Piotr Sawczyński: Jacques’a Derridę nazywa się czasami „papieżem postmodernizmu”, ale nie jest on filozofem powszechnie kojarzonym z problematyką religijną. Jeśli już, to funkcjonuje raczej jako jej nieprzejednany krytyk. Tymczasem badacze jego myśli zwracają uwagę, że w filozofii Derridy, zwłaszcza tej późniejszej, o religijności pisze się także afirmatywnie. Jaką zatem religię Derrida atakuje, a jakiej chce bronić?
Agata Bielik-Robson: Derrida jest radykalnym adwersarzem religii rozumianej w sposób kultowy i dogmatyczny, dlatego w pewnych kręgach uchodzi – i będzie uchodził – za wroga religii w ogóle. Nie jest nim jednak, ponieważ równocześnie sprzyja wszelkiej heterodoksji , czyli sekretnym i idiosynkratycznym prądom religijnym. Można zatem powiedzieć, że Derrida atakuje nie tyle religię, ile jej konserwatywne instytucje, których jedynym celem staje się przetrwanie. Choć sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, bo instytucja stanowi przecież konieczny warunek żywej heterodoksyjnej religijności…
Jak należy to rozumieć?
Bardzo prosto: jeśli chcemy uprawiać religijność subwersywną, trzeba mieć co podważać – każda heterodoksja potrzebuje ortodoksji jako negatywnego punktu odniesienia. Innymi słowy, religia – podobnie jak literatura – musi mieć wymiar instytucjonalny, żeby pozwalać na pojedyncze zdrady w postaci obcych idiomów. Zresztą religia, jak każda tradycja, w zasadzie w całości ufundowana jest na zdradzie.
Odstępstwo byłoby wpisane w istotę tradycji.
Właśnie tak. Derrida jest przywiązany do sposobu, w jaki tradycję rozumiał Gershom Scholem, a więc jako węzeł, w którym zachodzą równocześnie trzy procesy : przekaz, translacja i zdrada. Zdaniem Scholema tradycja jest autentyczna o tyle, o ile pozostaje przynajmniej częściowo ukryta. Aby tradycja mogła się ujawnić, czyli stać instytucją, musi sama sobie zaprzeczyć – dopuścić się zdrady na swoim najgłębszym przekazie. Nieprzypadkowo jako „skałę”, fundament, na którym spocznie instytucja Kościoła, Jezus wybrał Piotra, czyli tego, który wcześniej się go zaparł. To paradoks, ale odsłania się tu sedno tradycji w interpretacji Scholema i Derridy. Ceną za jej publiczne zaistnienie w postaci instytucji jest zawsze odstępstwo od głębokiego, autentycznego przekazu, który nie może ulec całkowitemu ujawnieniu.
Jaka religijna stawka się tutaj kryje?
Derridzie chodzi o dwie rzeczy. Po pierwsze, o to, aby instytucja religijna nie oderwała się całkowicie od tego ukrytego przekazu. Jeśli bowiem instytucja jest zbyt pewna siebie, tzn. gdy wyłącznie się afirmuje, zdrada jest absolutna. Jeśli natomiast potrafi równocześnie samą siebie dekonstruować, wtedy jej istnienie staje się wartością. Po drugie zaś, idzie o zerwanie z przeświadczeniem, że religia jest spójnym przekazem, który w całości trzeba pielęgnować i którego nie można podważyć.
Derrida stara się pokazać wielowarstwowość religii, w której ciągle dochodzi do ożywczych napięć między przesłaniem a jego instytucjonalną realizacją.
Jeżeli więc widzi się w nim wroga religii, to dlatego że dla wielu religijnych osób w Polsce i na świecie wiara polega na absolutnej wierności instytucji – wierności, która nigdy nie kwestionuje ani dogmatów, ani samego wymogu posłuszeństwa.
