Kiedy w 74. rocznicę powstania w warszawskim getcie Daria zamieści na lokalnym forum internetowym fotografie ozdób wraz z ich historią, wzbudzą tak duże zainteresowanie, że będzie zmuszona tłumaczyć, czemu pierścionki nie są na sprzedaż. I dlaczego, choć zawodowo zajmuje się wyrobem biżuterii, nie zacznie wytwarzać ich na większą skalę. „Są tylko trzy i niech tak zostanie” – mówi Daria. Nawet jeśli materiałów mogłaby mieć pod dostatkiem, co więcej, na wyciągnięcie ręki. Te resztki wybrała pieczołowicie z wykopu pozostawionego przez robotników przy dawnej ul. Leszno, obecnie al. Solidarności, części osiedla-pomnika, powstałego z gruzów i na gruzach dawnej żydowskiej dzielnicy północnej i getta, które dziś – jak piszą Barbara Engelking i Jacek Leociak – „istnieje już tylko pod asfaltem ulic muranowskich, pod chodnikami, pod skwerami podwórek, szkolnymi boiskami, dziedzińcami przedszkoli (…), pod wyjątkowo w tej dzielnicy wybujałymi topolami, lipami, klonami. Tam są sklepienia piwnic przykryte gruzem i ziemią – mocne gettowe korzenie pamięci[1]”.
Ocalone z rumowiska
Prostokątna, pokryta jasną emalią blacha o wymiarach 25 na 50 cm oznajmia wersalikami: „LEKARZ-DENTYSTA”. Poniżej nazwisko B. KACENELENBOGEN, wers niżej: „m. 7”. Mieszkanie numer 7 znajdowało się na Muranowie, lecz gdzie dokładnie, trudno dziś ustalić. Emaliowany szyld gabinetu dr Berty Kacenelenbogen trafił w ręce dwojga studentów Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego u zbiegu ul. Karmelickiej i Pawiej. Ryszard Cywiński i jego przyjaciółka Lucyna wydobyli go z gruzów 1 maja 1953 r., w trakcie prac społecznych przy porządkowaniu rumowiska dawnego getta. Nieoczyszczona jeszcze blacha, z widocznymi na brzegach otworami po śrubach, pojechała z Ryszardem do Legionowa, gdzie jego rodzina rozbudowywała wówczas dom. Gdy odwiedził rodzinę ponownie, usłyszał od ciotki: „To nie jest taka zwykła blacha, to jest szyld dentysty, Żyda, zamordowanego w getcie lub wywiezionego do Oświęcimia i tam zagazowanego. Nie wypada tablicy z nazwiskiem zamordowanego człowieka umieszczać byle gdzie”[2].
W 2006 r. pośrodku placu z pomnikiem Bohaterów Getta wyrósł niebieski namiot – ohel, znacząc miejsce, w którym miało stanąć przyszłe Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Zaintrygowani konstrukcją przechodnie mogli zajrzeć do środka i dowiedzieć się, że powstająca instytucja zaprasza do oddawania przed miotów związanych z życiem żydowskiej społeczności w Polsce, tkwiących dotąd w szufladach, piwnicach i na strychach. Jednym z pierwszych ofiarodawców był Ryszard Cywiński, który przeczytał o akcji w gazecie. Szyld wrócił do niego w 1969 r. po śmierci ciotki wraz z domem, który po niej odziedziczył. Teraz znalazł swoje miejsce w muzeum, wraz z obrazem Ewy Kuryluk z cyklu Ekrany, medalem Ireny Sendlerowej, świecznikami znalezionymi na wysypisku, zdjęciami, książkami, szkolnymi zeszytami i puszkami kwestarskimi. Szyld ma numer MHŻP-B9.
Dopowiadanie historii
„O wcześniejszych losach szyldu, niestety wiadomo niewiele, nieznany jest też jego autor – mówi Aleksandra Przeździecka-Kujałowicz z działu zbiorów Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. – W spisie medyków działających w warszawskim getcie udało się odnaleźć nazwisko dr Berty Kacenelenbogen. W chwili utworzenia getta przebywało tam prawie 1000 lekarzy, z czego większość prowadziła indywidualną praktykę. W lipcu 1942 r. działało ich już czterokrotnie więcej, najliczniej reprezentowani byli właśnie dentyści, obok chirurgów i ginekologów”.
