Ciężka barokowa oszklona nastawa, złożona na delikatnych, finezyjnie wygiętych nóżkach, kryje w sobie trzy kondygnacje i kilkanaście pomieszczeń. Na ścianach i sufitach iluzjonistyczne freski, marmury i ręcznie wyszywane tapety, na meblach kosztowna azjatycka laka, szlachetne forniry i markieterie, na podłogach orientalne dywany. Ponad tysiąc domowych sprzętów i bibelotów: kominki, eleganckie stoły i krzesła, rzeźbione szafy i kredensy, fotele i ozdobne parawany, wygodne łoże z baldachimem, atłasowym materacem i stosem mięciutkich poduszek, obrazy w złoconych ramach, lustra i kandelabry, klatki dla ptaków, wyczyszczone srebra, niezły zbiór porcelany oraz całkiem spora biblioteczka. Prócz tego praktyczne miedziane rondle, wiklinowe kosze, beczułki, szczotki, pompa do wody, kołowrotek, żelazka i prasa do bielizny, spluwaczki, ogrzewacze do stóp, niezbędne podczas chłodnych zimowych miesięcy, tak samo jak ułożone w równe stosiki brykiety torfu i butelki z czymś na rozgrzewkę. Gliniana fajeczka? Mosiężny obcinacz do knotów? Kałamarz? Poduszka do igieł? Pułapka na myszy? Fajansowy nocnik? Gdy tylko przyjdzie mi do głowy jakiś przedmiot, już po chwili go znajduję – leży na stole w salonie, na stoliczku w paradnej kuchni, czeka w schowku obok prasowalni. Kołyska? Jest i ona.
Dla porządku kilka podstawowych danych. Wymiary: 255 × 190 × 78 cm; przybliżona skala: 1:10; materiał: na zewnątrz dąb inkrustowany cyną i szylkretem, w środku różane i cedrowe drewno, rozmaite metale, szkło, porcelana, fajans, atłas, jedwab, kamień, papier, pergamin i przędza; datowanie: 1686–1710. Miejsce powstania: Amsterdam. Jesteśmy bowiem w Holandii, „w wielkim księstwie przedmiotów”, by przypomnieć Zbigniewa Herberta. A dokładniej: w amsterdamskim Rijksmuseum, gdzie od 130 lat stoi domek dla lalek Petronelli Oortman. Wokół tłoczą się turyści ze smartfonami, rodziny z dziećmi walczą o miejsce ze zmęczonymi Japonkami, które już odstały były kilka godzin w kolejce do domu Anny Frank. Podobne korki robią się w „Rijks” tylko w kilku punktach, przed Mleczarką, Wymarszem strzelców, portretem pary małżeńskiej Halsa. „Rodzice musieli Petronelkę bardzo kochać”, wzrusza się obok wytatuowana Niemka.
Mimo iż XVII-wiecznym Holendrom przypisuje się często „odkrycie dziecka i dzieciństwa”, żadna, nawet najbardziej rozpieszczona, córka nie mogłaby liczyć na prezent, którego wykonanie kosztowało niegdyś ok. 30 tys. guldenów (historycy wciąż jednak spierają się w tej kwestii). Suma ta, by pokazać ją we właściwych proporcjach, to 120-letnie zarobki wykwalifikowanego robotnika, 60-letnie dochody pastora lub 20-letnie zarobki profesora uniwersytetu. Już mniej kosztował prawdziwy dom. Luksusowa rezydencja w Lejdzie, ba, położona przy najbardziej prestiżowym kanale miasta, poszła w tym czasie za „jedyne” 20 tys. guldenów.Za domek i jego wyposażenie zapłaciła sama pani Oortman. Urodziła się w 1656 r. w luterańskiej rodzinie zamożnego amsterdamskiego rusznikarza. Jako 19-latka poślubiła kupca jedwabiem Carela Wittego, z którym miała córkę – dziewczynka zmarła jednak po kilku miesiącach. Niedługo potem nastąpiła kolejna tragedia, śmierć Carela. Zaledwie siedem miesięcy później Oortman ponownie wyszła za mąż za Johannesa Brandta, również bławatnika (dla 30-letniej, zamożnej wdowy małżeństwo w obrębie cechu było nieomal oczywistością). Petronella i Johannes zamieszkali w domu przy Warmoesstraat (czyli po prostu ul. Burakowej), w samym centrum miasta. Doczekali się czworga dzieci: Hendriny, Jana, Jacoba i Oliviera. Prawdopodobnie zaraz po swym drugim ślubie Oortman zabrała się za urządzanie domku, zamówiła orzechowy kabinet, a potem przez ćwierć wieku projektowała go, wyposażała i zdobiła. Zmarła w 1716 r. Nie była przy tym w swej pasji odosobniona. W II poł. XVII w. podobne domki dla lalek posiadało wiele holenderskich patrycjuszek i regentek. Do dziś zachowało się pięć takich obiektów, przy czym przypadek sprawił, że pierwsze właścicielki aż trzech z nich nosiły imię Petronella. W Rijksmuseum, zaraz przy skarbie Oortman, stoi domek Petronelli Dunois, amsterdamskiej sieroty milionerki, a później żony lejdejskiego regenta Pietera van Groenendijcka. W Centraal Museum w Utrechcie obejrzeć można ten należący do Petronelli de la Court, urodzonej w Lejdzie patrycjuszki, wydanej za swego kuzyna, kupca jedwabiem, matki dziesięciorga dzieci. Domek ten – moim zdaniem zdecydowanie najładniejszy – był rzekomo odwzorowaniem jej własnych pomieszczeń. Dwa kolejne zabytki zawdzięczamy Sarze Rothé. Sara, przedstawicielka towarzyskiej i finansowej elity Holandii, ok. 1750 r. zakupiła na aukcji aż trzy XVII-wieczne domki, z których potem skomponowała dwa inne (dziś znajdują się one w Gemeentemuseum w Hadze i Frans Hals Museum w Haarlemie). Inwentarze, testamenty i listy z epoki odnotowują także wiele innych takich obiektów należących do holenderskich regentek. Z holenderskimi domkami dla lalek związanych jest wiele legend i anegdot, lecz większości z nich sprawdzić nie sposób. Ten należący do Petronelli Oortman chciał podobno kupić sam car Piotr Wielki, nie był jednak w stanie uregulować rachunku. Inny, makabryczny zresztą, przekaz mówi o małej dziewczynce, wychowanicy właścicielki, która w XVIII w. nieostrożnie zniszczyła jedną z laleczek, została potem za karę zamknięta na strychu i zagłodzona na śmierć. Czy określenie „domki dla lalek” jest w ogóle słuszne, czy oddaje ono prawdziwą naturę rzeczy? Mam co do tego pewne wątpliwości. Na rozmaite miniatury domowych sprzętów raz po raz natrafia się w trakcie wykopalisk archeologicznych, można podziwiać je w muzeach, na obrazach czy rycinach. To zabawki sporządzane ku radości i nauce najmłodszych. Holenderskie domki wywodzą się jednak z zupełnie innej tradycji – ich poprzednikami są kosztowne kunstkamery i gabinety osobliwości, od XVI w. nieomal obowiązkowe w arystokratycznych i monarszych rezydencjach. W pomieszczeniach takich, w ozdobnych szafach eksponowano tworzone przez lata kolekcje. Składały się na…