Subskrybuj
dr literaturoznawstwa, krytyczka literacka. Autorka książki Ślady nieobecności. Poszukiwanie Ireny Szelburg (2014). Prowadzi zajęcia w Katedrze Krytyki Współczesnej przy Wydziale Polonistyki UJ. W miesięczniku zajmuje się rubryką Stacja: literatura.

Nie dla zysku

Potrzebujemy dziś rozwijania myślenia dalekosiężnego, pozwalającego lepiej zrozumieć charakter naszej odpowiedzialności za siebie nawzajem, za środowisko naturalne i za kształt naszej demokracji.

Anna Marchewka: Panie Profesorze, chciałabym porozmawiać o tym, co jest mi (nie tylko jako krytyczce literackiej i literaturoznawczyni) najdroższe, czyli o ekonomii nieopłacalności.

Jerzy Hausner: A co to jest „ekonomia nieopłacal­ności”?

 

To bardziej metafora niż pojęcie. Obejmuje wszystkie tzw. niematerialne dobra kulturowe i działania kulturotwórcze, które rzekomo pozbawione są szans na wypracowanie jakiegokolwiek zysku. Ekonomia nieopłacalności, czyli wszystko to, co się nie opłaca. Nieco upraszczając – np. po 1989r. uwierzyliśmy (czy też daliśmy się przekonać – tylko czy mówiąc tak, nie zrzucalibyśmy z siebie odpowiedzialności za tę przemianę?), że nauki humanistyczne są nieproduktywne, wyłącznie pożerają środki i nie oferują zbyt wiele w zamian. A przecież właśnie to, co niby nieopłacalne, może ostatecznie okazać się niezbędne dla prowadzenia dobrego życia. Możemy przecież podawać niezliczone przykłady, gdy kierowanie się wyłącznie imperatywami rynku prowadzi do katastrof, kryzysów czy zapaści ekonomicznych.

Niektórzy ekonomiści są przekonani, że wartościowe jest tylko to, co jest opłacalne. A co to znaczy? Tyle, że to coś można wycenić i za to zapłacić. Dla nich cena jest miarą wartości, a to, czego nie można wycenić, nie ma wartości. Uważam taki pogląd za niesłuszny, niebezpieczny, a nawet – niegodziwy.

Jeśli wszystko jest mone­tyzowane, wszystko jest na sprzedaż, to życie zostaje urzeczowione i staje się liczbą.

W ujęciu teoretycznym owi eko­nomiści proponują następujące rozu­mowanie: nawet jeśli jakieś dobro nie jest przedmiotem obrotu rynkowego, to wcale nie znaczy, że nie możemy symulować rynku, czyli zastanawiać się nad tym, jak owa rzecz zostałaby wyceniona, gdyby była przedmiotem transakcji. W jaki sposób określić taką cenę? Możemy np. zapytać respon­dentów, ile byliby gotowi zapłacić za coś, czego w istocie rzeczy kupić nie mogą. W ten sposób ekonomiści wyce­niają np. wartość parku krajobrazowego albo ekspozycji, którą możemy oglądać w publicznej galerii sztuki. Niektórzy próbują nawet wyceniać wartość ludz­kiego życia – na tym zasadza się prze­cież ubezpieczenie na życie. Negatywne konsekwencje takiego podejścia znako­micie opisuje m.in. amerykański myśli­ciel Michael Sandel.

Ekonomiści głównego nurtu usu­nęli problem wartości, uznając, że jest to wyłącznie sprawa filozofów. Ską­dinąd szereg nurtów filozoficznych również unika tego tematu, uważając, że mówienie o wartościach prowadzi często do ich nieuprawnionej absolu­tyzacji, zaś takie „absolutne wartości” przyjmowane bez dozy sceptycyzmu mogą sprzyjać wytwarzaniu postaw fanatycznych i autorytarnych. Pro­blematyka wartości stała się więc nawet nie tyle letnia, ile nawet gorzej – podejrzana. Wobec usunięcia tema­tyki aksjologicznej z dyskursu ekono­micznego oraz braku silnej inspiracji ze strony współczesnej filozofii (choć trzeba oczywiście szczególnie cenić tych, którzy się nią mimo wszystko zaj­mują) stajemy dziś przed poważnym problemem, w jaki sposób przywrócić w debacie publicznej rozsądny i prze­konujący język wartości.