Medium – tak zatytułowała swój projekt artystka wizualna Patrycja Orzechowska, która wczesną wiosną tego roku w ramach rezydencji w muzeum naświetliła wybrane pożydowskie przedmioty na materiale światłoczułym. „Zależało mi, by oddać charakter tej kolekcji, tworzonej oddolnie, demokratycznej, złożonej z rzeczy o wartości głównie emocjonalnej, nie materialnej – mówi. – Wybierałam te o niewielkich gabarytach oraz te niosące ze sobą najciekawsze historie, lecz kierując się wiernością przekazu, uwzględniłam również te, których perypetie są niewiadomą; trzeba je sobie dopowiadać na podstawie skąpych informacji”.
Gdy rok po inauguracji działalności muzeum w przeznaczonym dlań budynku otwarło wyczekiwaną wystawę stałą, opartą głównie na materiale multimedialnym, wśród odwiedzających powtarzały się głosy zdziwienia z powodu takiego wyboru. Niewielu zdawało sobie sprawę, że w tym samym gmachu mieści się ponad 2 tys. darów i porównywalna ilość depozytów. Zaczynając prace, także Patrycja Orzechowska nie miała pojęcia o ich istnieniu. „Chciałam opublikować ogłoszenie, prosząc ludzi o przynoszenie rzeczy związanych z żydowską historią, jak zrobiła wcześniej inna rezydentka Muzeum POLIN, Eliane Esther Bots, filmując później ofiarodawców opowiadających o losach tych przedmiotów – wspomina. – Kiedy podzieliłam się pomysłem z Agnieszką Pinderą, kuratorką z muzeum, powiedziała mi, że przecież jest ich mnóstwo na miejscu, wystarczy przejść z piętra na piętro”.
Choć początkowo POLIN planowało oprzeć zasoby wyłącznie na materiale wirtualnym, w trakcie prac nad wystawą organizatorzy zmienili zdanie, dochodząc do wniosku, że autentyczne przedmioty wzbogacą przekaz. W przeciwieństwie do kolekcji Żydowskiego Instytutu Historycznego, opartej na cennych, artystycznie wykonanych eksponatach, postawiono jednak na pamiątki o charakterze osobistym, niekiedy niepoddające się wycenie – chodziło o dokumentację nawet najbanalniejszych elementów życia codziennego. 450 spośród nich zaprezentowano w 2013 r. na wystawie Biografie rzeczy.
Są w tym zbiorze wieszaki na ubrania z Lublina, dostarczone przez Juliana Lenkiewicza. Latami służyły jego rodzinie, aż domownicy zaczęli dostrzegać w nich nie tylko obiekt użytkowy, lecz i przedmiot z minionej epoki. Zachowywano je więc podczas kolejnych przeprowadzek, aż trafiły do muzeum – też były jednymi z pierwszych nabytków. Jeden wieszak ma wygrawerowaną nazwę firmy: „CENTRALA UBIORÓW MĘSKICH, DAMSKICH[,] UCZNIOWSKICH oraz FUTER – N. FISZMAN – Lublin – ul. KRAK.-PRZEDM. 10, róg Bernardyńskiej”, a dolną część jego metalowego uszka osłania szyjka z drewna. Kamienica na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Bernardyńskiej stoi w mieście do dziś, w 1971 r. wpisano ją do rejestru zabytków. Inny, z sygnaturą firmy Szyfman, pochodzi z ul. Królewskiej, przy której działały m.in. żydowskie drukarnie oraz redakcja dziennika „Lubliner Tugblat” publikującego w jidysz.
Są dwie ośmiokątne płytki podłogowe z Zakładów Ceramicznych Dziewulski i Lange, wykonane po 1883 r., pochodzące najprawdopodobniej (słowo „najprawdopodobniej” wyjątkowo często przewija się w opisach) z nieistniejącej już synagogi na warszawskiej Pradze, która choć uszkodzona, przetrwała wojnę, bo Niemcy urządzili w niej odwszalnię. Choć w 1949 r. wpisano ją do rejestru zabytków, wkrótce została rozebrana. Płytki znaleźli 10 lat później studenci porządkujący teren po świątyni. Mają wzór podobny do tych, które zachowały się w gmachu dawnego banku Wilhelma Landaua przy ul. Senatorskiej 38 w Warszawie, w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca, gdzie stała słynna Wielka Synagoga na Tłomackiem.