W swoich wcześniejszych książkach Pani również krytykowała jednak Derridę jako filozofa, który nie tylko dystansuje się od religii, ale i wzbrania się przed sformułowaniem jakiegokolwiek programu pozytywnego. Obecnie zaś mówi Pani otwarcie o „projekcie teologicznym” Derridy. Czy zatem w jego filozofii dokonał się w którymś momencie „zwrot” teologiczny?
Nie wydaje mi się. Faktycznie, pewne wątki związane ze sferą teologii, przede wszystkim pojęcie mesjańskości (messianicité), pojawiają się u niego dopiero na początku lat 90., na etapie publikacji Widm Marksa – książki, która jest nie tylko refleksją nad niechcianym dziedzictwem Marksa, lecz również niemal teologicznym traktatem. Jednak przy „wstecznej” lekturze prac Derridy dostrzega się te motywy także we wcześniejszych pismach, tyle że wypowiedziane w pozornie ateologicznym idiomie poststrukturalizmu. Choćby uderzające strukturalne podobieństwo między pierwszym ważnym terminem Derridy, czyli różnią (différance), a terminem ostatnim, czyli chorą (khôra), nie pozwala mówić o żadnym zwrocie. Ostatecznie, jak twierdził Heidegger, wszyscy wybitni filozofowie przez całe swoje życie myślą „jedną jedyną myśl”.
Skąd zatem zmiana w Pani podejściu?
Przede wszystkim poznałam teksty, których wcześniej nie było w obiegu, zwłaszcza ostatnie, prowadzone w latach 1999–2003, seminaria Derridy: La peine de mort (Kara śmierci, opublikowane po raz pierwszy w 2012 r.) oraz La bête et le souverain (Bestia i suweren, 2010 r.). Dzięki temu późniejszemu Derridzie inaczej spojrzałam na Derridę wczesnego i stało się dla mnie jasne, że pozorne różnice to tak naprawdę kwestia emfazy.
Co takiego podkreśla późny Derrida?
Powiedziałabym, że dochodzi wówczas u niego do uwypuklenia pewnych egzystencjalnych stawek, które zbliżająca się perspektywa śmierci zawsze wymusza. W ostatnich tekstach Derridy widać rodzaj nagłości, przymus, żeby powiedzieć wreszcie coś o temacie, którego konsekwentnie unikał – o życiu.
W jaki sposób tematyka życia łączy się z problemem religii?
Ostatnie seminaria Derridy wydają mi się bezpośrednią kontynuacją Wiary i wiedzy, głośnego eseju z 1994 r., w którym Derrida po raz pierwszy podejmuje się próby zdefiniowania, czym jest dla niego religia. I tam właśnie pisze wprost, że jest ona najpierwotniejszą, a zarazem najgłębszą ekspresją samego życia. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie robi człowiek – przejaw życia, które staje się siebie choć odrobinę świadome – jest wytworzenie religii. Jeśli zdaniem Bergsona wszechświat to maszyna do produkcji bogów, to dla Derridy tą maszyną jest życie. Stanowi ono klucz do jego teologicznych poszukiwań.
Czy mówimy tu o życiu wiecznym?
Absolutnie nie, i to właśnie jest najistotniejsze. Derrida w swojej „religii” afirmuje życie doczesne – takie, które postrzega siebie przede wszystkim jako przeżycie (survie), a więc modus życia skończonego, w którym żyje się pod pręgierzem własnej doczesności, jednak się jej nie poddaje. Uwzględnia ono śmierć, ale stawia jej też opór.
Religia zdaniem Derridy jest zatem zawsze afirmacją życia?
