Było poważnie, pięknie, wzruszająco, ale i wesoło, jak bywa na spotkaniach nastolatków. W pewnym momencie podszedł do nas jegomość w mundurze ormowca, dopytując się, co to za zamieszanie. Całe towarzystwo wybuchło tylko śmiechem.
W przedziale pociągu relacji Warszawa Gdańska–Wiedeń oprócz mnie i ojca były jeszcze trzy osoby. Małżeństwo w średnim wieku i 40-letnia elegancka kobieta. Ona mówiła, że wybiera się na wycieczkę do Australii, małżeństwo rozmawiało po cichu. Dopiero później okazało się, że jadą aż ze Szczecina. Kobieta, Polka, odprowadzała do granicy swojego męża Żyda, który opuszczał Polskę, nie wiedząc jeszcze sam, dokąd ma wyjechać. Na naszych oczach rozgrywał się dramat. Ze łzami w oczach wysiadła w Zebrzydowicach, na granicy z ówczesną Czechosłowacją. Minęło już 50 lat, a ta scena mnie nie opuszcza i choć układałem w wyobraźni wiele scenariuszy, do dziś nie wiem, czy ci ludzie nadal żyją i czy kiedykolwiek się jeszcze spotkali.
Przed północą pociąg przekroczył granicę państwa i po raz pierwszy w życiu wyjeżdżałem z kraju.
Pomyślałem, że opuszczam Polskę – jedyny kraj na świecie, w którym nie pozwolono mi być Polakiem.
W Austrii
O szóstej rano pociąg wtoczył się na pustawy wiedeński dworzec. Minęliśmy dwie grupki mężczyzn w średnim wieku, ubranych w szare garnitury. Kilkadziesiąt metrów dalej pociąg zatrzymał się, a oni, przekrzykując się: „Izrael, Ameryka, Izrael, Ameryka”, rzucili się w naszą stronę. Byli to urzędnicy Agencji Żydowskiej, zwanej potocznie Sochnutem, którzy załatwiali formalności wyjeżdżających do Izraela oraz reprezentanci Hebrajskiego Stowarzyszenia Pomocy Imigrantów (HIAS, Hebrew Imigrant Aid Society) pomagający Żydom emigrującym do USA i do innych krajów. Większość poszła za tymi z HIAS-u, wśród nich nasz sąsiad z przedziału. My udaliśmy się do czekającego przed dworcem, niewielkiego busa. Nie każdy wspomina miło to pierwsze spotkanie. „W autobusie jeden z pracowników Sochnutu odezwał się do nas łamaną polszczyzną: Witamy was w imieniu Sochnutu, teraz już będziecie mieć i ciepłą strawę, i ciepłe łoże. To przemówienie od razu mnie zdenerwowało. Czy myśmy w Polsce przymierali głodem i byli bezdomni?”[1]. Bus zawiózł nas do urokliwego, choć nieco zaniedbanego zameczku w Schönau, dwadzieścia kilka kilometrów od Wiednia. Włodek Goldkorn, dziś redaktor działu kulturalnego włoskiego tygodnika „L’Espresso” i znawca tematyki żydowskiej, opisywał to miejsce jako „starą warownię otoczoną przepięknym parkiem. Czuliśmy się jak na wakacjach, spacerowaliśmy wśród wiekowych drzew, przysiadając czasem na ławeczkach rozrzuconych przy ścieżkach, obserwowaliśmy zwierzęta. Żyliśmy w atmosferze idylli i zawieszenia w czasie”[2]. Ja nieco inaczej zapamiętałem te cztery dni w Schönau w oczekiwaniu na samolot izraelskich linii El Al. Było to pierwsze zetknięcie się z kolorowym Zachodem, kapitalizmem, wypielęgnowanymi parkami, czystymi ulicami, eleganckimi witrynami zasobnych sklepów, lśniącymi samochodami, sokiem pomarańczowym i coca-colą. Jednak zwykły smutek, żal i nostalgia za zapyziałą Polską, a w dodatku jeszcze niepewność i paraliżujący strach przed nieznanym nie pozwoliły mi cieszyć się tymi widokami i wrażeniami.