 

Co powinno charakteryzować ten nowy sposób mówienia o wartościach i w jaki sposób można go rozpowszechnić?

Oczywiście łatwiej odpowiedzieć, czego unikać, niż co powinniśmy zrobić. Wiemy, że chcemy znaleźć złoty środek między absolutyzacją wartości (przed którą bronią się filo­zofowie) oraz ujmowaniem wartości wyłącznie w kategoriach mechani­zmów rynkowej wyceny (co proponują neoklasyczni ekonomiści). Sądzę, że warto rozważyć następujące tezy. Po pierwsze, powinniśmy przyjąć, że war­tości są wytwarzane. Na ogół mówimy o nich, albo je psychologizując (czyli sprowadzając do indywidualnych postaw i wyborów), albo uznając za coś, co należy wyznawać.

 

Słowo „wyznawać” kojarzy się z porządkiem religijnym.

To nie musi być religijność w znaczeniu wąskim – choć „wyznawanie war­tości” nosi pewne cechy analogiczne do „wyznania wiary”. „Ja wyznaję”, „ja się przyznaję do”, „ja się odnoszę do tego w ten sposób i innego nie dopusz­czam” – żadna z tych wypowiedzi nie otwiera się na dyskusję, każda z nich jest kategoryczna. Potrzebne jest nam zaś jasne przekonanie, że wartości ist­nieją, ponieważ powstają w toku ludz­kiej aktywności. Po drugie, powinniśmy uznać, że owo wytwarzanie wartości jest procesem społecznym, czyli że wyłaniają się one dzięki komunikacji i współdziałaniu jednostek, wykuwają się we wspólnej dyskusji i przy ważeniu różnych racji. Po trzecie, fundamen­talne znaczenie ma zrozumienie rozróżnienia pomiędzy wartościami egzystencjalnymi i instrumentalnymi. Wartości egzystencjalne wynikają ze wspólnotowości i ją podtrzymują. Dzięki nim możemy przetrwać. War­tości instrumentalne zaś mają prak­tyczne znaczenie, umożliwiają nam aktywność i służą osiągnięciu wyzna­czanych celów. Podstawą wytwarzania racji instrumentalnych jest istnienie racji egzystencjalnych. Po czwarte, oznacza to więc, że mamy do czynienia z pewnym procesem, który nazywam procesem okrężności, polegającym na tym, że jeśli w oparciu o wytworzone wartości egzystencjalne wytwarza-my wartości instrumentalne, musimy zadbać o to, aby nie górowały one nad tymi egzystencjalnymi i nie niszczyły ich. Obecnie gospodarowanie jest pro­cesem linearnym, a to znaczy, że koncentrujemy się na uzyskiwaniu nad­wyżki w stosunku do kosztów, które ponosimy w celu prowadzenia działalności gospodarczej. Jedyną miarą powodzenia jest zysk, a ignorujemy fakt, że niejako przy okazji powstaje również wiele takich zjawisk, które zagrażają temu, co dla nas ważne. Kon­sekwencje są zatrważające, bowiem tak oto niszczymy zdolność do podtrzy­mywania samego procesu gospoda­rowania. W moim przekonaniu celem powinno być przejście od gospodarki linearnej do okrężnej (circular eco­nomy), w której zachowuje się, odnawia, pomnaża istniejące zasoby i tworzy nowe. Możemy to sobie wyobrazić poprzez porównanie do okrężnej metody recyklingu opierającej się na minimalizacji ilości odpadów. Ale oczy­wiście to najprostsza forma okrężności.

 

Czy moglibyśmy opisać konkretny przypadek, gdy wartości instrumentalne zyskują przewagę nad wartościami egzystencjalnymi?

Mój ulubiony przykład to gospodarka leśna. Myślę, że przemawia on do wyobraźni większości ludzi. Prowa­dzimy ją m.in. (nie przede wszystkim, jak ostatnio próbuje się nam wmawiać) dla pozyskiwania surowców. Szcze­gólnie cenne jest dla nas drewno. Co się jednak dzieje, gdy gospodarka leśna sprowadzona jest tylko do szybkiego pozyskania drewna (wartości instru­mentalnej)? W ten sposób niszczona jest podstawa procesu wytwarzania tego surowca, którą jest samo istnienie lasu (wartość egzystencjalna). Konse­kwencją rabunkowego gospodaro­wania jest ostatecznie utrata źródła zysku i więcej – utrata bezcennej prze­strzeni dla ludzkiego, zwierzęcego i roślinnego życia.

