Jeżeli czytasz te słowa, to wcale nie znaczy, że trafiłeś do Biblioteki. Znacznie bardziej prawdopodobne, że ktoś te karty wyniósł, skopiował, być może przepisał po swojemu, a ty, czytelniku, jesteś mieszkańcem jednej z Zewnętrznych Krain.
Może nawet, jeżeli minęło dostatecznie dużo czasu, nie ma już żadnych Zewnętrznych Krain i nie ma Biblioteki. Może wszystko pochłonął chaos, a gmach, który był moim domem, zawalił się pod ciężarem zgromadzonej w nim wiedzy tak, jak wcześniej upadło zbudowane wokół niego Imperium.
Niewykluczone też, że Biblioteki nie ma już nawet teraz, kiedy to piszę. Może my, żyjący i pracujący w tej prastarej świątyni Nauki, wciąż jeszcze wyobrażamy sobie jej istnienie, podtrzymując w swych fantazjach agonię świata, który dawno już odszedł w zapomnienie, pogrążając się w odmętach chaosu.
Biblioteka
Nie wiem, czy Biblioteka naprawdę leży w centrum świata. Faktem jest, że nie potrafię o niej myśleć inaczej. To od jej siedmiu bram rozchodziły się niegdyś wszystkie drogi, w zaciszu jej gabinetów pisano prawa, na jej przepastnych regałach gromadzono wiedzę zdobytą na terenie całego Imperium.
Od razu przyznaję, że gromadzenie jest tu eufemizmem, za którym kryją się także praktyki niegodne. Przez setki lat najsmakowitsze owoce Biblioteki pochodziły również z drzew zatrutych. Naszą wiedzę zasilały nieetyczne eksperymenty na ludziach i zwierzętach, skarby rabowane w podporządkowanych ekonomicznie koloniach albo wyniki badań prowadzonych wyłącznie dla zysku. Często milczeliśmy lub zbyt cicho wspominaliśmy o tym, co nie było opłacalne. To, co o nas opowiadają, jest prawdą. Biblioteka, która przechowuje wszystko, zna więcej przypadków podłości uczonych niż najbardziej fanatyczni Prorocy Pseudonauki. Są tacy, którzy twierdzą, że Imperium upadło między innymi dlatego, że zbyt wolno i niechętnie mierzyliśmy się z własnym trudnym dziedzictwem.
Na mojej mapie przedstawiam Bibliotekę jako pusty w środku heksagon o umownych proporcjach, bo choć spędziłem tu całe życie, nie znam ani jej wewnętrznej struktury, ani dokładnych rozmiarów. Ci, którzy jak Jorge Luis Borges czy Umberto Eco podjęli próby nakreślenia wewnętrznej mapy Biblioteki, czynili to zawsze w sposób symboliczny. Wiadomo, że podzielona jest na nieprzeliczone obszary zwane specjalizacjami. Być może jest ich wręcz tak wiele jak zamieszkujących ją uczonych, co ostatecznie każdego z nas czyniłoby pozbawioną okien i drzwi monadą. Wraz z rozwojem Imperium i przyrostem zgromadzonej w Bibliotece wiedzy nasze domeny oddalały się od siebie, wytwarzając odrębne języki. Dziś zamieszkujący różne specjalizacje niewiele mają sobie do powiedzenia, nawet jeżeli jakimś cudem spotkają się w przepastnym labiryncie Biblioteki. Prorocy Pseudonauki skrupulatnie wykorzystali to przemieszanie języków, wskazując je jako niezawodny znak panujących w łonie Biblioteki sprzeczności, anarchii i upadku. Może mieli w tym nieco racji?
