Dzieje są zakładnikiem wyższych warstw ekonomiczno-kulturowych. To najogólniejszy wniosek, jaki można wysnuć z lektury Ludowej historii Stanów Zjednoczonych. Od roku 1492 do dziś autorstwa Howarda Zinna. To pewnie truizm, że ponadprzeciętna umiejętność posługiwania się słowem pisanym, czy szerzej: możliwość kontroli nad przekazem treści i określeniem argumentacji, nad przyjętą perspektywą i doborem głównych bohaterów opowieści, nad rozłożeniem akcentów i zastosowaniem przemilczeń zawsze była domeną elit. Kapitał kulturowy i ekonomiczny splatają się w niewidzialne, lecz bardzo silne nici, z których przędzie się los jednostek i społeczeństw. Nawet jeżeli przyjmujemy ten fakt jako oczywisty, to na tyle rzadko przychodzi nam się zderzyć z uderzająco inną perspektywą, iż nie uświadamiamy sobie skali zjawiska, głębi jego skutków i mocy determinantów, które operują w ramach naszego materialno-symbolicznego uniwersum i nisz społecznych, jakie w nim zajmujemy.
W dodatku tak mocno dziś wierzymy jako społeczeństwo w solipsystyczne mity indywidualnego sukcesu / porażki, w których konieczna przecież odpowiedzialność za własne życie okrutnie miesza się z poczuciem winy za wszelkie porażki, jakich doświadczamy w kontakcie z opartymi na prymacie pieniądza i prestiżu strukturami rzeczywistości i własną przyrodzoną niedoskonałością. W mocno umasowionym świecie chcemy uratować własną tożsamość, wierząc w skrajne indywidualistyczne strategie samospełnienia, zamiast szukać sposobów na wspólne rozwiązywanie problemów ze zdecydowanie urynkowioną rzeczywistością.
Stąd gdy za sprawą prac takich jak Zinna czytelniczka i czytelnik jasno zobaczą inną perspektywę, w ich myśleniu może pojawić się napięcie czy wręcz przejmujący poznawczy dysonans: wszak historia ludowa to wyraźnie i wyraziście przedstawiona opozycja wobec historii elit, względem dziejów warstw, które na ogół wygrywają walkę klas i liczne konflikty etniczne, płciowe, religijne wyznaczające podział na wyżyny i niziny społeczne.
Nie sposób nie zanucić starego amerykańskiego lewicowego songu, napisanego w latach 30. XX w. przez Florence Reece, żonę Sama Reece, organizatora górniczych strajków w United Mine Wokers: „Which Side Are You On?”. Po której jesteś stronie? Po czyjej jesteś stronie? W tym sensie książka Zinna nie jest pracą historyczną, ale zarówno moralitetem, jak i instrumentem walki klas, użytecznym narzędziem oddanym w ręce tych, którzy wciąż jednak częściej przegrywają. To dlatego bohaterami lektury są rdzenni Amerykanie, kobiety, czarni, robotnicy, imigranci, zbędni i biedni ludzie.
Przy okazji: tu i teraz nie zawsze uświadamiamy sobie jasno złożoność relacji między kwestiami klasowymi, ekonomicznymi a rasowymi i płciowymi. Ostrym piórem wyłuszczał te zagadnienia Martin Luther King w wydanym również po polsku w czasach PRL zbiorze Dlaczego nie możemy czekać. Zdania, które tam zapisał, znakomicie komponują się z opowieścią Zinna. Zamordowany pastor jest jednym z bohaterów Ludowej historii…, stąd pozwolę sobie go zacytować: „W 1963 roku było dwa i pół raza więcej bezrobotnych Murzynów niż białych, a ich przeciętny dochód wynosił połowę dochodu białego człowieka. Amerykanie dobrej woli nigdy nie kojarzyli fanatyzmu z wyzyskiem ekonomicznym. Potępiali uprzedzenia, lecz tolerowali lub ignorowali niesprawiedliwość gospodarczą. Ale Murzyn wie, że obie te plagi pozostają ze sobą w ścisłym związku. Wie, ponieważ pracował w sklepach, gdzie zatrudniano go wyłącznie dlatego, że płacono mu poniżej minimum życiowego. Wie, że to nie wskutek przypadku geograficznego płace na Południu są znacznie niższe niż na Północy. Wie, że rosnąca ostatnio liczba kobiet pracujących nie jest niczym nadzwyczajnym dla Murzynów. Przeciętna Murzynka zawsze musiała pracować, by pomóc nakarmić i ubrać swoją rodzinę”. Dalej czytamy słowa, które znakomicie oddają sens ludowej opowieści, wszelkie wołanie o sprawiedliwość społeczną – niezależnie, czy scenerią są Stany Zjednoczone lat 60. XX w. czy Stocznia Gdańska w 1980 r., czy ulice Francji i Hiszpanii wypełnione przez Oburzonych: „równość oznacza godność, a godność wymaga zabezpieczenia pracy i płacy wystarczającej na cały tydzień”.
Przekroczenie masy krytycznej
Zmarły kilka lat temu Howard Zinn był robotnikiem stoczniowym, oficerem w wojsku, historykiem, działaczem społecznym, autorem sztuk teatralnych. Przez lata angażował się w ruch na rzecz praw obywatelskich. We wstępie do Ludowej historii… Artur Domosławski przypomina, że na początku kariery naukowej, latem 1956 r., Zinn zdecydował się kierować pracami wydziału historii i nauk społecznych Spelman College na przedmieściach Atlanty, w czarnoskórej dzielnicy. W tamtej epoce biały wykładowca rzadko wiązał karierę akademicką z uczelnią dla czarnoskórych na Południu. Brak rasowych przesądów to jedno, drugie – młody żonaty naukowiec z dwojgiem dzieci nie miał wówczas szans na lepszą posadę w rodzinnym Nowym Jorku. Zinn wiedział, po czyjej stronie się zaangażować. I to uczynił. Za to też zapłacił: był inicjatorem i uczestnikiem licznych antyrasistowskich akcji protestacyjnych, skierowanych nie tylko przeciw lokalnym grupom white power, ale również przeciwko zachowawczej i programowo dyskryminacyjnej polityce państwa, aż po kilku latach rektor uczelni wbrew prawu pozbył się niewygodnego wykładowcy. Wyrzucony naukowiec musiał się z tym pogodzić, bo nie miał pieniędzy na proces – co samo w sobie jest dobrą lekcją przysposobienia do życia w świecie, w którym prawo, instytucje i kapitał wzajemnie się warunkują.
Autor Ludowej historii… zrozumiał w ciągu siedmiu lat pracy w Spelman College, że rewolucyjna walka to małe zmiany na lepsze, z pozoru nieistotne, lecz powtarzane z uporem poczynania, wiele drobnych nakładających się na siebie interakcji, akty odwagi ze strony ludzi, którzy są nikim dla możnych tego świata (Róża Parks! Róża Parks!). To wszystko z czasem przeradza się w stałą presję wywieraną na zakłamane i opresyjne instytucje. Historia ludowa postrzegana jako możliwość rewolucyjnej zmiany to dzieje przekroczenia masy krytycznej. Zdecydowanie w ciągu całej snutej opowieści Zinn jest moralistą, co niejednokrotnie mu zarzucano. To właściwie nie akademicka historia, to historiozofia. Wybrzmiewa frazami, które w Polsce nie budzą najlepszych…