Są też wykopane w okolicach Bolimowa 32 bączki chanukowe i matryca drukarska hebrajskiego modlitewnika. Samowar i waga, jedyne pamiątki po żydowskich rodzicach Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela, dziś katolickiego księdza, ocalonego z Zagłady przez polską rodzinę Waszkinelów. Papierośnica z wygrawerowanym widokiem Trasy W-Z, należąca kiedyś do architekta Zygmunta Stępińskiego, ojca obecnego wicedyrektora muzeum, który odziedziczył po nim też imię. Zawartość walizki Anny Trachtenherc, emigrantki z marca 1968 r.
Najwięcej jednak przedmiotów widm, kawałków większej całości o nie zawsze rozpoznawalnym przeznaczeniu: skorup, strzępków, okruchów. Z sąsiedztwa.
Atlantyda pod podwórkiem
Gdy na powierzchni nie widać oczywistych śladów przeszłości, jak na Muranowie, którego żydowscy mieszkańcy zginęli, budynki zburzono, a potem zastąpiono częściowo ulepionym z ich resztek nowym osiedlem, o historii mówi ziemia. Czasem sama, niekiedy trzeba ją do tego nakłonić. Tak zrobili pod koniec września 2015 r. artyści – Asli Çavus¸og˘lu oraz Małgorzata Kuciewicz i Simone De Iacobis z grupy projektowej Centrala, odsłaniając na kilka dni grunt na podwórku ul. Karmelickiej, w pobliżu miejsca, gdzie jeszcze podczas wojny stał szpital ewangelicki, upamiętniony teraz tablicą na ścianie bloku z gruzobetonu. Interwencję, realizowaną w ramach innej rezydencji artystycznej w Muzeum POLIN, nazwali The Cut, czyli cięcie, archeologiczna operacja na tkance miasta. Miała przypomnieć widzom, że pod spodem tego, co oglądają na co dzień – na pozór zwyczajnej, powojennej architektury – kryje się druga, niedostrzegana warstwa.
Już pierwszego dnia wykopalisk, prowadzonych przez architekta krajobrazu Krzysztofa Hermana, ziemia wypluła zawartość. Oprócz zdekompletowanego wyposażenia żydowskich domów – kawałków cegieł, płytek podłogowych, skorup po naczyniach – którymi zwykle dzieli się chętnie i w obfitości, tym razem zaoferowała odkrywcom kilka przedmiotów o symbolicznym znaczeniu, jak odznakę z rowerem i gwiazdą Dawida, widelec ze srebra, aptekarską butelkę. Wydobycie kompletnych znalezisk wyraźnie poruszyło zgromadzoną w sąsiedztwie wykopu publiczność; inaczej reaguje się na powtarzalne okruchy, które wszędzie wyglądają tak samo, inaczej na dowody istnienia konkretnej Atlantydy. Pojawiły się też pytania, co zrobić z przedmiotami wydobytymi w trakcie prac. Do kogo należą – do miasta czy do lokalnej społeczności? Czy powinny znaleźć się w którejś z żydowskich instytucji, a może w jednej z muranowskich szkół?
„Przez firanki prześwitywały ulotne sylwetki starszych ludzi. Przypominało to grzebanie w garderobie zmarłej babci, której duch znajduje się w tym samym czasie w pokoju. Promienie czasu, załamywane przez artefakty i odbijane od ścian wypełnionych gruzami, zbiegły się, tworząc Wunderkammer – podwórze zapełnione najróżniejszymi ciekawostkami kulinarnymi: garnkami, patelniami, kafelkami z pieców, kuchenną armaturą, zębiskami widelców, świńskimi kłami, żebrami, kręgami…”[3] – jak pisze Jerzy Elżanowski w eseju podsumowującym projekt.
W ciągu tygodnia artystów odwiedziło na miejscu blisko 200 osób. Przychodziły z ciekawości, ale też podzielić się relacjami o własnych odkryciach sprzed lat. Pokazywały zdjęcia innych rzeczy wydobytych z muranowskich wykopów. Ziemia, z której cięciem uwolniono opowieść, sprowokowała kolejne.