Krainy wokół Biblioteki wyobrażam sobie jako kolejne pierścienie, coraz odleglejsze od ducha Nauki i coraz bardziej podporządkowane władzy Proroków i mocy chaosu. Wiem, że jest to wyobrażenie naiwne, a świat nie ma zapewne kształtu strzeleckiej tarczy czy Dantejskiego kosmosu, w którego centrum znajduje się to, co najważniejsze. Ale są przecież różne mapy. Niektóre mają nam umożliwić precyzyjne dotarcie do oznaczonego miejsca. Inne – lepsze zrozumienie świata bez ruszania się z fotela. Głoszę wyższość tych drugich. Nie dlatego, że zamknięty w swym gabinecie, gardzę podróżami. Przeciwnie – rozumiem ich konieczność, jeżeli chcemy ratować to, co jeszcze pozostało z naszego dziedzictwa. Jednak mądrą wyprawę musi poprzedzać zrozumienie.
Kraina Ciekawych
Tuż za murami Biblioteki rozciągają się ziemie jeszcze niedawno bezpośrednio podległe jej władzy. Gdybym miał w swoim gabinecie okno, mógłbym z niego oglądać właśnie Krainę Ciekawych – obszar zamieszkiwany niegdyś przez nauczycieli, popularyzatorów nauki i uczniów. Bo ciekawi to uczniowie. Nie tylko ci, którzy – nieco pod przymusem – spędzają całe dnie zamknięci w szkole. To także wszyscy ci, którzy z własnej wiedzy sięgają po Naukę lub – niestety, częściej – po to, co Nauką im się wydaje.
To właśnie utrata Krainy Ciekawych boli mnie najbardziej, bo odcięła nas zupełnie od zewnętrznego świata, pozostawiając Zewnętrzne Krainy na pastwę Pseudonauki. Kraina Ciekawych służyła bowiem wychowywaniu tych, którzy krzewili Naukę, żyjąc poza murami Biblioteki. Dziś to dawne lenno Biblioteki rozpadło się na dziesiątki pozornie niepowiązanych dominiów i składa się z takich obszarów jak Medycyna Alternatywna, Zjawiska Paranormalne czy Przeszłość Fantastyczna.
W jaki sposób utraciliśmy swe włości? Wyjaśnia to dobrze historia Przeszłości Fantastycznej. To kraina, której mieszkańcy wierzą, że piramidy zostały zbudowane przez kosmitów, a tysiące lat temu światem władało starożytne Imperium Lechitów. Przeszłość Fantastyczna to ziemia zamieszkiwana przez rozgorączkowanych czytelników Ericha von Dänikena i poszukiwaczy skarbów tropiących tajemną broń Hitlera.
Pseudonaukowa rewolucja zaczęła się tam, jak zresztą wszędzie, od uprowadzenia ciekawości – tej najważniejszej cnoty ucznia i uczonego. Pseudonauka dokonała tego, podsuwając poszukującym wiedzy rozwiązania bardziej atrakcyjne, prostsze, a zarazem lepiej wyjaśniające ich codzienność.
Autorzy barwnych opowieści o cudownej przeszłości wypowiadali się też z apodyktyczną pewnością, której zawsze brak uczonym. Tam gdzie naukowa historia mogła zaproponować najwyżej trzy sprzeczne, fragmentaryczne warianty oparte na drobiazgowej rekonstrukcji nielicznych dostępnych źródeł i znalezisk archeologicznych, Przeszłość Fantastyczna wkraczała z pełną barwnych szczegółów opowieścią o pradawnych ludach i ich wspaniałych przygodach. Co ważne, większość tych fantastycznych eposów miała swoją wyraźną puentę w teraźniejszości, dostarczając gotowych wyjaśnień całkiem współczesnych problemów.
Trudno przecenić znaczenie, jakie dla przygotowania triumfu Przeszłości Fantastycznej nad historią miały państwa narodowe i popkultura. Silne poczucie narodowej tożsamości zachęcało, a wręcz zmuszało do poszukiwania jej korzeni coraz głębiej. Im większą i bardziej starożytną przeszłość narodu proponowali fantaści, tym lepiej trafiali we współczesne kompleksy i potrzeby wielkości, tym poczytniejsze też stawały się ich książki. Z kolei hollywoodzkie filmy o poszukiwaczach Arki Przymierza, pradawnych spiskach i starożytnych świątyniach pełnych pułapek przedstawiały obraz dziejów, który docierał do milionów widzów na całym świecie, kształtując także to, jak odbierali później przekaz Nauki.
