Ks. Grzegorz Strzelczyk: Arystoteles opracował pojęcie cnoty, które zostało później ze stoickim zapośredniczeniem i naddatkiem przeszczepione na grunt chrześcijański. Św. Tomasz położył w tym kontekście duży nacisk na wątek bezinteresowności: w momencie, w którym cnota jest wypracowana i staje się zautomatyzowana, uzyskujemy największy efekt. Człowiek czyni wtedy dobro mimowolnie i taki czyn byłby najlepszy, bo choć na zbawienie nie można sobie zasłużyć, to jednak każde dobro „liczy się” człowiekowi w perspektywie życia wiecznego i nasze czyny nie pozostają bez wpływu na stopień chwały, jaka będzie naszym udziałem w życiu wiecznym. Co po stronie neurobiologii byłoby korelatem cnoty? Czy można mierzyć jej przyrost?
Jerzy Vetulani: Cnoty rozpatrywanej jako podstawa moralności?
Interesuje mnie bardziej praktyczny wymiar: wypracowana przez konsekwentne powtarzanie zdolność do sprawnego czynienia dobra – koncentracja na dobru wytwarza coraz większą gotowość jego dokonywania. Na przykład prawdomówność: za każdym razem gdy pojawia się pokusa, by skłamać, człowiek wysila się do tego, żeby mówić tylko prawdę…
… Aż w końcu prawda przychodzi sama.
Tak, i nie trzeba się już wysilać.
Kłopot polega na tym, że znacznie łatwiej jest mówić prawdę, niż kłamać. Prawda przychodzi automatycznie, a kłamstwo to zmiana, czyli coś więcej niż powtórzenie. Dlatego lepiej rozpatrywać przykład męstwa – jak robi zresztą Arystoteles – bo tu już od początku potrzeba trudu. Tak samo z roztropnością, nad którą trzeba pracować. Natomiast, o ile mógłbym sporo powiedzieć o neurobiologii medytacji, którą gruntownie przebadano, o tyle nie są mi znane badania dotyczące kształcenia się w cnocie. Neurobiolodzy próbowali do moralności podchodzić na różne sposoby, ale, koniec końców, uznali, że moralność znajduje swoje początki u zwierząt. Pisał o tym dużo np. Frans de Waal. Zatem część z tych rzeczy, które są cnotami, z pewnością służy grupie i gatunkowi.
Bardziej zasadne byłoby być może pytanie o sam mechanizm wypracowywania cnoty i doskonałości. Czy to jest po prostu mechanizm uczenia się?
Nie jestem tu wielkim ekspertem. Stoikiem nie można zostać natychmiast. Idea ducha panującego nad ciałem, który pomógłby być obojętnym i „znosić pociski zawistnego losu” bez reakcji, wymaga ograniczenia emocji, co jest niezwykle trudne, bo ok. 70% naszych zachowań ma podłoże emocjonalne. To, co kognitywne, jest ewolucyjnie bardzo cienką – ale też bardzo efektywną– warstwą. Z punktu widzenia biologa mamy w mózgu Pana Hyde’a oraz Doktora Jekylla, który zajmuje miejsce w korze mózgowej i odgrywa rolę kontrolera zachowań swojego kolegi.
Nasza kora trzyma w ryzach całą resztę, np. kiedy spożywamy alkohol, który „potrafi zmienić osobowość” – mówimy, że wychodzi z nas po nim prawdziwy człowiek czy też zwierzę.
Alkohol ułatwia choćby mówienie w obcym języku. Człowiek przestaje mieć zahamowania, kora zostaje zneutralizowana i mówimy w języku obcym znacznie szybciej, płynniej.