Cztery lata później, 2 października 1973 r., w malutkiej bazie wojskowej na Synaju mój wzrok przyciągnęła nazwą Schönau pierwsza strona hebrajskojęzycznego dziennika „Maariv”. Przywołała wspomnienia. Tekst donosił o ostrym konflikcie między premier Goldą Meir a kanclerzem Austrii Bruno Kreiskim. Wcześniej palestyńscy terroryści zaatakowali pociąg z Żydami w drodze do „obozu przesiedleńczego” w Schönau. Za zwolnienie zakładników zażądali zamknięcia obozu. Kreiski przystał na propozycję. Golda Meir, która nigdy nie negocjowała z terrorystami, nazwała go „nędznym żydowskim sklepikarzem”. Ten antysemicki docinek przylgnął w Izraelu do kanclerza na długie lata. Jego bratanek, drobny blondynek Yossi Kreiski, który był wtedy w naszej jednostce magazynierem, mimo że niespecjalnie lubił wujka, został przez nas nazwany sklepikarzem.
Trzy dni później wybuchła najkrwawsza wojna w dziejach Izraela – wojna Jom Kippur. Miałem 20 lat i za chwilę miałem się stać żarliwym syjonistą.
W Izraelu
Wiosną 1969 r. Izrael obchodził 21 lat swojego istnienia, a dwa lata wcześniej – w wyniku wojny zwanej później sześciodniową – z małego, będącego w stałym zagrożeniu państewka stał się mocarstwem, i to nie tylko w skali Bliskiego Wschodu. Aby właściwie zrozumieć sens tych słów, trzeba sobie przypomnieć atmosferę dni przed wybuchem wojny: kolejna eskalacje przemocy na granicach, ostrzeliwanie przez Syryjczyków kibuców na północy, krwawe incydenty, groźby ówczesnego prezydenta Egiptu Gamala Nasera – wszystko to sprawiało, że społeczeństwo czuło, jakby znów znalazło się na krawędzi przepaści. Czerwcowa wojna zmieniła to diametralnie. Nadszedł czas euforii, dumy, nadziei, że koszmarne wojny miną bezpowrotnie i może najważniejsze – pojawiło się przekonanie, że oto przemija okres spartańskiego ascetyzmu i nadchodzi epoka dobrobytu i szczęścia.
26 lutego 1969 r. zmarł premier Levi Eszkol, jeden z najwybitniejszych i najmądrzejszych polityków w historii współczesnego Izraela. Społeczeństwo zapamiętało go jednak przede wszystkim z dramatycznego przemówienia wygłoszonego pod koniec maja 1967 r. oraz nominacji Mosze Dajana na stanowisko ministra obrony dwa dni później (1 czerwca). Mosze Dajan był wówczas uznawany w Izraelu za niemal półboga, niekwestionowanego bohatera i zwycięzcę tamtej wojny. Wraz z nim inni generałowie cieszyli się szaloną popularnością, a ich podobizny niczym współczesnych świętych drukowano na pocztówkach i sprzedawano na miejscowych targowiskach jak na polskich odpustach. W tym samym czasie w komunistycznej Polsce Dajan – przedstawiany niczym szatan – figurował na antysemickich karykaturach. W marcu 1968 r. podczas tzw. masówek robotnicy wypisywali hasło „Syjoniści do Dajana” na plakatach, które później przeszły do historii jako ilustracje tamtej kampanii.
W 1969 r. Izrael liczył 2,93 mln mieszkańców. Zwycięstwo w wojnie sześciodniowej spowodowało gwałtowny przypływ imigrantów. O ile w 1967 r. było ich zaledwie 14,5 tys., a w 1968 r. 20,7 tys., o tyle w roku 1969 liczba ta sięgnęła aż 38,1 tys. Wśród nich kilka tysięcy tzw. marcowych banitów – ostatnich świadomych swojego pochodzenia polskich Żydów i dopiero co zdemaskowanych „syjonistów”. Istnieją rozbieżności, co do dokładnej liczby przybyłych do Izraela polskich Żydów, jest jednak pewne, że spośród wyjeżdżających, którzy deklarowali Izrael jako swój docelowy kraj, dotarła tam ich zdecydowana mniejszość. Większość wybrała Skandynawię i Stany Zjednoczone. Według Dariusza Stoli, opierającego swoje badania na izraelskim roczniku statystycznym z 1973 r., w roku 1968 przybyło z Polski do Izraela 1349 osób, a w roku 1969 – 1735, to jest łącznie 3084[3]. Nie były to liczby szczególnie znaczące. Warto przypomnieć, że w latach 1960–1969 trafiło do Izraela 152 tys. imigrantów z Afryki, głównie z Maroka, 35 tys. z obu Ameryk i ok. 90 tys. z Rumunii[4].