Republiki Rewolucji i Królestwa Konformizmu
Na północ od krainy ciekawych rozciągają się Republiki Rewolucji, na południe zaś – Królestwa Konformizmu. Zwykle postrzegamy te dwie krainy jako całkowite przeciwieństwa. Siłą sprawczą i naczelną zasadą organizującą życie Republik jest bunt i związane z nim pragnienie zmiany. Zamieszkują je ludzie zawsze gotowi do działania i walki w imię zmiany. Jedną z Republik Rewolucji jest np. ta zorganizowana wokół sprzeciwu wobec GMO, inną – państwo pochłonięte walką z energią atomową, jeszcze inną – ruch antyszczepionkowy. Choć to oczywiście obraz nieco stereotypowy, typowego mieszkańca Republik porównałbym do nastolatka, który wierzy, że bunt i sprzeciw są wartościami samymi w sobie, że zawsze są autentyczne i potrzebne, że skoro ktoś ma odwagę, by sprzeciwić się, wyjść na ulicę, protestować, to przecież nie może się mylić.
Antyszczepionkowcy czy traktujący GMO jako pogwałcenie praw natury rozpoczynają – zapewne nie zawsze niesłusznie – od wizji świata kontrolowanego przez potężne międzynarodowe korporacje. Dalej jednak ich rozumowanie traci znamiona naukowości.
Jeżeli producenci genetycznie modyfikowanej kukurydzy albo szczepionek kierują się chęcią zysku, twierdzą buntownicy z Republik, to ich produkty z całą pewnością są skażone niecnymi intencjami twórców. Jednak czy gdyby udowodniono, że Newton sformułował prawo ciążenia ze ślepej żądzy sławy i niskiej potrzeby zysku, czyniłoby to grawitację mniej rzeczywistą? W nauce liczą się dowody, a nie motywacje.
Choć nie sposób zanegować, że niecne intencje mogą prowadzić do ukrywania dowodów i fałszowania wyników, to zakładanie z góry, że zysk wyklucza Naukę, wiedzie prostą drogą do spiskowej filozofii dziejów, a więc aż na Najdalsze Rubieże.
Mieszkańcy Królestw Konformizmu wydają się wyznawać zasady całkiem przeciwne. Kieruje nimi pragnienie zachowania status quo, wiązanego z poczuciem bezpieczeństwa i tradycją, lecz także najzwyczajniej w świecie z wygodą. Królestwa są wszak obszarem urodzajnym, zamożnym i ogólnie dość przyjemnym miejscem do życia. Na mapie Królestw wskazać można chociażby ziemię zwalczających teorię ewolucji czy terytorium rządzone przez negujących wpływ człowieka na globalne ocieplenie. To typowy przykład pseudonaukowej wiary opartej na pragnieniu zachowania przyjemnego status quo i niedopuszczaniu do siebie konsekwencji utrzymywania obecnego porządku świata. Mieszkańcy Królestw przypominają nieco schorowanego palacza, który odmawia przyjęcia do wiadomości konsekwencji swego nałogu, zamiast koncernów tytoniowych winiąc „głupich lekarzy, którzy wtrącają się w jego prywatne sprawy”. Dla odrzucenia apokaliptycznych wizji kreślonych przez Naukę mieszkańcy Królestw zawsze przywołują status quo. „Jeżeli jest tak źle, to czemu jest tak dobrze?” „Gdyby tak łatwo było wymrzeć, już byśmy dawno wymarli”. „Jakoś lato w tym roku było wyjątkowo zimne i deszczowe”. Itd. Mieszkańcy Republik przekonani są, że prowadzą zuchwałą walkę z gnuśnymi…