Niekoniecznie. Religia jest zawsze negacją skończoności, przy czym ta negacja może przybierać dwie formy, prowadzące do odmiennych typów religijności. Pierwsza z nich to negacja radykalna, będąca de facto żądaniem nieskończoności. W takiej religijności życie odrzuca siebie jako doczesne, utożsamiając doskonałość z życiem nieśmiertelnym i wiecznotrwałym. W jej ramach człowiek wyobraża sobie swoje zbawienie jako naprawę uszkodzenia, jakim jest skończoność, zgodnie z etymologią salvatio, czyli uzdrowienia. Derrida nazywa tę formę negacji ideą „życia nieposzkodowanego” (la vie indemne), którą uważa za pierwsze religijne wyobrażenie życia na temat samego siebie. Drugi sposób negowania skończoności jest natomiast bardziej subtelny: to odrzucenie percepcji skończoności jako wady, protest przeciwko postrzeganiu jej jako skazy czy wręcz grzechu. W tym typie religijności, o wiele bliższym Derridzie, dąży się do intensyfikacji życia w ramach doczesności, a nie do zaparcia się go. Chodzi o to, aby śmiertelność nie była od razu wyrokiem, który naznacza życie od początku do końca. Skończoność to dla Derridy czas podarowany (le temps donné), w którym można osiągnąć więcej, niżby się z początku wydawało.
Dlaczego przezwyciężenie idei życia nieposzkodowanego jest dla Derridy tak ważne?
Ponieważ ma ona istotne polityczne implikacje. Kult życia nieposzkodowanego wiąże się z pewną pozostałością pogaństwa, czyli z fascynacją siłą i hiperwitalnością, stanowiącymi insygnia władzy suwerennej, a więc takiej, która stoi ponad życiem doczesnym i może o nim swobodnie decydować. Natomiast drugi typ religijności, starający się zdjąć ze skończoności odium skazy, to postawa antypogańska, a zarazem mesjańska. Rezygnuje ona z kultu siły i przywiązuje się do życia w każdej jego poszczególnej instancji. Świętością nie jest tu zatem potężny Absolut, tylko poszczególne kruche życie, które walczy o swoje przetrwanie.
To, o czym Pani mówi, wydaje się współgrać z chrześcijańskimi odczytaniami Derridy. Autorzy, tacy jak John D. Caputo lub Richard Kearney, traktują go jako teologa „Boga słabego”, czyli takiego, który w akcie Wcielenia zrzeka się swojej suwerenności. Pani jednak, choć koncepcja Boga słabego jest Pani z pewnością o wiele bliższa niż figura Bog suwerena, polemizuje z tą kenotyczną interpretacją. Dlaczego?
W teologii kenotycznej jest moim zdaniem za dużo śmierci. Mamy w niej wprawdzie ważny dla Derridy gest rezygnacji z suwerenności, jednak jego dopełnieniem jest pasja Chrystusa. Derrida słusznie podkreśla, że motyw „śmierci Boga” nie pojawia się dopiero u Nietzschego, lecz obecny jest dużo wcześniej w łonie samego chrześcijaństwa – choćby w słynnym luterańskim hymnie Johanna von Rista O Traurigkeit, o Herzeleid, gdzie wprost śpiewa się: Gott selbst ist tot. Zdaniem Derridy chrześcijaństwo to religia śmierci Boga.
W łonie chrześcijaństwa skrywa się pierwiastek ateistyczny?
Tak, choć przecież jest to zarazem element ściśle teologiczny, dlatego że tragedia krzyża stanowi absolutny rdzeń chrześcijaństwa. Jak słusznie zauważa Jean-Luc Nancy, chrześcijaństwo to paradoksalna religia, która sama się ateizuje. Słynne słowa Nietzschego są jedynie naturalną konsekwencją tego procesu. Natomiast Derrida podkreśla coś jeszcze: fakt, że ta tanatyczna cząstka umożliwia także inny, potencjalnie lepszy rodzaj religijności.
Chrześcijaństwo odrzuca przecież w ten sposób monstrum Boga suwerena i wraca do swoich ukrytych żydowskich źródeł, czyli do bóstwa otwierającego się na „siłę słabości” i na mesjańskie przesłanie.
Tyle że ostatecznie kenoza nie jest dla Derridy właściwą realizacją figury mesjańskiej.
