Subskrybuj
Autorka powieści Zaplecze (2009), Bogactwo (2013), filmoznawczyni. Laureatka Stypendium Młoda Polska MKiDN, w ramach którego przygotowuje książkę eseistyczną o latach 60. w Polsce.

Klatki z wyobraźnią

Picturebooki wymagają od czytelnika pracy wyobraźni, myślenia metaforą. To dlatego dorosły i dziecko mogą uczyć się od siebie, czytając i oglądając taką książkę.

Marta Syrwid: Szukając Pani książek, trafia się – i w księgarni, i w bibliotece – do działu dla dzieci. To dobry adres?

Iwona Chmielewska: Dział dla dzieci to nie jest zły adres, choć często dorośli powątpiewają, czy dziecko zrozumie moje książki. Tymczasem dzieci nie mają z nimi problemu. Szkoda tylko, że nie umieszcza się po prostu drugiego egzemplarza tych picturebooków w dziale dla dorosłych.

 

A, przepraszam, Oczy znalazłam w bardzo dorosłym dziale: z artbookami. Nie wiem, dlaczego inne pozycje tam nie trafiły.

Niezbadane są wybory pań bibliotekarek. Oczy to przecież książka i dla dzieci, i dla dorosłych. Uważam zresztą, że takie separowanie literatury dla dzieci powoduje infantylizowanie jej. Przecież to, co jest ciekawe dla dzieci, powinno być też ciekawe dla ich rodziców. Czemu mamy dzieciom czytać w kółko bajeczkę, która nas samych nudzi? W przypadku picturebooków lektura ma tyle poziomów, że nie ma właściwie ograniczeń wiekowych dla ich czytelników.

 

Może dla picturebooków powinny być po prostu osobne działy?

Ależ są! W niemieckich bibliotekach i księgarniach znajdują się przecież osobne regały z Bilderbuchami. Za to we wrocławskiej bibliotece moje picturebooki trafiły do „książek dziwnych”. To chyba komplement, ale i stygmat.

 

Stygmat?

Bo dziwne to znaczy: jakie? Inne niż normalne? Kiedy postawi się je obok francuskich czy koreańskich picturebooków, okazują się zupełnie normalne. Inna sprawa, że czasami polscy czytelnicy pytają mnie, dlaczego nie dołączam do swoich książek wyjaśnienia, w jaki sposób odszyfrowywać zawarte w nich sensy. No, ale… jakże mogłabym dać im taki klucz?

 

Trudno mi uwierzyć, że można nie rozumieć tych książek. Przecież znają je czytelnicy i z Bolonii, i z Seulu. Dlaczego Polakom miałyby sprawiać trudność?

Może nie chodzi tu o rozumienie, ale interpretację. Bywa, jak przy Czarownicy, że rodzice mają zastrzeżenia, ponieważ na pierwszej stronie pojawia się ilustracja przedstawiająca nóż. Tak jakby nóż nie mógł w ogóle istnieć w świecie dziecka. Czy dziecko – zobaczywszy książce nóż – weźmie taki z kuchni i kogoś dźgnie? Przy Królestwie dziewczynki padły jeszcze poważniejsze zarzuty. Wybuchła dyskusja, że okładka przedstawia „rozwalone” krocze, a książka nawołuje do pedofilii. A to jest rzecz o miesiączce i, co ciekawe, atakują ją wyłącznie polskie kobiety.

 

A mężczyźni?

Bronią. Podczas podpisywania Królestwa… w Korei podszedł nawet do mnie wzruszony pan, dziękując za tę książkę. Bo dzięki niej zrozumiał, jak się czuła jego mama, siostra, żona i co będzie przeżywać jego córka. I że to właśnie dla niej kupił tę książkę. Potwierdza się więc, że w picturebookach najważniejsze są wyobraźnia i kompetencje czytelnika. A także – jak widać – kultura, jaka go ukształtowała. Sprzeciwy wobec Królestwa dziewczynki wynikają być może z obawy przed naruszeniem tabu, jakim dla sporej części Polek jest menstruacja.

 

Myśli Pani, że Polacy powinni jeszcze poczekać, żeby nauczyć się czytać picturebooki?

W końcu jeszcze dekadę temu nikt tu nie chciał ich wydawać… Mówiono, że są dziwne, że nikt ich nie kupi. Teraz jest dużo lepiej, chociaż w Polsce ten rynek wciąż jest bardzo wąski.

