Subskrybuj
Reporterka, dziennikarka, kieruje działem "Rzeczywistość" w "Piśmie. Magazynie Opinii". Autorka książki pt. Pani Stefa (2015), współautorka - z Marcinem Dziedzicem - Teraz'43 Losy (2018), redaktorka Dalej (2016) Teresy Torańskiej. Laureatka Grand Press 2017 w kategorii wywiad.

Taka

Teresa Torańska mówiła: „Piszę o tym, co samej sobie chcę wyjaśnić, sama dla siebie ogarnąć”.

Płaszcz był pstrokaty. Rudy, w żółte i czerwone łaty. A może żółte, czerwone i niebieskie? I nie płaszcz, ale kożuch chyba. Chociaż to był styczeń, deszcz mocno zacinał – nie, śnieg. Omijała kałuże, skacząc nad nimi jak mała dziewczynka. Przy barze zamówiła mocną kawę. Bezpośrednia, zwracała się do nas, studentów Polskiej Szkoły Reportażu, na „ty”, wchodząc w rozmowie od razu do dużego pokoju.

Kilka dni wcześniej „Gazeta Wyborcza” opublikowała jej rozmowę z Jerzym Bahrem, który w kwietniu 2010 r. pełnił funkcję ambasadora Polski w Rosji. Tamtego zimowego dnia opowiadała o układaniu sobie tego wywiadu w głowie. O montażu, dramaturgii („Niezbędna!”). „O, tu musi być pauza, tu, widzicie, trochę za bardzo ciąży, trzeba przełamać pytaniem”. „Widzisz?” – zwróciła się wprost do dziewczyny w ostatnim rzędzie. Słuchała odpowiedzi, którą ta dukała cicho. „O, a na to bym nie wpadła, dziękuję”.

To od tej, zatytułowanej Startujemy, zaczęła się seria jej rozmów smoleńskich. Miała stworzyć z nich opowieść o katastrofie, ale przede wszystkim o współczesnej Polsce, równie ważną, ważniejszą może od Onych.

Nie zdążyła. Zmarła dwa lata później, w styczniu 2013 r. Smoleńsk, ostatnią książkę, nad którą pracowała, złożono już bez niej. Posłowie napisała reporterka Lidia Ostałowska, zmarła w styczniu, pięć lat po Torańskiej.

*

Notatki z tamtego spotkania sprzed lat trochę wyblakły. Kartka wygląda jak karbowana bibuła, to po tuszu żółtego flamastra, którym zakreślałam najważniejsze zdania (zaznaczony jest wers po wersie). Nie chciała nam wtedy radzić, mówiła tylko o swojej pracy. Konkrety zamiast wodolejstwa i teorii.

Najważniejsze, podkreślała to kilka razy: mieć przed spotkaniem przemyślane pytania, ale nie przygotowany zestaw tez. A przed nimi ciekawość. Warsztatu można się nauczyć, trzeba nad nim pracować, ale bez ciekawości drugiego człowieka, bez tego głodu, który pcha na zewnątrz, na spotkanie, naprzeciw, nic z tego, mówiła, nie będzie.

Zaglądam do notatek:

„Piszę o tym, co samej sobie chcę wyjaśnić, sama dla siebie ogarnąć”.

„Detal, trzeba mieć do niego oko. Bez detalu nie namaluje się sceny, a bez scen nie będzie dramaturgii”.

„Wszystko zawsze trzeba dokładnie sprawdzić”. Niby oczywistość, dla reporterów pierwsze przykazanie, ale powtarzała je nam wielokrotnie. Ze stanowczością i bez pozostawienia najmniejszych wątpliwości, jak bardzo ważna jest dla niej rzetelność i wierność tej podstawowej zasadzie.

„Nie ma pytania, którego nie można zadać. Tyle że niektóre: jedynie po cichu. Bo to tak jak w małżeństwie – to, co wykrzyczane, zawiśnie już na zawsze między dwojgiem ludzi. Nie można tego cofnąć, a i zapomnieć się raczej nie da. Kiedy jest najtrudniej, kiedy się dotyka jakiejś tajemnicy, bólu, cudzego wstydu, zmieniajcie tych pytań ton”.

„Nie przychodzę z zestawem pytań, które muszą paść. Ale zawsze mam plan: przede wszystkim chcę poznać człowieka, który przede mną siedzi. Oczywiście dużo o nim wcześniej czytam, zbieram »wywiad środowiskowy«, nie wyobrażam sobie przyjść nieprzygotowana. Po to, żeby nie dać się wyprowadzić w pole. Ale i tak wolę to wszystko usłyszeć od rozmówcy. Prawda o nim i jego prawda o sobie samym – to mnie szalenie interesuje! Gdzie one się pokrywają, a co się rozchodzi i w jakim punkcie? Czego mi o sobie nie mówi?”