Ogólnie rzecz biorąc, zerwanie przez PRL stosunków dyplomatycznych z Izraelem w konsekwencji wojny sześciodniowej oraz późniejsze wydarzenia marcowe i oszalała kampania antysemicka prowadzona pod kryptonimem walki z syjonizmem nie wywołały w Izraelu większego wrażenia. Państwo żyło zupełnie innymi problemami. Wiosną 1968 r. temat kampanii antysemickiej w Polsce pojawiał się w prasie izraelskiej sporadycznie, wyłączając polskie gazety (takie jak: dziennik „Nowiny-Kurier” czy tygodnik „Przegląd”) piszące o tym szerzej. Kneset bodaj raz tylko znalazł okazję, by zająć się tą sprawą. 19 marca, tego samego dnia i mniej więcej o tej samej porze kiedy I sekretarz PZPR Władysław Gomułka wygłaszał swoje dramatyczne przemówienie, w którym podzielił Żydów w Polsce na trzy kategorie: wiernych Polsce Ludowej, kosmopolitów i syjonistów, w nowym budynku Knesetu pojawił się jego duch, bo nazwisko Gomułki padło w czasie debaty przynajmniej kilkanaście razy. Parlamentarzyści izraelscy wyrazili niepokój o ostatnich kilkadziesiąt tysięcy Żydów pozostałych w Polsce, za żelazną kulturą. Dyskutowano o Mickiewiczu, demonstracjach studentów, atakach w polskiej prasie i początkach antyizraelskiej kampanii. Wspomniano o manifestacji w Katowicach, gdzie 14 marca Edward Gierek mówił o śląskiej wodzie, która „pogruchocze kości” reakcjonistów godzących w PRL, i o „bankrutach politycznych” żydowskiego pochodzenia. Wiceprzewodnicząca Knesetu Dwora Netzer mówiła, że Polska jest olbrzymim cmentarzem narodu żydowskiego, a potem przeczytała w przekładzie na hebrajski pierwszą zwrotkę wiersza Juliana Tuwima Matka[5]. Meir Wilner, parlamentarzysta z izraelskiej partii komunistycznej Rakach, wyraził pełne poparcie dla siostrzanej partii w Polsce PZPR, czym wzbudził gorzką ironię i oskarżenia o zdradę ze strony Szmuela Mikunisa z izraelskiej lewicy.
Przedstawicielem rządu jedności narodowej w tej debacie był minister bez teki Menachem Begin. Dawny komendant narodowo-radykalnej organizacji Bejtar w Polsce[6], absolwent prawa Uniwersytetu Warszawskiego, żołnierz armii Andersa wykazał się dogłębną znajomością dzieł Adama Mickiewicza, w szczególności Dziadów, i symbolicznej liczby „44”. Begin mówił o podjętych przez Mickiewicza próbach stworzenia w Turcji Legionu Żydowskiego i o Zagładzie narodu żydowskiego w czasie ostatniej wojny. Pierwszego września 1939 r. w Polsce było 3,3 mln Żydów, a do końca wojny przeżyło ich tam zaledwie 30 tys. Jedynie nieliczni im pomagali. „Gdyby tylko naród polski zachował się jak naród duński, przeżyłoby w miastach, wsiach i lasach kilka milionów, a na pewno kilkaset tysięcy”[7]. Pod koniec swojego przemówienia Begin wyraził nadzieję, że władcy PRL-u otworzą granice kraju i doprowadzą do masowego wyjazdu Żydów, a on sam nie będzie szczególnie rozczarowany, jeżeli w Polsce nie pozostanie nawet jeden Żyd.
W wojsku i w księgarni
Młodzi ludzie, którzy przyjeżdżali do Izraela, a nie podjęli wcześniej studiów, trafiali do wojska. Należałem do tej kategorii. Byliśmy typowym mięsem armatnim. Zostaliśmy skazani na służbę w pełnym wymiarze, która wynosiła dwa lata dla dziewczyn i trzy dla chłopców. Właściwie nie było od niej żadnej możliwości odwrotu ani ucieczki. W tamtych czasach w Izraelu próbę wymigania się od wojska, nawet z pobudek pacyfistycznych, traktowano jako rzecz niezrozumiałą, haniebną i godną potępienia. Włodek Goldkorn w swojej autobiografii opisuje traumatyczne zdarzenie, którego doświadczył na terenach okupowanych na początku swojej służby i które doprowadziło go do opuszczenia wojska, a w konsekwencji również do wyjazdu z Izraela[8]. Mój inny rówieśnik Giora Neuman, działacz lewicowej organizacji Macpen (Kompas), za odmowę służby spędził w wojskowym więzieniu wiele miesięcy, zanim zdołał zwolnić się z armii. Sytuacja studentów była zdecydowanie lepsza. Byli starsi zaledwie o kilka lat, a mieli zupełnie inne…