Dotknąć nieżyjących
Zabawy w archeologie˛ – odnajdywanie skrawków codzienności poprzednich, żydowskich mieszkańców – tworzą wspólny mianownik dzieci dorastających na Muranowie, niezależnie od wieku. Najwięcej jednak ma do powiedzenia pierwsze pokolenie, dorastające na wielkim placu budowy, jakim w latach 50. było osiedle, rozsławiane przez ówczesną propagandę jako wzorcowa nowoczesna osada dla robotników w centrum Warszawy.
Halina B. (imię i inicjał nazwiska zmienione), która wprowadziła się do tutejszego bloku jako kilkuletnia dziewczynka, pamięta rozsypane na jednym z podwórek koraliki, o których pisała w opowiadaniu Obecność Hanna Krall. Były szklane, w jaskrawych, wesołych kolorach, dokładnie takie, jak opisała je reporterka. Najpewniej produkcji firmy J. Alfus, Nalewki 24. Dziewczynki z sąsiedztwa nosiły je na szyjach nawleczone na nitkę.
Jacek Kamiński, redaktor, miał siedem, może osiem lat, gdy z innymi chłopakami z podwórka bawił się w walki Żydów z Niemcami, korzystając z niezliczonych spłonek z brązowego szkła, wielkości papierosowych fifek, które po uderzeniu nogą strzelały tak, że było je słychać na sąsiednich ulicach. Pod cienką warstwą ziemi ciągle coś znajdowali. Niektóre trofea wciąż tkwią w domu Jacka. Talerz z niebieskim szlaczkiem. Prosty porcelitowy dzbanek ozdobiony tylko u góry zielonym roślinnym motywem, a na dnie – niemieckim orłem wymalowanym białą farbą, wykopany w okolicy kopca na Miłej, gdzie znaleźli śmierć przywódca powstania w getcie Mordechaj Anielewicz i jego towarzysze. „Hitlerowcy – mówi Jacek – nie nosili przy sobie takich naczyń, więc jakiś mieszkaniec dzielnicy północnej musiał go kupić jeszcze przed wojną”. Co jeszcze wtedy znalazł? Kilka nadpalonych książek, zadrukowanych hebrajskimi literami. I lalkę bez kończyn, walającą się w rowie jak przypomnienie o wojnie.
Rzeczy wciąż szukają nowych właścicieli, choć pierwsi poszukiwacze przeczesywali teren Muranowa tuż po wojnie. To, co naprawdę cenne, z reguły zabrali już Niemcy, choć nawet prasa odnotowywała krążącą w tamtym czasie wśród warszawiaków opowieść o nierozgarniętej robotnicy, która z eskapady na miejsce-po-getcie przyniosła do domu żółty krążek z metalu.
Gdy dowiedziała się, że to złota pięciorublówka wartości paruset złotych, miała załamać ręce, bo „tych blaszek tyle tam leżało…”[4]. Podobna, potwierdzona historia przydarzyła się robotnikom pracującym przy odgruzowywaniu rumowiska pod przyszłą ulicę – gdy zawiadomili milicję o odkryciu szczątków ludzkich szkieletów, ta natrafiła przy okazji na sporą ilość złotej biżuterii, którą „zaplombowano i przekazano na rzecz Skarbu Państwa”[5]. Wobec braku złotych monet brało się to, co miało praktyczną wartość. Głównie całe cegły, służące do budowy prowizorycznych domów. Kawałki desek, resztki ram okiennych i drzwi, drewno podłogowe wygrzebane spod gruzów. Na ludzkie kości natrafiano jeszcze podczas odgruzowywania w latach 50. „Są one pieczołowicie zbierane i składane do specjalnych pudełek, których wiele rozmieszczonych jest na terenie Muranowa” – podawało „Życie Warszawy”[6].