Innym przykładem mogą być przypadki osób skazanych za pedofilię, u których rozwinął się guz mózgu, uciskający bardzo ważną korę orbitofrontalną. Gdy wycięto guza, wszystkie pedofilskie skłonności zniknęły – przed operacją kora była gnieciona przez nowotwór i nie mogła działać właściwie. Złe skłonności wróciły, gdy guz zaczął odrastać. Pojawia się tu oczywiście pytanie, na ile jesteśmy odpowiedzialni za to, co robimy. Niekiedy wspaniałe osoby po wylewie stają się strasznie nieprzyjemne – a przecież zdarzają się małe wylewy, o których nie wiemy, których nie jesteśmy świadomi. Część osób robi się wredna na starość. Dlaczego? Przez epizody niedokrwienne, które doprowadziły do uszkodzenia elementów hamujących w korze. Powtórzę to, co mówiłem kiedyś: intuicja Freuda, że w mózgu walczą ze sobą przeciwstawne siły, znajduje dziś neurologiczne podłoże.
Dokładnie to samo mówił św. Paweł. Z jednej strony pragnę dobra, ale z drugiej – wewnętrzny człowiek walczy przeciwko prawu Bożemu i spotykam w moich członkach coś, co bierze mnie pod niewolę grzechu: „Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, [co wiedzie ku] tej śmierci?” (Rz 7, 24). Opis Freuda jest zatem antycypowany przez Pawła.
Tak. Ludzkość to przeczuwała, ale dziś rzeczywiście wiemy, co w naszym mózgu kontroluje „złego człowieka” – tę funkcję pełni kora. Ale czy jesteśmy dobrzy czy źli…
…Tu przechodzimy na inny poziom – do sfery wartości. Kluczowe będzie to, co przyjmujemy za punkt odniesienia. W chrześcijaństwie rolę tę odgrywa postawa i nauczanie Jezusa, a także silna intuicja ascetyczna, że chodzi o naśladowanie Go, aż po miłość do nieprzyjaciół i gotowość wydania za nich życia. Natomiast, co do mechanizmu, zdaje się, że aktualny pozostaje w dużej mierze wątek stoicki, który przez chrześcijaństwo został przejęty: moralna dobroć to coś, co nie jest nam dane raz na zawsze, ale podlega doskonaleniu przez ćwiczenie. Jeżeli rzeczywiście znajduje się ona w korze, to powinniśmy być w stanie ją wyćwiczyć, rozwijać.
Oczywiście! Na przykład medytacja zwiększa możliwości hamujące naszej kory. To dla mnie jeden z najlepszych dowodów na jedność ducha i materii – fakt, że samą aktywnością mentalną możemy coś fizycznie zmienić w naszym mózgu.
Już ośmiotygodniowy kurs tzw. medytacji uważnościowej (mindfullness) powoduje, że grubość kory mózgowej przyrasta o 3–5%. Tworzą się nowe wypustki neuronalne.
Rozwijamy mózg i dlatego medytacja może służyć wyzwoleniu z wielu cielesnych problemów. Z punktu widzenia neurobiologa zwiększa możliwości temperowania naszego zachowania przez korę mózgową. Do kształtowania mózgu zdolny jest właściwie każdy, np. dla dzieci z ADHD medytacja byłaby bardzo skuteczną metodą na ograniczenie problemów z niekontrolowanymi reakcjami. Ale w jaki sposób je do tego zmusić? Psychologowie wymyślili rozwiązanie: uczyć kung-fu albo aikido. Dziecko myśli, że chodzi na naukę sztuki walki, i chętnie się angażuje, ale ćwiczenia tak naprawdę opierają się na medytacji, która powinna wzmocnić działanie kory mózgowej.
Wiemy też, jak podczas medytacji zmienia się przepływ krwi w różnych częściach kory. Sprawdzono to na grupie zakonnic ze zgromadzenia amerykańskich School Sisters of Notre Dame. Podczas badań było widoczne, że w czasie medytacji zwiększa się aktywność płatów czołowych, odpowiedzialnych m.in. za poznanie, natomiast zmniejsza się praca w płatach ciemieniowych, odpowiedzialnych za istnienie granic, poczucia czasu itp., co z kolei tłumaczyłoby poczucie rozpływania się i jedności z wszechświatem czy z Bogiem.
