Subskrybuj
Tove Jansson (fot. Reino Loppinen / Lehtikuva, Public domain, via Wikimedia Commons)
Tove Jansson (fot. Reino Loppinen / Lehtikuva, Public domain, via Wikimedia Commons)
Fińska pisarka szwedzkojęzyczna, malarka, ilustratorka i rysowniczka komiksowa, najbardziej znana jako autorka książek o Muminkach. W 2015 r. ukazał się po polsku zbiór jej opowiadań Wiadomość w tłumaczeniu Justyny Czechowskiej i Teresy Chłapowskiej.

Uczennica Jonny

Było to tej jesieni, kiedy Jonna przyjęła uczennicę na prywatne lekcje. Dziewczyna nazywała się Mirja, duża, ponura postać, która chodziła w pelerynie i artystycznym berecie. Jonna oznajmiła, że Mirja ma talent, ale zanim coś się z nim zrobi, uczennica musi nabrać szacunku do materiałów, a to może potrwać.

Tymczasem ta zostawiała czernidło na płycie, wydłubywała dziury po środku puszki z farbą drukarską i cały bałagan zwijała razem z tarlatanem, wszystko to było absolutnie niedopuszczalne.

– Muszę zacząć od początku – zwierzyła się Jonna. – Nic nie wie o podstawowej powadze grafiki, robi tylko dobre obrazy.

Mari spytała:

– Jak długo będzie u ciebie pracować? Będziesz jej dawać coś do jedzenia?

– Nie, nie, tylko kawę. Może jakąś kanapkę, ciągle jest głodna. Przypomina mi się, jak podczas studiów nigdy się nie najadałam.

W dni, kiedy przychodziła Mirja, Jonna nie zajmowała się niczym innym. Mari trzymała się z dala i była zmartwiona. Oczywiście Jonna miała smykałkę do nauczania, przez kilka lat była wpływową nauczycielką w akademii sztuki, do czasu, aż się znudziła i zapragnęła w spokoju tworzyć własne rzeczy. „W każdym razie, pomyślała Mari, uczenie, prawdziwa umiejętność uczenia, siedzi w człowieku, poza tym ona to lubi. Chyba to rozumiem, przekazuje się wiedzę i ma nadzieję, że przynajmniej ktoś jeden będzie kontynuował zawód w jakiś sensowny sposób…” Tak czy siak, Mari była nieufna wobec Mirji i jej artystycznej peleryny. Czasem pytała, jak idzie nauczanie. Jonna odpowiadała krótko, że uczennica przynajmniej nabrała szacunku do miedzianych płyt i zaczęła po sobie sprzątać.

– Ale nie musisz chyba jej gotować?

– Nie, nie, mówiłam już. Tylko kawa.

Któregoś dnia, gdy Mari przyszła do Jonny w nie ten dzień co trzeba, żeby pożyczyć obcęgi, trafiła na przyjęcie. Na stole stały dwa rodzaje sałatek, camembert i paszteciki, a pieczeń, którą Mari i Joanna miały zjeść następnego dnia, była pokrojona w eleganckie plastry i ozdobiona pietruszką. Na domiar złego, Jonna zapaliła świeczkę. Piły kawę. Mari demonstracyjnie nie zjadła nic. Mirja była wybitnie małomówna. Niebawem zaczęła rysować węglowym ołówkiem na swojej serwetce.

– Co to? – zaciekawiła się Mari.

– Szkic.

– Ach, szkic. To mi przypomina studenckie czasy, wszyscy chodzili na kawę za rogiem i skrobali coś na pudełkach od papierosów, mówiąc, że dopadła ich wielka inspiracja. No tak. To miłe, że nic się nie zmieniło.

Jonna zwróciła się do Mirji:

– Smakuje ci moja sałatka? A może zabierzesz ją do domu?

Sałatkę spakowano do plastikowego pojemnika, poza tym Mirja dostała połowę sera i słoiczek malinowego dżemu. Kiedy wyszła, Mari zapytała:

– Czy ona się nigdy nie uśmiecha?

– Nie. Ale robi pewne postępy. Trzeba być cierpliwym.

Mari powiedziała:

– Jeśli dalej będzie tak jadła, przytyje. Widziałaś, ile w siebie włożyła?

– Młodzi ludzie są głodni – zauważyła surowo Jonna. – W młodości byłam tak samo nieśmiała jak ona.