Jakub Duszyński, o którym pisałam kilka lat temu w książce Stacja Muranów, nauczył się uważnie patrzeć pod nogi. Dzięki temu do jego domu trafiły: kawałek ramy łóżka, stary zamek do drzwi, jakieś buteleczki, solniczka. Część przedmiotów podarowali mu robotnicy pracujący przy wymianie kabli. „Nie kieruje mną potrzeba kolekcjonerstwa, zresztą z takiego punktu widzenia większość tych rzeczy jest kompletnie bezwartościowa. Służą mi do refleksji, że przez te same dziurki w solniczce ktoś inny sypał sól podczas śniadania i obiadu, a z butelki wklepywał sobie w policzki wodę kolońską, i pośrednio mogę też w pewien sposób dotknąć nieżyjących już ludzi” – mówił.
Widmowy łącznik
„To był impuls” – stwierdza Daria Siwiak, odtwarzając w pamięci przebieg tamtego wieczoru sprzed roku, kiedy po wyjściu z kina Muranów dostrzegła świeży wykop, wyjątkowo niepilnowany przez robotników, i niewiele myśląc, chwilę później już stała wewnątrz, zgarniając do kieszeni kawałki cegieł i drewna. Urodzona w tej okolicy, w pobliżu nieistniejącego już kina Femina, niegdyś teatru o tej samej nazwie kierowanego w czasach getta przez Jerzego Jurandota, w którym występowały Marysia Ajzensztadt i Stefania Grodzieńska – odkąd podczas jednego z dziecięcych spacerów ojciec wytłumaczył jej, co kryje się za charakterystyczną pagórkowatością okolicy, podobnie jak Jakub Duszyński nie mogła
się oprzeć zaglądaniu w głąb ziemi odsłanianej podczas prac remontowych lub budowlanych. Dwa metry pod powierzchnią prześwitywało tam drugie dno, ściany przedwojennych budynków, przykryte dotąd betonem.
Rozłożyła pozyskane kawałki na stole, taksując je fachowym okiem. Były zbyt drobne, z takich składników trudno coś stworzyć. Następnego dnia, wyposażona już w rękawiczki i foliowe torebki, wróciła na poszukiwanie większego fragmentu. Robotnicy nie zdziwili się na jej widok. „Pani z muzeum?” – usłyszała. Odpowiedni kawałek odnalazł się bez przeszkód, dopełniając osobistą kolekcję o niewiadomym jeszcze przeznaczeniu.
Daria zastanawiała się, jak by ją utrwalić. Drewno było tak zbutwiałe, że rozpadało się w rękach. „Wyobraźnia podsunęła przezroczystą substancję i zatopione w niej przedmioty. To obca mi technologia, tworząc biżuterię, pracuję z kamieniami i srebrem”– opowiada. Pomogła koleżanka, specjalizująca się w zatapianiu w żywicy przedmiotów, które przynoszą jej klienci, chcąc je utrwalić i nosić jak talizman. Trafiają się pukle włosów ukochanych osób, sierść zwierząt, ale i powietrze pochodzące z koncertu Justina Biebera, które przyniosła w słoiku nastoletnia fanka. Na tym tle okruchy z getta mogły wydać się czymś wręcz banalnym. Nowa forma nadała im wyrazistość. Odwrotnie niż działanie Patrycji Orzechowskiej w ramach projektu Medium, nawiązującego do pierwszych skojarzeń związanych z odkryciem fotografii analogowej i nastrojom towarzyszącym wykonywaniu w ten sposób pierwszych zdjęć. „Naświetlając przedmioty i utrwalając ich kształt na papierze, na swój sposób dematerializowałam kolekcję, akcentując jej widmowość, którą czuje się niemal fizycznie, obcując z tymi przedmiotami, myśląc o pustce, jaka została po polskich Żydach – mówi. – Medium stawała się zarówno dana rzecz, łącznik między poprzednim właścicielem i znalazcą, medium jest w pewnym sensie muzeum, jako zbiór, nośnik idei, oraz ja sama, osoba, która naświetla, prześwietla, pośredniczy między przeszłością a teraźniejszością” – dodaje Patrycja.
***
Srebrne sztuc´ce z łodzi – łyz˙ke˛ i widelec – podarowała muzeum ludwika Wujec. Pochodzą ze ślubnego kompletu Zofii Ulman z domu Okrent, siostry Oskara Okrenta, ojca Ludwiki. Zofia Okrent urodziła się w 1914 r. w Łodzi; po wybuchu wojny trafiła do Związku Radzieckiego. Wstąpiła w szeregi 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, z którą wróciła do Polski. Po wojnie zamieszkała w Łodzi razem z wdową po bracie Reginą Okrent i jej córką Ludwiką. Pracowała m.in. jako tłumaczka z języka rosyjskiego oraz w szkole. Po wydarzeniach marcowych 1968 r. razem z synem wyjechała do Szwecji, gdzie zmarła.