Właśnie, czego dotyczą jego obiekcje?
Przede wszystkim niewyobrażalnego poświęcenia Boga i jego osobliwych konsekwencji dla człowieka. Derrida trafnie dostrzega, że założycielski gest mesjańskiego chrześcijaństwa jest samoofiarniczy. Bóg poniża się przecież dla grzesznego człowieka, bierze na siebie brzemię życia śmiertelnego, a następnie śmierci, aby odkupić nasze winy. W efekcie spada na samo dno: „ma granice Nieskończony”. Paradoks polega na tym, że ustanawia tym samym nowy, suwerenny moment chrześcijaństwa, zapewniając sobie wieczny status właśnie w postaci tej traumatycznej myśli, że umarł dla nas, a my nie okazaliśmy się godni tej ofiary. Wierni, przytłoczeni wspomnieniem Bożej pasji, muszą więc poświęcić swoje życie, ażeby odtworzyć Jego „życie nieposzkodowane”. Hegel w prekursorskim do Derridy tekście, czyli w swojej Wierze i wiedzy, mówi właściwie to samo: religijny sentyment naszych czasów to niekończąca się żałoba, której zadaniem jest przywrócić Bogu życie we wspólnocie wiernych. Kenoza to zatem rodzaj ofiarniczej śmierci, która nas potwornie zadłuża, każe nam patrzeć na nasze doczesne życie jako coś z góry obarczonego grzechem założycielskim, domagającym się odkupienia – co znów przemyca w obręb monoteizmu pogańskie przeświadczenie o życiu skończonym jako obłożonym klątwą i skazą. Chrześcijański akcent nieustannie kładziony na grzech pierworodny jest w istocie pogańskim przeżytkiem.
Kenoza byłaby w takiej interpretacji gestem wykonanym w imię życia, który jednak nie pozwala nam żyć?
Tak, bo ostatecznie nie o nasze życie tu chodzi, lecz o życie Absolutu, który się dla nas poświęcił. W tym sensie kenoza jednym ruchem otwiera przed człowiekiem przestrzeń wolności i zamyka ją. I właśnie ten moment samopoświęcenia zwraca uwagę Derridy jako to, co domaga się dekonstrukcji. Jemu zależy na jeszcze czystszym geście mesjańskim.
Gdzie go odnajduje?
W XVI-wiecznej kabale Izaaka Lurii, będącej jedną z pierwszych, a zarazem najgłębszych odpowiedzi na paradoks kenozy. Tą odpowiedzią jest Luriańska koncepcja cimcum, oznaczająca boską kontrakcję. Zdaniem Lurii najpierwszym gestem Boga – jeszcze przed aktem creatio ex nihilo – było ograniczenie Jego nieskończonej pełni, aby umożliwić zaistnienie czegoś oddzielnego, czyli bytów stworzonych. Innymi słowy, Bóg zanegował własną nieskończoność, robiąc miejsce dla świata. Jak ważna jest to dla Derridy koncepcja, widać choćby w jego analizie chory, czyli motywu zaczerpniętego z Platońskiego Timajosa i opisywanego przez Derridę językiem Lurii właśnie jako wycofywanie się i „robienie miejsca”.
Czym jednak żydowskie cimcum różni się od chrześcijańskiej kenozy?
Niektórzy twierdzą, że właściwie niczym, i ujmują cimcum po prostu jako czasowe przesunięcie kenozy – z Wcielenia na stworzenie – do czego skłaniał się choćby Hegel, który dzięki niemieckiemu pietyzmowi był całkiem nieźle zaznajomiony z tradycją kabalistyczną. Dla Derridy jednak różnica jest fundamentalna. Cimcum nie stanowi bowiem dramatycznego gestu samoofiarowania, lecz jest czystym darem, który nie naznacza winą. A skoro nie ma w nim żadnego nostalgicznego imperatywu, aby pomścić zaistniały skandal, to można ochoczo spoglądać w przyszłość. Mówiąc może nieco naiwnie, cimcum jest gestem zaproszenia, aby cieszyć się podarowanym życiem, nawet – a może właśnie dlatego – że nie jest ono nieskończone. Dodajmy przy tym jednak od razu, że choć kenoza jest tym momentem, w którym Derridzie szczególnie nie po drodze z chrześcijaństwem, nigdy z nim w pełni nie zrywa, wyznając raczej własną jego wersję.
