To prawda, łatwo – z powodu rzadko spotykanego natężenia skatologii, parafilii i obscenów. Być może jednak właśnie chorujący język najlepiej opisuje chory świat. Měrka buduje go na podobieństwo koszmaru sennego, w którym rządzi „totalitaryzm obłędu”, przemoc staje się normalnością, wszystko wolno, nie ma moralności, prawo służy silniejszym, dla słabszych przewiduje się trochę chleba i sporo krwawych igrzysk tylko dla dorosłych oraz nieograniczony dostęp do używek, a biedni i chorzy są likwidowani. Nasuwa się pytanie, czy tej prowokacyjnej książce bliżej do antyutopii i fantastyki socjologicznej, która buduje świat na opak, ale nie ma żadnego…