Jakub Muchowski: Przeszłość zajmuje ważną pozycję w debatach sfery publicznej. Jaką rolę odgrywają w tych dyskusjach historycy, ludzie profesjonalnie zajmujący się wytwarzaniem naukowej wiedzy o przeszłości, i sama wiedza historyczna?
Andrzej Friszke: To trudny temat. Po pierwsze, nie specjalizuję się w tych zagadnieniach. Interesuje mnie sam przebieg procesu dziejowego, dużo mniej zaś, jak przekaz historyczny krąży w społeczeństwie. Po drugie, uważam, że jesteśmy w okresie przełomowym, nie wiadomo, co się z niego wyłoni. Współcześnie został zakwestionowany tradycyjny sposób obiegu wiedzy o przeszłości. Treści historyczne krążą w sieci bez żadnej weryfikacji, w tym kontroli historyków. Obowiązuje całkowita swoboda budowania narracji i część z nich znacznie odchodzi od treści źródeł, od ustaleń naukowców.
Z tej swobody, która podważa autorytet wiedzy wytwarzanej przez profesjonalnych badaczy, korzystają politycy i związani z nimi dziennikarze, łamiąc autonomię historii. Środowisko naukowe na ogół unikało włączania się w grę polityczną, a jego ważnym postulatem była ochrona wiedzy historycznej przed manipulacją ze strony polityki. Dziś jednak mamy do czynienia z jawnym instrumentalizowaniem historii przez prawicę. Historia staje się częścią konstrukcji ideologicznych, a historycy pozostają wobec tego bezradni.
Zawłaszczeniu historii może zapobiegać tworzenie archiwów społecznych, demokratyzacja badania przeszłości i popularyzacji wiedzy historycznej, co stało się możliwe dzięki narzędziom internetowym oraz zaangażowaniu w refleksję nad przeszłością nie tylko profesjonalnych badaczy.Rozumiem, ale to jest właśnie element kryzysu, o którym mówiłem. Historycy nie posiadają kontroli nad tym, co się upowszechnia, ale też mają różne poglądy polityczne i ideowe, zatem różnie oceniają…