Subskrybuj
Germanista, tłumacz, publicysta. Autor bloga "Brulion bez linii" - www.brulionbezlinii.net

Ateista nie musi przepraszać

<i>Bóg bez znaczenia</i> ma szansę odegrać ważną rolę w polskiej, skądinąd bardzo wątłej, debacie o współczesnym chrześcijaństwie. Wierzących zapewne nie przekona, ale może im przynajmniej wyjaśnić fenomen powszechnego zachodnioeuropejskiego ateizmu, który właściwie nie tyle zmaga się z religią, ile ją po prostu ignoruje.

– Dlaczego nie chodzisz do kościoła? (…)

– Nie jestem chrześcijaninem.

– O kurczę. (…) To można nie być chrześcijaninem?

 

Jaume Cabré, Wyznaję

(tłum. Anna Sawicka)

 

Po śmierci Jana Pawła II „Gazeta Wyborcza” opublikowała kilkanaście e-maili od czytelników poruszonych tym wydarzeniem. Wśród nich i taki: „Nie jestem katolikiem, nie posiadam łaski wiary, ale jestem wstrząśnięty odejściem Wielkiego Człowieka, przyjaciela ludzi, który całym życiem dawał przykład i świadectwo, jak powinniśmy żyć. Jako niewierzący nigdy nie usłyszałem z Jego ust słów potępienia, nie czułem się wykluczony. Chciałbym za to Janowi Pawłowi II podziękować z głębi serca”.

Ateista dziękujący katolickiemu papieżowi za to, że go nie „potępił”, i tłumaczący swój ateizm brakiem „łaski wiary” – czy coś podobnego mogłoby się wydarzyć w kraju innym niż Polska?

*

Ale tak już u nas jest: polski ateista czuje się w obowiązku przepraszać za sam fakt, że istnieje i nie potrafi się „nawrócić”. A podejmując dyskusję z polskim katolikiem, nie omieszka zaznaczyć, jak wielkim szacunkiem darzy chrześcijaństwo, fundament kultury europejskiej i jeden z najważniejszych drogowskazów moralnych ludzkości. Takich wstępów nie czyni Janusz A. Majcherek w Bogu bez znaczenia. Wręcz przeciwnie, zaczyna od deklaracji jednoznacznej: słowo „bóg” pisane jest u niego małą literą, bo „nie chodzi o żadnego konkretnego boga, zwłaszcza osobowego” (s. 7). Może się to wydać prowokacją, zwłaszcza w kraju, w którym wielką literą pisuje się już nawet nazwy zakonów – wbrew ortografii, za to w zgodzie z kierunkiem wiatru naszych czasów. Czy to jednak rzeczywiście prowokacja? Wielką literą pisze się rzeczownik pospolity „bóg”, a często i pochodzące od niego zaimki, gdy ma się na myśli bóstwo osobowe, najczęściej kojarzone z konkretną religią uniwersalistyczną, które pragnie się w ten sposób wyróżnić i uczcić. Jest to więc swoiste wyznanie wiary, składane przez autora, a bywa, że w jego imieniu przez wydawcę bądź panią korektorkę. Ateista piszący o „Bogu i Jego nieistnieniu” to zatem widok dość groteskowy. Kto o religii chce pisać bez emocji i neutralnie, ma prawo z takiego wyznania wiary zrezygnować.

A tak właśnie chce pisać Majcherek. Nie odgrzewa nieśmiertelnego pytania, czy „bóg” istnieje czy nie. Nie przypomina chrześcijaństwu mało chwalebnych kart jego dziejów, a słowo „pedofil” nie pojawia się w jego książce bodajże ani razu. W istocie stawia jednak pytanie znacznie bardziej kłopotliwe: o rzeczywisty wpływ, jaki wiara w „boga” wywiera na obraz świata i postępowanie współczesnego człowieka.

Czym właściwie jest ta „wiara”? Duszpasterz odpowie podniośle, że to „powiedzenie »tak« Bogu”, pozytywna odpowiedź na jego „wezwanie”. Majcherek trzeźwo konstatuje (s. 17), że tylko bardzo nieliczni doświadczają czegoś na kształt bezpośredniego kontaktu z bóstwem, a nieufnie traktują ich zazwyczaj nawet współwyznawcy. „Niemal wszyscy wierzący przeświadczenia o wynikających z istnienia boga regułach postępowania czerpią od innych ludzi, którym wierzą, że zaczerpnęli je z godnego zaufania źródła”. Religię rzadko się wybiera, jest ona zwykle elementem procesu socjalizacji, kodem kulturowym pewnej społeczności. Tym skądinąd uzasadnia się niekiedy użyteczność wiary w osobowego „boga”, która jakoby „spaja wspólnotę obywatelską” (s. 186). Autor rozprawia się z tym przekonaniem w ostatnim rozdziale książki, Boskie źródła władzy, wykazując, że w XX w. religia przestała odgrywać w istocie „rolę integrującą życie społeczne” (s. 188), a współczesna demokracja nie wymaga już odwołania się do jakiegokolwiek „niekwestionowalnego układu odniesienia” (s. 192), przeciwnie: wszelka absolutyzacja takich „układów odniesienia” to niezawodna recepta na autorytaryzm, narzucający wszystkim obywatelom jeden światopogląd. „Nawet jeśli żadna wspólnota nie może trwać bez więzi duchowej (symbolicznej), to nie każda więź duchowa musi mieć charakter religijny, zwłaszcza odwołujący się do idei osobowego boga” (s. 195). O tym, jak patologiczną postać mogą przybierać więzi społeczne tworzone w oparciu o religię, w Polsce akurat nikogo rozumnego przekonywać nie trzeba. * Coraz częściej zresztą ten kod symboliczny przyswajany jest powierzchownie: przejmuje się tradycyjne obyczaje, ale bez rzeczywistej wiary w wyobrażenia leżące u ich podstaw: 90% Polaków deklaruje się jako katolicy, prawie wszyscy obchodzą Wielkanoc, ale zaledwie ok. 2/3 wierzy w zmartwychwstanie Jezusa z Nazaretu (s. 28). Nawet chrześcijańscy teologowie, jak cytowany przez Majcherka Don Cupitt, mówią już o „chrześcijańskim nonrealizmie”, zgodnie z którym „poglądy religijne nie odnoszą się do faktów nadprzyrodzonych, lecz ich prawdziwą funkcją jest po prostu tworzenie stylu życia” (s. 40). Świetnie obrazuje to przytoczone za André Comte-Sponville’em powiedzenie, którym niewierzący Żydzi uzasadniają swoją wierność religijnym obyczajom judaizmu: „Bóg nie istnieje, ale my jesteśmy jego ludem wybranym” (s. 30). Tak pojmowana religia przestaje oczywiście służyć kreowaniu obrazu świata fizykalnego, tłumaczeniu jego pochodzenia i celu. Nie budzi to już jednak sprzeciwów wśród większości wierzących. Erozja głoszonych przez religie twierdzeń o charakterze „faktualnym” – dodać tu można – upowszechniła przekonanie o istnieniu tzw. podwójnej prawdy: nauka i wiara istnieją jakoby równolegle, nie ingerując nawzajem w to, co uważają za prawdziwe. („Podwójną prawdę” ośmieszyły co prawda bezlitośnie kabaretowe pomysły w rodzaju religii Latającego Potwora Spaghetti, ale to temat na osobną dyskusję). Współczesna nauka, przynajmniej od…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Czarnobyl – eksplozja wolności