Bardzo interesujące byłyby tu wyniki badań porównawczych pomiędzy medytującymi osobami należącymi do różnych religii, w związku z tym mającymi inne systemy odniesień – choćby w kwestii istnienia osobowego Boga. Albo pomiędzy ścisłymi monoteistami i monoteistami trynitarnymi, czyli chrześcijanami. Gdybym miał prognozować, to różnice będą zapewne niewielkie, bo mechanizm medytacji w mózgu kształtować się zdaje bardziej w oparciu o pewną pierwotną potrzebę religijną niż w ramach jednego precyzyjnego systemu. Przez tysiąclecia czciliśmy coś, czego nie znaliśmy – by użyć Pawłowego określenia (por. Dz 17, 23). Aż pozytywy mechanizmu medytacji zaszyły się nam w genach. Nie potrafię w tym momencie nie myśleć o Karlu Rahnerze i jego intuicji, że człowiek został stworzony jako słuchacz Bożego słowa. Rahner wprawdzie nie mówił wprost o medytacji, ale w chrześcijaństwie rozumienie medytacji jako czasu na słuchanie Boga jest wystarczająco mocno zakorzenione, by te dwa wątki połączyć.
Niemniej nie wszyscy wpadają na to, by medytować. Dziedziczymy zatem chyba tylko mechanizm, potencję, ale już niekoniecznie skłonność.
Mimo że uważa się, iż teoria Lamarcka jest błędna, to wiemy, że istnieje duża część dziedziczenia niemendlowskiego. To tzw. dziedziczenie epigenetyczne. Okazuje się więc, że przy tym samym DNA, w zależności od tego, jak metylowane są poszczególne części łańcucha, może się zmieniać łatwość ekspresji pewnych genów. Na przykład: identyczne bliźnięta – jedno z nich ma objawy schizofrenii, drugie nie ma. Genom był taki sam, przypuszczano więc, że choroba to efekt środowiska, ale pojawił się przypadek – szalenie rzadki – pięcioraczków ze schizofrenią – każda z sióstr miała inną jej odmianę. Tłumaczenie zmiennymi środowiskowymi było bezpodstawne, ponieważ dzieci przebywały w tych samych warunkach.
Najpewniej chodziło o różnice epigenetyczne. Coś jest w DNA i może być dziedziczone, ale nie jest to związane z samą strukturą łańcucha, ale losowym – większym lub mniejszym – umetylowaniem. Nie wszystko tkwi w naszych genach, ale zależy od tego, jak się naszym genom pozwoli inicjować tworzenie właściwych im białek. Nie wystarczy istnienie genów – konieczna jest ich ekspresja. W każdej zdrowej komórce mamy kompletny genom, ale oko nie tworzy się na palcu ani palec nie porasta jak czubek głowy włosami. Geny odpowiedzialne za wytworzenie gałki ocznej lub porastanie włosów poddane są silnej represji przez otoczenie. Nie odkryliśmy, jak to się dzieje, że dany gen wie, kiedy ekspresja ma nastąpić, a kiedy ma być zahamowana.
Ćwiczeniami jesteśmy w stanie zwiększać prawdopodobieństwo ekspresji pożądanych genów?Tak. Część rzeczy jest wrodzona, ale możliwości adaptacyjne mózgu są olbrzymie i właściwie większość rzeczy, które wynikają z jego budowy, możemy przez odpowiednie ćwiczenie i wychowanie modyfikować. Mogę mieć mózg mordercy, ale zostać wychowanym tak, by dokonanie zabójstwa było ode mnie daleko. Mogę mieć duży pociąg seksualny, ale tak go opanować, by żyć w celibacie. Z naszą wiedzą o genach bywa jak z frenologią. Sama jej idea, tj. zależność charakteru od budowy mózgu, jest w porządku, jednak nie przebiega tak, jak sobie wyobrażano – nie istnieją organy uczciwości, kłamstwa itp., zlokalizowane w określonych miejscach…