Czy zasadne jest wobec tego nazywanie Derridy filozofem chrześcijańskim bądź żydowskim? Wydaje się, że on sam usiłował w swoich pismach tę różnicę zdekonstruować.
Szalenie interesujące jest właśnie to usytuowanie Derridy wobec chrześcijaństwa i judaizmu, które nie sprowadza się do formuły „ani-ani”, ale też nie do „i-i”. Lubię je nazywać, zgodnie zresztą z intencją samego myśliciela, Derridiańskim „maranizmem”.
Co to pojęcie oznacza?
Marani to nazwa tych hiszpańskich i portugalskich Żydów, których w XV i XVI w. siłą nawracano na chrześcijaństwo. Wątpliwą alternatywę dla konwersji stanowiło wygnanie albo męczeńska śmierć. Ponieważ była to konwersja wymuszona, marani zachowywali swoją wiarę w sekrecie, ale przez sam fakt uczestnictwa w rytuałach kultury chrześcijańskiej z czasem zapominali o judaizmie bardziej, niżby tego chcieli. W efekcie na marana można patrzeć jak na pierwszą areligijną tożsamość nowoczesności – nie jest on ani Żydem, ani chrześcijaninem. To choćby przypadek Barucha Spinozy. Ale można też postrzegać marana jako pierwszą syntezę judeochrześcijańską, która będzie w czasach nowożytnych występować dość często – jak czynił to choćby Scholem.
Maran jako archetyp człowieka nowoczesnego?
Tak, choć w Polsce trzeba z tym uważać, bo marani to przecież „przechrzty”, ukazane przez Krasińskiego w Nie-Boskiej komedii jako wyjątkowo podłe jednostki (sic!), które tylko udają dobrych Polaków-katolików, a w rzeczywistości realizują swoje ukryte „wallenrodyczne” interesy. Maran może być zatem postrzegany negatywnie jako ciało obce, które chce rozsadzić kulturę gospodarza i jej instytucje od wewnątrz. Derrida jednak powiedziałby, że on te instytucje wprawia w rozedrganie dla ich własnego dobra, ocalając je w ten sposób przed martwotą. Maranizmu nie należy się więc obawiać.
A czy Derrida sam siebie widział jako współczesnego marana?
Owszem. Przyczyniło się do tego jego pogmatwane pochodzenie – Derrida, choć Francuz, urodził się w rodzinie algierskich Żydów. Zresztą w Circumfession, czyli „Obrzezanych wyznaniach” stylizowanych na św. Augustyna, wprost nazywa siebie maranem francuskiej kultury katolickiej, czyli takim Żydem, który nawet w głębi swojego serca nie chce się przyznać do własnej żydowskości. Traktuję tę deklarację serio, bo powraca ona niemal we wszystkich miejscach, w których Derrida wypowiada się na temat religii. Maran to dla niego z jednej strony poręczna figura kontaminacji, będąca nieuchronnym losem człowieka nowoczesnego, z drugiej zaś, figura mesjańskości, czyli ta forma religijności, na której Derridzie zależy najbardziej.
Powiedzmy więc o niej coś więcej. Przede wszystkim: dlaczego mesjańskość, a nie mesjanizm?
