Subskrybuj
Germanista, tłumacz, publicysta. Autor bloga "Brulion bez linii" - www.brulionbezlinii.net

Nie śpijcie spokojnie

Prawdziwą siłą nośną religii okazuje się jej zdolność do wydobywania z człowieka najgorszych cech i aktywizowania jego najbardziej odrażających skłonności. Gdyby religie nie istniały, mawiał Steven Weinberg, „byliby na świecie ludzie dobrzy, czyniący dobro, i ludzie źli, czyniący zło. Religii potrzeba, by zło czynili ludzie dobrzy”.

A którzy czekali błyskawic i gromów,

Są zawiedzeni.

A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,

Nie wierzą, że staje się już.

Czesław Miłosz, Piosenka o końcu świata

 

Wiele się wydarzyło, były inwazje i święte wojny, z których jedna, nuklearna, matka wszystkich bitew, spowodowała na świecie największe w całej historii ludzkości rozmnożenie się bandytów i mutantów. Były wielkie rewolucje i olbrzymie represje, które stworzyły miliony szaleńców i tułaczy. Były okresy głodu i ogólnoświatowe epidemie, które zrujnowały całe regiony i wygnały z nich miliony nieszczęśników. I była olbrzymia zmiana klimatyczna, która dokonała reszty, zachwiała geografią świata, już nic nie było na swoim miejscu, morza, lądy, góry i pustynie doznały zmian, jakich nigdy wcześniej nie doświadczały w epokach geologicznych, i to wszystko w ciągu jednego ludzkiego życia”. To właśnie ów koniec świata, którego datą graniczną jest tytułowy rok 2084 z powieści Boualema Sansala. Wiadomo jednak, choćby z Ewangelii, że żaden koniec świata niczego nie kończy, a jest tylko jakimś nowym początkiem, powtórnym przetasowaniem i rozdaniem kart, szansą dla tych, którzy, „dziś niczym”, jutro będą „wszystkim” (Mt 19, 27–29). I także tym razem z chaosu wyłania się „nowe niebo” i „nowa Ziemia”. Na tej ostatniej istnieje już tylko jedno państwo: Abistan (czy rzeczywiście tylko jedno, nie jest, jak się potem okaże, takie pewne). W Abistanie panuje ustrój będący czymś w rodzaju totalitarnej teokracji. Dozwolona, czy raczej nakazana, jest wyłącznie jedna religia. Jej Bóg nosi imię Yolah, a jego wysłannikiem jest tajemniczy Abi. To jego uważa się też za natchnionego autora świętej księgi zatytułowanej Gkabul. Dziewięć razy dziennie odbywają się obowiązkowe publiczne modły, do których nawołują mockbi, duchowni zarządzający domami modlitw. Powszechne są pielgrzymki do świętych miejsc, choć o udział w nich trzeba się starać długo i mozolnie. W samym centrum stolicy Abistanu, Qodsabadzie, wznosi się Kiiba, ogromna budowla, będąca kopią piramidy wzniesionej w zamierzchłych czasach przez samego Yolaha w „kraju Wielkiej Białej Rzeki” w ciągu jednej nocy „bez zgiełku i kurzu”. Praktyki religijne to główne zajęcie mieszkańców Abistanu, którego gospodarka jest właściwie wyłącznie gospodarką naturalną, nie wytwarza żadnych dóbr wyższego rzędu, zagadką jest zatem pochodzenie wielkich ekranów elektronicznych czy helikopterów, którymi przemieszczają się Czcigodni, członkowie kasty duchownych, sprawującej niepodzielną władzę nad ludnością Abistanu.

Ta ludność żyje przy tym w potwornej nędzy i chaosie. Elektryczność dostępna jest nielicznym, podstawowym posiłkiem jest urzędowo reglamentowana papka, wszyscy ubierają się jednakowo: w burnie, rodzaj burki zakrywającej całe ciało, przestrzega się niezwykle surowych obyczajów: kobiety chodzą „osłonięte grubymi welonami i burniquabami”, „fizyczna uroda jest ułomnością cenioną przez Odstępcę i przyciąga szyderstwo oraz agresję”, ale małżeństwo 70-letniego starca z 9-letnią dziewczynką nie budzi zdziwienia ani zgorszenia. Znamienna jest też nienawiść do wszystkiego, co było wcześniej, chęć unicestwienia i zapomnienia kultur poprzedzających Gkabul i oparty na nim System.

Religia w postaci czystej

Każdego, kto złośliwie chciałby się dopatrzyć w religii Abistanu pokrewieństwa z islamem, Boualem Sansal przywołuje do porządku już w Ostrzeżeniu poprzedzającym tekst zasadniczy: „Proszę, aby Czytelnik starał się nie myśleć, że ta historia jest prawdziwa albo odnosi się do jakiejkolwiek znanej rzeczywistości”. Ironia? Kilka linijek dalej dowiadujemy się przecież, że tak samo nie istniał nigdy świat wymyślony przez „mistrza Orwella”. Bo chyba nie jest to wybieg, który miałby uchronić autora przed gniewem obrońców czci Allacha (oraz strażników politycznej poprawności). Sansal, obywatel Algierii, nauczył się żyć otoczony nienawiścią muzułmańskich rodaków. Z bezkompromisowo krytycznego nastawienia do islamu nie czyni zresztą tajemnicy. Cztery lata temu w wywiadzie dla „L’Express” stwierdzał wprost: „Ta religia wydaje mi się bardzo niebezpieczna z powodu swego brutalnego, totalitarnego oblicza”. A w wywiadzie dla „Deutsche Welle” wyznaje otwarcie, że nie czuje się muzułmaninem ani w ogóle człowiekiem wierzącym. Wątpliwe zresztą, czy tak niewyszukany kamuflaż zdołałby kogokolwiek zmylić.