 

W Korei picturebooki są tak popularne, że czytelnicy rozpoznają Panią na ulicy. Co takiego jest w książkach toruńskiej autorki, że nie chciała ich Warszawa, a Seul się nimi zachwycił?

To nie powinno być pytanie o książki, ale – znów – o ich odbiorców. W Polsce picturebooki wydaje się dopiero od niedawna, i to jest powód początkowego ich niezrozumienia i odrzucenia. W USA istnieją już co najmniej od lat 60. XX w., w Japonii jeszcze dłużej, z kolei Korea od lat jest w tej dziedzinie potęgą. Chodzi tu głównie o niełatwą i wymagającą dopowiedzenia współpracę tekstu i obrazu. To nie są książki ilustrowane, do których jesteśmy w Polsce przyzwyczajeni. Picturebooki wymagają od czytelnika pracy wyobraźni, myślenia metaforą. To dlatego dorosły i dziecko mogą uczyć się od siebie, czytając i oglądając taką książkę.

 

Ale przecież i w komiksach ilustracja łączy się z tekstem.

Nie znam się na komiksach i większość z nich mnie nudzi. Potrzebuję w książce pustki i zaproszenia do współtworzenia. Potrzebuję tekstu, który jest właściwie poezją. I obrazu, który też jest poezją, tyle że wizualną. Nie umiem tworzyć komiksów ani tzw. graphic novel. Wolę obudowywać temat, niż budować historię liniowo. Dlatego narracja w moich picturebookach przypomina koło albo wir, który wciąga.

 

A istnieje definicja picturebooka?

W Polsce nazywa się tak teraz wszystkie publikacje o rozbudowanej, rozbuchanej wręcz szacie graficznej. Zwykle, niestety, również te, w których ilustracja jest tylko dodatkiem do tekstu, a nawet, na zasadzie tautologii, powtarza go.

A picturebook to połączenie narracji opowiadających dwie, nazwijmy to, wersje historii: pierwszą – obrazem, drugą – słowem.

W Polsce z odczytaniem tej pierwszej może być problem, bo dopiero od niedawna uczymy się alfabetyzacji obrazu.

 

W jaki więc sposób czytać picturebook?

Picturebook wymaga podwójnej lektury: sensy wynikają tu z relacji między tekstem literackim a obrazem. Każdemu przynosi zatem nieco inną opowieść: to, co z niego wyłowimy, zależy od spostrzegawczości albo wiedzy czy osobistych doświadczeń. Czerwony Kapturek z Wydawnictwa TAKO jest picturebookiem, właśnie dlatego że ilustracje Joanny Concejo tworzą w nim osobną opowieść. Momentami przecina się ona z fabułą klasycznej bajki, ale jednocześnie otwiera światy, których w tekście nie ma. Najważniejsza część lektury odbywa się poza książką – w wyobraźni czytelnika, która filtruje obie te narracje i układa z ich elementów swoją, „trzecią” opowieść.

 

Z tego powodu interpretacje idą czasem w poprzek intencji autora. Czy nie jest to jednak niebezpieczne: dać czytelnikowi tyle wolności? I po co? Żeby dostać po głowie za nawoływanie do pedofilii?

Dla mnie to jest przede wszystkim bardzo interesujące – obserwować, jak różnie czytelnicy reagują na tę samą książkę. Nauczyłam się też dystansu: ani nie denerwuje mnie krytyka, ani nie łechcą mojej próżności pochwały i popularność. Wręcz przeciwnie: nie lubię, kiedy w Korei tracę poczucie anonimowości, do którego przyzwyczaiłam się w Polsce. Co do wolności, mogę się wypowiadać tylko za siebie: dla mnie podczas pracy najważniejsze jest tej wolności ograniczanie, czyli ujarzmienie wyobraźni. Nie chcę być zbyt wolna. A raczej: czuję się wolna, dopiero gdy mam ograniczenia.

 

?!Nieposkromiona wyobraźnia mnie paraliżuje. Zamykam ją więc w klatkach, coraz mniejszych. Klatką może być wybór tematu, ale też koloru, techniki. Im więcej klatek i krat, tym dokładniejsze sito, przez które cedzę pomysły. Ograniczenia…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Przepis na głód