Po to, żeby ochronić mesjański impuls przed zawłaszczeniem go przez jakikolwiek partykularyzm, czyli jawne religie dogmatyczne. Mesjańskość stanowi bowiem iskrę, która lśni we wszystkich religiach, ale która, jako taka, nie może zostać w pełni wcielona w żadną z nich. Krasiński, choć maranom niechętny, coś tam jednak o tym wiedział, więc go sparafrazuję: „płynie przez nie strumień świętości, choć żadna z nich nie jest świętością”. Tę zasadę częściowego ukrycia i częściowego odsłonięcia dobrze wyobraża metafora ukrytego pierścienia ze słynnej sufickiej przypowieści, przytaczanej m.in. przez Awicennę i Gottholda Lessinga, a będącej legendą o pochodzeniu trzech monoteizmów. Zgodnie z nią, Bóg Ojciec posiadał klejnot, który powinien przekazać umiłowanemu synowi. Nie chcąc jednak uprzywilejować żadnego z trojga potomków, uciekł się do fortelu, który funkcjonuje w dwóch różnych wersjach. Pierwsza mówi, że Bóg wykonał dwie kopie prawdziwego pierścienia, po czym każdemu z synów wręczył po jednym klejnocie. Do dziś tylko On wie, która z religii jest w posiadaniu autentyku. W drugiej, o wiele ciekawszej, Bóg wykonał trzy kopie, oryginał zaś, aby było sprawiedliwie, pozostawił w ukryciu. Ten prawdziwy pierścień, którego nikt oprócz Boga nie widział, to właśnie mesjańskość, której każdy widzialny klejnot jest wprawdzie podobieństwem, ale wysoce niedoskonałym.
Czy takie rozumienie mesjańskości nie jest nadmiernie abstrakcyjne? Czy w tym decydującym momencie „teologia” Derridy nie okazuje się zbyt słaba?
Moim zdaniem nie. Maraniczna mesjańskość Derridy jest, wbrew pozorom, propozycją bardzo mocną, niemającą nic wspólnego z teologią „myśli słabej”. Stanowi próbę stworzenia nowej, uniwersalnej religii, możliwie najbliższej swojego nieobjawialnego źródła, w którym zawsze pojawia się żądanie radykalnej sprawiedliwości, nieredukowalne do żadnego konkretnego objawienia. To źródło nieustannie się wycofuje i ukrywa, a zarazem nie pozwala o sobie zapomnieć, nawiedza nas niczym widmo. Derrida podkreśla, że właśnie to „nieobecne istnienie” jest warunkiem mesjańskości. Pełna widzialność objawionej religii skutkuje zawsze zdradą mesjańskiego cimcum: zamiast się wycofywać, rośnie i pęcznieje jak witalne pogańskie sacrum. Staje się znów suwerenną monstrualnością, czego karykaturalnym wyrazem jest choćby figura Chrystusa ze Świebodzina.
Politycznym celem mesjańskości byłoby zatem zwalczanie suwerennej władzy?
Tak. Absolutne i bezwarunkowe zerwanie z paradygmatem suwerenności w imię radykalnie pojętej sprawiedliwości, czyli horyzontalnej przestrzeni politycznej, w której święty gest nie polega na sądzeniu żywych i umarłych, lecz na dawaniu im żyć.
Społeczeństwo pozbawione władzy?
Nie, jedynie społeczeństwo uwolnione od władzy, która wzoruje się na prawie śmierci. Derrida nie jest zwolennikiem anarchii. Władza powinna istnieć, aby stać na straży prawa, tyle że innego niż to wyrosłe w oparciu o zasadę suwerennego poświęcenia. Derrida postuluje wielkie pro-life (sic!), czyli prawo chroniące życie w każdej jego poszczególnej postaci, oparte na prostej zasadzie: wszystko, co chce żyć, ma prawo żyć – czy to będzie człowiek, zwierzę czy roślina. To jest główne wezwanie, zawarte w ostatnich „abolicjonistycznych” seminariach Derridy: skończmy z modelowaniem prawa na karze śmierci, która – zdaniem wielu teoretyków prawa: od Immanuela Kanta do Carla Schmitta – jest karą idealną, boskim wzorcem z Sèvres każdej kary wymierzanej w imię posłuszeństwa prawu. Prawo ma być nie tanatyczne, tylko biofiliczne. Ma wyrastać z życia i na życie się orientować.