Pod koniec powieści Sansal opisuje krótko dzieje religii Abiego, wyrosłej z innej, starożytnej, „która mogła kiedyś przynosić zaszczyt i szczęście licznym wielkim plemionom, żyjącym na pustyniach i równinach”. Ta ostatnia popadła wszelako w głęboki kryzys, a wówczas „zgromadzeni w szajce nazywanej »Bracia posłańcy« śmiałkowie, czując zbliżający się koniec, zdecydowali się utworzyć nową religię na gruzach poprzedniej”. Gkabul można zatem postrzegać jako islam „islamistyczny”, taki jaki marzy się muzułmańskim ekstremistom. Ale formuła antyutopii umożliwia także rozważenie pewnych zjawisk na wyższym poziomie ogólności, refleksję nie tylko nad islamem, lecz nad religią „jako taką”. Gkabul to bowiem religia niejako w postaci czystej, nieskażonej żadnymi domieszkami, rozcieńczającymi ją i narzucającymi jej kompromisy. Religia, która może się rozwijać zgodnie z wewnętrzną dynamiką, znamienną jednak dla religii uniwersalistycznych w ogóle. Współcześnie model ten realizuje najpełniej islam, ale przecież i judaizm, i chrześcijaństwo mają za sobą historię pełną nie mniej ponurych kart. Nie jest więc zapewne przypadkiem, że religia Abistanu, choć najbardziej przypomina islam, zawiera składniki także wielu innych formacji religijnych i parareligijnych. Yolah nosił kiedyś imię Ra, mockbi „spowiadają” wiernych. Inspekcja, której poddają co miesiąc obywateli urzędnicy Komitetu ds. Zdrowia Publicznego, jest wyraźnie wzorowana na praktykach wypracowanych np. w Korei Północnej, a jeden z jej etapów stanowi „samokrytyka”, tak dobrze znana we wszystkich krajach realnego socjalizmu, a pokrewna rachunkowi sumienia, dokonywanemu w ramach sakramentu pokuty – komunizm był może a-teistyczny, ale na pewno nie był a-religijny.

Doskonałe zniewolenie

I to głównie nad religią „jako taką”, nad jej istotą, rozmyśla Ati, bohater tej skądinąd bardzo dygresyjnej, eseistycznej wręcz powieści, młody człowiek, powracający z kuracji w sanatorium przeciwgruźliczym, gdzie po raz pierwszy nachodzą go wątpliwości co do nauk abistańskiego Systemu. „Czy religia – pyta – jest w swojej istocie ukierunkowana na dyktaturę i zbrodnię?” Ati zauważa, że jądrem religii wcale nie jest wiara. „System nie chce, żeby ludzie wierzyli! Taki jest jego tajemny cel, bowiem kiedy się wierzy w jedną ideę, można uwierzyć w inną, na przykład przeciwną, i uczynić z niej ulubiony temat do zwalczania pierwszej iluzji”. To dlatego System nikogo nie kusi, „aby zdobyć jego szczery akces”, lecz jedynie z urzędu „wpisuje” jednostkę w wiarę, narzuca jej pewien wzór zachowań. A z wielką nieufnością traktuje wszelką nad nią refleksję, nawet tę uprawianą pod ścisłą kontrolą. Taka refleksja może przecież prowadzić i do „oczerniania wiary”, a kto „chce zbliżyć się do swojego boga”, może to wszak czynić, by go „zdradliwie zniszczyć”.

Sedno religii stanowi kult, bo kult daje się kontrolować, a uczestnictwo w nim to wyraz całkowitej uległości. Prawdziwym celem religii jest doskonałe zniewolenie społeczeństwa, by nawet nie zauważało ono swojego zniewolenia: wierzący jest „szczęśliwy ze swojej ślepoty”. To dlatego religia wypracowuje własny język – w Abistanie noszący nazwę abilangu– który podobnie jak u Orwella jest narzędziem „psychomanipulacji”. Ati zaczyna rozumieć, że „prawdziwa religia nie może być niczym innym niż dobrze kierowaną bigoterią, zbudowaną na monopolu i utrzymywaną dzięki wszechobecnemu terrorowi”. Terror jest w Abistanie rzeczywiście wszechobecny, ale wszechobecna jest także wola podporządkowania się prawu religijnemu, lojalnego współdziałania z władzą i jej policyjnym Aparatem, uczestnictwa w masowej kontroli i inwigilacji. Powszechne staje się donosicielstwo, a szarzy obywatele dobrowolnie i gorliwie pomagają w egzekucjach, przeprowadzanych regularnie na stadionach. Jak każda religia, także religia Abistanu przedstawia się jako najwyższe dobro, które ma być przeciwwagą dla zła dominującego w naturze ludzkiej. „I w ten sposób zło, które przeciwstawia się złu, staje się dobrem, a dobro jest doskonałym…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Dumni, silni, niepełnosprawni