyjaśnienia danej sytuacji, bez przeprowadzenia oceny jego jakości. Z kolei zamrażanie polega na szybkim włączeniu takiego poglądu do istniejącej struktury wiedzy, co sprawia, że staje się on odporny na zmianę – później uzyskane dane, podobnie jak alternatywne wyjaśnienia, są po prostu ignorowane. Zamrożenie pociąga więc za sobą obronę posiadanych struktur wiedzy przed informacjami mogącymi je zburzyć. Dzięki działaniu tych mechanizmów zmniejsza się liczba możliwych interpretacji, co skutkuje również zwiększeniem stopnia pewności czyjegoś obrazu świata.

Łatwo dostrzec, że osoby o wysokim poziomie potrzeby domknięcia poznawczego będą preferować fundacjonistyczną wizję wiedzy. Ktoś, kto poszukuje w swym życiu porządku i struktury, nie będzie skłonny do rewidowania raz przyjętych hipotez; ktoś, kto pragnie wiedzy, na której można polegać niezależnie od okoliczności, uchwyci pierwsze jednoznaczne wyjaśnienie danej sytuacji i raczej „zamrozi” je w swej dotychczasowej wizji świata, niż wizję tę zmodyfikuje. Człowiek, który odczuwa dyskomfort w sytuacjach pozbawionych domknięcia poznawczego nie będzie gotów rozważać równocześnie wielu hipotez sytuację tę wyjaśniających. Racjonalność – rozumiana jako pewien wzorzec poprawnego, nonfundacjonistycznego rozumowania – nie ma tu szans w starciu z potężnym mechanizmem motywacyjnym. (Dodajmy na marginesie, że również osoby o bardzo małej potrzebie domknięcia poznawczego nie będą zachowywać się racjonalnie; będą one w nieskończoność formułować nowe hipotezy i w dowolny sposób zmieniać akceptowaną przez siebie wizję świata).

Trudno oprzeć się wrażeniu, że obie skrajne strony sporu o relację między nauką a wiarą – zarówno ci, którzy podają w wątpliwość najważniejsze teorie współczesnej nauki jako „niezgodne” z wyznawaną przez nich religią, jak i ci, którzy odrzucają wszelką religię w imię przekonania, że nauka wyjaśnia wszystko – cechują się wysokim poziomem potrzeby domknięcia poznawczego[12]. Tylko z tej perspektywy można zrozumieć, dlaczego i jedni, i drudzy kurczowo trwają przy raz przyjętej konceptualizacji świata. Łatwiej jest uznać, że teoria ewolucji…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak Ci nie wstyd?