*

Może to dopytywanie samej siebie, swego rodzaju intuicja – do wyboru rozmówcy, a potem do wyboru osi, wokół której zbuduje w rozmowie jego portret – sprawiają, że czyta się te teksty jak reportaże rozpisane na głosy. Sama zresztą traktowała tekst jak zapis melodii. Rozmowa staje się portretem, rozmówca – bohaterem, a forma to u Torańskiej rygor, szkielet, do którego przyczepia wątki, balansując przy tym między empatią wobec człowieka i jego życia (oraz wyborów i motywacji) a bezwzględnością w służbie faktom. Przy czym bezwzględności tej nie można stawiać jako zarzutu, nie znaczy ona tu bowiem okrucieństwa, lecz jedynie (i aż!) surowość narzuconą sobie jako strażniczce-akuszerce raportowania o tym, co się wydarzyło. Prawda jako zbiór faktów nie musi tu być – i w rozmowach Torańskiej bardzo często nie jest – w sprzeczności z prawdą bohatera, subiektywnym zapisem tego, co mu się wydarzyło, czego był świadkiem i uczestnikiem w jego własnej pamięci i emocjach. Dowodem zresztą na współgranie obu tych – trzymając się terminologii muzycznej – ścieżek są autoryzacje. Nie broniła się przed nimi, a rozmówcy podkreślali potem, że choć na etapie montażu zmieniała się nierzadko kolejność wypowiadanych kwestii, to nie uległa zaciemnieniu ani manipulacji ich intencja. Odnajdywali siebie w zapisach tych rozmów.

I to również dzięki takiemu rozumieniu swojej roli dziennikarskiej i pojmowaniu struktury tekstu jako złożonego mechanizmu, który należy od podszewki poznać i misternie konstruować, udawało jej się, zamykając emocje w formie, uciec od rozchwiania i przytłoczenia tekstu jestestwem autorki, właściwym (lub przynajmniej bardzo powszechnym) w publicystyce i szerzej – we współczesnym dziennikarstwie w ogóle. Na fundament rzetelności dziennikarskiej: oddzielenia informacji od opinii, wtedy kiedy Torańska zaczynała pisać, na początku lat 80., ograniczenia nakładał niedemokratyczny system polityczny Polski Ludowej. Po 1989 r. wraz z wolnością słowa i środków przekazu pojawiły się jednak innego rodzaju wyzwania, takie jak np. coraz większe przechylenie mediów w stronę rozrywki (wraz z ewolucją dziennikarzy-informatorów, prezenterów, reporterów w celebrytów) miast pogłębionych analiz. Ponadto: komercjalizacja skutkująca pogorszeniem jakości przekazu, cięcia w budżetach redakcyjnych, cyfryzacja i jej następstwa dla rynków medialnych czy wreszcie postępujący deficyt zaufania do mediów i dziennikarzy. Nie ma odbicia tych procesów w jej tekstach (czy raczej: jej pisarstwie non fiction). Chronił ją może właśnie narzucony sobie samej reżim warsztatu. Ostatnie lata życia Torańskiej to też jeszcze większy podział społeczeństwa na dwa, okopane na swoich pozycjach, obozy i służące im media, określane niekiedy jako „tożsamościowe”, tj. takie, które za swój cel nie stawiają informowania, ale pogłębianie tożsamości odbierającej je grupie społecznej. Taki przekaz wychodzi naprzeciw ich oczekiwaniom, sądom o rzeczywistości, wzmacnia i tak silne poczucie więzi wewnątrz owej grupy, antagonizując ją zarazem z tymi wszystkimi, którzy tych poglądów i postaw nie podzielają. Tak rozumiane media nie są przekaźnikiem informacji i treści, które pomagają zrozumieć całokształt społecznych przemian, ich naturę, emocje społeczne. Nie inspirują do trudnych, ale – w długim okresie – ważnych i niezbędnych dla dialogu społecznego i ładu we wspólnocie politycznej rozumianej jako całość, zbiór różnych, lecz koegzystujących w porozumieniu grup, pytań i rozważań. Nie podważają granicy owych podziałów. * Żeby to zrobić, trzeba z rzeczywistą ciekawością tę granicę rozpoznać i odważyć się – często nie wobec „tamtych”, lecz wbrew grupie, z którą się identyfikuje – ją przekroczyć. Spojrzeć na człowieka, z którym – naprawdę lub w wyobrażeniu – nie ma się wiele wspólnego, jak na takiego samego. Nie demonizować, tylko zadać pytania, te najprostsze, jak: „dlaczego?”. Torańska, czerpiąc ze swojej ciekawości, to właśnie robiła. Kiedy w czasie pierwszej Solidarności i potem w stanie wojennym nie mogła pracować, zaczęła chodzić do…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Polskie Mistrzynie