Subskrybuj
Krytyczka literatury, felietonistka. Publikuje m.in. w „Krytyce Politycznej”, „Czasie Kultury”, „Gazecie Wyborczej”. Bada peerelowską powieść dla dziewcząt. Prowadzi blog Nietylkomusierowicz.

Hanka, co chciała Niemca

Dziennik Hanki Zach jest błahy. Tymczasem w tekstach towarzyszących wydanym po ponad 70 latach zapiskom powtarza się słowo „szok”. Potwierdzam, lektura jest (pozytywnie) szokująca. Możliwe, że to najbardziej wywrotowa książka ostatnich lat.

W 1940 r., zaczynając pisać dziennik, Hanka Zach ma 14 lat. Z zamożnymi rodzicami i bratem mieszka w Warszawie, ma pstro w głowie i dobrze się bawi. Hanka nie jest polską Anną Frank. Ani refleksyjną Hanką Hinelówną, której okupacyjne zapiski opublikowane w 1980 r. sprawiają wrażenie, że gdyby autorka nie zginęła w Birkenau, wpadłaby na koncept „gospodarki wyłączonej” jak Wyka.

 

W samą porę

Przez ten czas, kiedy pamiętnik Hanki leżał gdzieś w kącie, przyzwyczailiśmy się do innych wizerunków polskich dziewcząt czasu okupacji. Konspirujących harcerek kierujących się obowiązkiem wobec ojczyzny. Ze wstrętem odwracających się od okupantów i pożądających dzielnych polskich chłopców. Długi szereg słodkich i niezłomnych istot zamykają ostatnio wynalezione „panny wyklęte”. Ich dziewczęcość jest zawsze ważna, ale ze względów ideologicznych. Sukienka w kwiatki podkreśla genderowy ład (którego nie narusza zaangażowanie w walkę), przydaje się też, gdy harcerka pada ofiarą tego lub owego okupanta – wówczas jej niedojrzała kobiecość jest najmocniejszym oskarżeniem i powodem narodowego wzruszenia.

Wobec nasilenia propagandy związanej z „Inką” Hanka Zach ze swoją niczemu niesłużącą dziewczęcością i błędami ortograficznymi, choć tak spóźniona, zjawia się w samą porę, by stać się antidotum na sadomasochistyczne wzorce. Hanka to jakby impetyczny podlotek Makuszyńskiego, ale z rozbudzonym libido, skupiony egoistycznie na sobie i cudownie niekonsekwentny. Widzę ją, jak pędzi rowerem przez Warszawę i umyka wszelkim opresyjnym normom („Jadę sobie, uśmiechając się do całego świata i podśpiewując”).

 

Lista „grzechów”

Zakazów i nakazów dla polskiej dziewczyny w okupowanym kraju było wyjątkowo dużo. Hanka bez namysłu łamie wiele z nich. Już ochocze korzystanie z oficjalnych rozrywek zasługuje na co najmniej przyganę. Z Zakazanych piosenek, wciąż dość aktualnej mapy okupacyjnej rzeczywistości, wiemy, że tandetną rozrywką „okupant chciał zdeprawować polskich niewolników”. Hanka nuci „Wein ich trinken will, die Sorte ist mir gleich” i nie czuje się zdeprawowana. Nie czuje się też świnią, siedząc w kinie na Dziewczętach w bieli. Film jest „śliczny”, szkoda, że nie może go obejrzeć do końca, bo podziemie rozpyliło gaz. Akcji zaraz przyklaskuje. Co nie znaczy, że kiedy po kinie zaczepią ją Niemcy, nie umówi się na randkę.

„Przewin” Hanki jest dużo. Zamiast celebrować narodową żałobę czy konspirować albo chociaż pilnie się uczyć dla ojczyzny, chce się nagadać z Danką, włożyć buty na wysokim obcasie, objeść ciastkami, potańczyć. Jest ruchliwa i zmienna („Ja lubię ruch, lubię zmiany, przygody, zdarzenia, płacz, śmiech”). Z małym zaangażowaniem uczestniczy w tajnym nauczaniu. Postanawia pilnie pracować i prosi Boga o wsparcie, ale wagaruje, ewentualnie traktuje komplety towarzysko. Jednak najcięższą jej „winą” jest to, że pożąda i chce być pożądana, a najatrakcyjniejsi wydają jej się niemieccy żołnierze.

 

Ani wróg, ani miłość

Dziennik Hanki został przez wydawcę opatrzony sensacyjnym tytułem Mój wróg, moja miłość. Niezbyt trafnie. Pewnie chodzi o Günthera, któremu autorka poświęca więcej miejsca niż innym chłopcom. Ale ani on dla niej „wróg”, ani „miłość”. Pisze, że go kocha, ale to nieprawda. Hanka kocha się zakochiwać, swoje padające na przypadkowe obiekty pożądanie dopiero wtórnie romantyzuje. Widać, że to konwencja, znacznie trafniejsze jest powtarzane przez nią stwierdzenie: „Nie będzie ten, to będzie inny”. Flirtuje, łaknie kontaktu, ale chce zachować kontrolę ( „Czułam, że bierze mnie w pół. Zaczęłam się kręcić jak na szpilkach. Co za dużo, to nie zdrowo”). Próbuje swej władzy w przyciąganiu i reglamentowaniu dostępu. Eksperymentuje. Sama nie wie, czego chce. Raz oburza ją nadużycie intymności, raz rozczarowuje zbyt łatwy rezultat własnej oschłości („Wyszedł. Szkoda, że tak…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Przepis na głód