Dla Ludwiki Wujec sztućce to nie tylko pamiątka po ciotce, lecz również wyraz pamięci o całej rodzinie, ofiarach Zagłady.
Biała serwetka w kształcie zbliżonym do rombu, z zaokrąglonymi krawędziami, też z muzealnych zbiorów, służyła kiedyś żydowskiej rodzinie Frymelów do przykrywania dwóch bochenków chały w czasie kolacji szabatowej. Frymelowie przekazali serwetkę polskiej rodzinie Adamczyków, która udzieliła im schronienia podczas wojny, w dowód wdzięczności. Adamczykowie zostali uhonorowani medalami Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.
Patrycja Orzechowska: „Obcując z przedmiotami z kolekcji, myślałam o tym, jak ich potencjał ujawnia się dopiero wówczas, gdy zabrakło podmiotu, ludzi, do których należały. Postrzeganie rzeczy się zmienia: początkowo patrzymy na każdą z nich jak na coś zwyczajnego, bezwartościowego, zwłaszcza jeśli była wytworzona masowo, dopiero po czasie okazuje się, że nawet najbanalniejszy przedmiot zyskał indywidualny rys”.
Jedna z uczestniczek projektu rezydencyjnego Eliane Esther Bots przyniosła ze sobą przedmiot, którego nie chciała pokazać przed kamerą, bo dotyczył rodzinnej tajemnicy i nie była jeszcze gotowa go upublicznić – sfilmowano go w pudełku.
„To jest rodzaj epitafium (…), niemy świadek zbrodni ludobójstwa hitlerowskiego”[7] – mówiła o szyldzie znalezionym w ruinach getta ciotka Ryszarda Cywińskiego.
Ofiarodawca dwóch pamiątkowych pierścieni z getta warszawskiego, zakupionych przed laty w desie, przekazał je do muzeum po ciężkiej chorobie – jak powiedział, wierzył, że były rodzajem talizmanu, który pozwolił mu wrócić do zdrowia.
Jak pisze Ewa Klekot, „dziedzictwo to nie zbiór obiektów, lecz postawa wobec przeszłości”[8]. Rozmówcy Eliane Esther Bots „mieli przynieść rzeczy związane z żydowską przeszłością – przynieśli natomiast to, co umożliwiało im snucie opowieści o tym, kim są sami tu i teraz”[9].
„Naświetlając obiekty z kolekcji w ciemni zaaranżowanej na miejscu, w Muzeum POLIN, niewidoczna dla pracowników ani odwiedzających, czułam, że choć większość z nich nie ma wartości kolekcjonerskiej, mają ogromny ładunek emocjonalny – mówi Patrycja Orzechowska. – Bałam się, żeby w tych ciemnościach przez przypadek niczego nie uszkodzić, nawet zwykłego kafelka z rumowiska, bo jeśli rozbije się na podłodze, drugiego takiego już nie będzie”.
Ręka jej drżała, ale żaden z przedmiotów nie doznał uszczerbku.
_
[1] B. Engelking, J. Leociak, Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście, Warszawa 2001, s. 766.
[2] Cytat według relacji dołączonej przez darczyńcę do obiektu.
[3] J. Elżanowski, Udomawianie przemocy: zapiski ze społeczno-przestrzennego wtargnięcia w antropologiczną warstwę Warszawy, w : Obecność / Brak / Ślady. Współcześni artyści o żydowskiej Warszawie, katalog porezydencyjny, Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, Warszawa 2016, s. 174–175.
[4] „Express Wieczorny” z 29 listopada 1946 r.
[5] „Robotnik” z 5 września 1945 r.
[6] Ze starej cegły – nowe domy, „Życie Warszawy” z 26 września 1949 r.
[7] Cytat według relacji dołączonej przez darczyńcę do obiektu.
[8] E. Klekot, Zerwana ciągłość pamięci i rzeczy, w: Obecność / Brak / Ślady…, dz. cyt., s. 60.
[9] Tamże.