 

Nieco inaczej rzecz ujmując, można powiedzieć, że powinniśmy umieć przekroczyć perspektywę antropocentryczną, w której człowiek i jego zyski są jedynym kryterium oceny naszej działalności.

Owszem. Przykłady związane z nisz­czeniem środowiska naturalnego są najbardziej sugestywne, ponieważ łatwo na ich podstawie zauważyć, jak szybko i spektakularnie przebiega tam proces degradacji. Ale zasoby, które niszczymy, prowadząc do wielorakich groźnych konsekwencji dla nas samych, to nie tylko zasoby naturalne. Nieposkromiona logika rynkowa staje się też zagrożeniem dla demokracji i dla naszych skromnych zasobów kultury politycznej. Dlaczego powszechne jest przekonanie, że nie ma dziś mężów stanu i wybitnych polityków? Jednym z czynników jest komercjalizacja polityki i sprowadzenie obywateli do poziomu i roli politycznej klienteli. Obywatele konsumenci traktują poli­tyków jako tych, którzy mają od nich coś kupić lub coś im zaoferować. Sfera publiczna zostaje zawładnięta przez logikę transakcji. Komunikacja między politykami i obywatelami oparta jest na zasadzie dealu: jeśli wy nam coś dacie, to my na was zagłosujemy. Oznacza to, że ważną częścią polityki staje się działalność marketingowa. Polityka nie jest wtedy pojmowana jako rozumna troska o dobro wspólne, w której tworzy się warunki do rozwoju jednostek i grup. Staje się raczej pro­cesem, w którym chodzi o to, by prze­konać innych, że „ja dam wam więcej”; niekoniecznie dotrzymując przy tym słowa, ponieważ efektów pracy działu marketingu nie ocenia się, sprawdzając, czy dotrzymuje się składanych obietnic, tylko ile transakcji się zawarło – w tym przypadku, ile mamy głosów.

 

Okazuje się, że to wystarczająco zuchwałe zmyślenie – zarówno w sprzedaży produktów, jak i w polityce – może zapewnić wygraną?

Krótko rzecz ujmując: w marketingu tak naprawdę chodzi o to, aby skrócić drogę produktu na śmietnik. Im szyb­ciej produkt tam trafi, tym więcej go sprzedam, bo tym więcej kolejnych sztuk ludzie będą potrzebować. Pod­kreślam: jest to działalność niszcząca i rabunkowa.

Zwróciłbym uwagę, że prymat wartości instrumentalnych prowadzi też do podważania pewnego rodzaju cech (kiedyś powiedzielibyśmy: cnót), takich jak zaufanie, słowność, współ­odpowiedzialność, bez których nie może istnieć żadne społeczeństwo.

Kiedy może wyłonić się współodpowie­dzialność? Wtedy gdy istnieje pewna zależność, którą potrafię dostrzec i zrozumieć, pomiędzy moimi dzia­łaniami i ich konsekwencjami dla innych.

Oznacza to jednak, że musi upłynąć czas na wystąpienie pew­nych sekwencji zdarzeń. Jeśli jednak wszystko sprowadzone jest do kon­sumpcji, to znaczy, że staje się aktem, który ma dokonywać się natychmiast, w którym nie ma perspektywy cza­sowej. Konsumpcyjna gonitwa rodzi kompresję czasu. W społeczeństwie konsumpcyjnym czas koncentruje się w jednym momencie, liczy się to, co jest „teraz”. W takim ujęciu większość relacji sprowadza się do działań typu „biorę-daję” i „kupuję-sprzedaję”, a nie: „rozwijam”. W krótkiej perspektywie oportunistyczne działania konsump­cyjne wydają się racjonalne; nie jest tak jednak w perspektywie dłuższej. Potrzebujemy dziś rozwijania myślenia dalekosiężnego, pozwalającego lepiej zrozumieć charakter naszej odpowie­dzialności za siebie nawzajem, za śro­dowisko naturalne i za kształt naszej demokracji. Jak przekonywać do tego innych?…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Biografie rzeczy żydowskich