– Gdyby wybuchła wojna, zabiłabym dzieci i siebie – mówiła, zaciągając się kolejnym papierosem. Pewnie popularnym albo mocnym. Noga na nogę, zapatrzona w dym i w swoje wspomnienia. Wtedy, pod koniec lat 80., nikt nie przejmował się paleniem przy dzieciach. I tym, czy sześciolatka na pewno powinna słuchać o tym, że jej mamy mogłoby nie być, bo babcia by ją zabiła. Gdyby tylko weszli Niemcy. Albo „ruscy” – tego nie musiała dodawać, bo przecież każde dziecko wie, jakich mamy wrogów. Słowo na „w” nas fascynuje, opowieści dziadków są lepsze niż jakakolwiek bajka. Wieczorem, w łóżku, wyobrażałam sobie, że wywożą mnie do obozu. Prześladował mnie podpatrzony w telewizyjnym dokumencie obraz dzieci, którym Niemcy tatuowali obozowe numery. Późnej, gdy poznałam szkolne lektury, w wieczornych marzeniach ginęłam za ojczyznę. Wcześniej patrzyłam, jak babcia starannie rozwieszała na krześle ubranie na następny dzień. Na samej górze majtki. Bo tak łatwiej się ubrać, gdyby…
Dziennikarka „Gazety Wyborczej”, absolwentka kulturoznawstwa o specjalności Europa Środkowo-Wschodnia i Polskiej Szkoły Reportażu, specjalizuje się w tematyce rosyjskiej i ukraińskiej.