Mimo wszystko brzmi to jak utopia…
Derrida na pewno nie jest utopistą w stylu Jana Jakuba Rousseau, wierzącym w niewinność życia. Zdaje sobie sprawę, że przez sam fakt naszej obecności w świecie nie zdołamy odpowiedzieć w pełni pozytywnie na powszechne prawo do życia, ponieważ w życiu skończonym życie nieustannie staje naprzeciw życia. Nawet weganin nie może przecież mieć czystego sumienia: w końcu morduje on rośliny, istoty najbardziej z nas niewinne. Chodzi zatem tylko – i aż – o to, żeby prawo tej winy nie pogłębiało, czerpiąc z wzorów ofiarniczych, i nie skazywało nas z góry na potępienie.
Pomimo tego wszystkiego, o czym Pani mówi, niektórzy wpływowi badacze Derridy, tacy jak np. Martin Hägglund, nadal widzą w nim radykalnego ateistę, a samą religię traktują wysoce podejrzliwie. Dlaczego zatem warto o „religijnego” Derridę walczyć?
Problem z Hägglundem polega na tym, że jest on ateistą wybitnie chrześcijańskim (sic!). Ma niewątpliwie rację, że Derrida jest piewcą życia doczesnego, jednak niesłusznie sądzi, że czyni to z niego wroga religii. Jak już powiedzieliśmy, to przede wszystkim z perspektywy chrześcijańskiej religia jawi się jako kult życia wiecznego; religia żydowska na ten przykład nie inwestuje w nieśmiertelność aż tak silnie albo wręcz w ogóle. Dlatego ja, przewrotnie, a jednocześnie w zgodzie z teologią judaistyczną, nazywam filozofię Derridy „religią życia skończonego”. A dlaczego o to religijne dziedzictwo należy walczyć? Powiedziałabym, że co najmniej z trzech powodów. Po pierwsze, Derrida uczy nas, czym może być religia bliska swoich mesjańskich źródeł. Tej bliskości szalenie dziś potrzebujemy, aby pokazać, że autentyczna tradycja religijna nas nie zniewala, lecz – przeciwnie – uwalnia od zastanych sposobów myślenia i pozwala, jak mówi ł Jacob Taubes, znaleźć wyjście w świecie bez wyjścia. Po drugie, Derrida odświeża pojęcie miłości, rozumiane już nie jako ofiara i poświęcenie, lecz jako życzliwa uprzejmość wobec Innego, „posunięcie się” nieco, aby zrobić mu miejsce. To miłość w duchu cimcum. Po trzecie wreszcie, Derrida przypomina nam, że nowoczes – ności wcale nie należy ujmować jako epoki ateizacji. Religie ulegają wprawdzie dekonstrukcji, ale zmieniając postać, nierzadko ukazują swoje lepsze oblicze – wyzwolone z pogańskiego kultu siły, otwierają się na to, co kruche i potrzebujące.
Derrida to zatem myśliciel religijny?
Więcej, jego filozofia to absolutnie najbardziej ożywcza myśl religijna naszych czasów.
_
Agata Bielik-Robson – Pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN oraz jako profesor Jewish Studies na Wydziale Teologii i Religioznawstwa w University of Nottingham. Opublikowała kilkadziesiąt artykułów w językach polskim, niemieckim i angielskim oraz kilka książek – m.in.: „Na pustyni”. Kryptoteologie późnej nowoczesności (2008), The Saving Lie. Harold Bloom and Deconstruction (2011), Erros. Mesjański witalizm i filozofia (2012), Jewish Cryptotheologies of Late Modernity: Philosophical Marranos (2014). Zajmuje się współczesną filozofią podmiotu, teorią literatury oraz filozofią religii, ze szczególnym uwzględnieniem dziedzictwa żydowskiego.