– Ha, ha – wybuchła Mari – ona wcale nie jest nieśmiała, raczej nie stara się być miła, wydaje jej się, że taka ponurość jest artystyczna. Możesz mi pokazać coś, co zrobiła?

– Nie, jeszcze nie. Na razie próbuje.

Z czasem Mari coraz bardziej się złościła. Picie kawy w trójkę stało się powracającym, dość pokrętnym fenomenem, ale Mari nie potrafiła odmówić sobie tych wizyt, żeby na własne oczy zobaczyć, jak nietaktownie Jonna rozpieszcza swoją protegowaną.

– Mirjo, jest zimno, dlaczego nie nosisz czapki? Mówiłam ci, żebyś chodziła w czapce. Pożyczę ci moją. Mirjo, tu jest lista wystaw, które warto zobaczyć. Tu masz przepis na sałatkę, mogłabyś nauczyć się ją robić, oto kilka książek o metodach graficznych, mogą ci się przydać…

Niepojęte, że Jonna, która potrafiła być niezwykle chłodna i zdystansowana wobec otoczenia, teraz nagle tak wprost matkowała osobie, która według Mari nie posiadała krzty zwykłej cywilizowanej uprzejmości, nie mówiąc o uroku osobistym.

Któregoś razu, to niewybaczalne, kiedy Mari była sama w atelier Jonny, odwróciła akwatintę, którą zrobiła Mirja. Była nieszczególna.

Jesień mijała. Jonna odłożyła własną pracę i zaczęła budować regały, których w ogóle nie potrzebowała. Mirja przychodziła regularnie, za każdym razem była tak samo głodna i ponura. Któregoś dnia Mari odkryła, że Jonna daje Mirji witaminy, ślicznie ułożone w pudełeczku na biurku.

– Widzę – odezwała się Mari – widzę, że bardzo dbasz o zdrowie swojej Córki. I włożyłaś je do mojego pudełeczka.

– Wcale nie, to tylko takie samo pudełko. Ty wzięłaś swoje rano. Nie bądź dziecinna.

Mari wyszła, bardzo powoli zamykając za sobą drzwi, po czym nie pojawiła się na kawowym przyjęciu.

Nastał smutny czas.

Mari przyszła pewnego wieczora w listopadzie i wyjaśniła, że chce zobaczyć najgorszy film, jaki Jonna może u siebie znaleźć, z morderstwem, a najlepiej kilkoma. Jonna przejrzała półkę z taśmami wideo.

– Ten jest dość straszny. Nie miałam odwagi ci go pokazać.

– Świetnie. Włączaj.

Kiedy film się skończył, Mari wzięła głęboki oddech.

– Dziękuję – powiedziała. – Teraz mi lepiej. Dziwne, że Johnson zrobił się taki sentymentalny w ostatniej minucie, to nie w jego stylu. I ten bezdomny pies tu nie pasuje.

– Ależ pasuje. Jeden jedyny raz Johnson zachowuje się wbrew własnej naturze, a to się mści. Dobrze, że dodano taki nieracjonalny element, to byłoby zbyt proste, gdyby tylko dominował gangsterów, aż oni by się w końcu go pozbyli.

– Nie mógł przestać dominować – powiedziała Mari – był urodzonym przywódcą. Zakładam, że to siedziało mu w głowie. Ale nie udałby im się ani jeden napad, gdyby on nie pokazał im dokładnie, co mają zrobić… I co z tego?

– Nie mam pojęcia – odparła Jonna. – Chyba daliby sobie radę sami. Zresztą to tylko podrzędny film, może go przewinę. – Zapaliła górne światło. – Dziś wieczorem poczytam. Nie jestem zainteresowana.

Nagle, w świetle, atelier wydało się dziwnie puste.

– Chyba nie posprzątałaś? – spytała Mari.

– Nie. Nie masz nic do czytania? Wybrałam kilka książek, które mogłyby być dla ciebie ważne. Opowiadania i tak dalej.

Atelier było naprawdę bardzo puste. Na haku nie było już fartucha Mirji.

Mari otworzyła jedną z książek, które dostała. Wieczór był całkowicie spokojny, nikt nie dzwonił, z ulicy słychać było warczenie odśnieżarek.

Po paru godzinach Jonna odezwała się:

– Chyba wrócę do litografii. To znaczy, tylko taka ewentualność.

– Tak – odparła Mari. – Ewentualność.

– A wiesz – ciągnęła Jonna – mówiłam już, jak w młodości wymaszerowałam z tej ich akademii sztuki w środku semestru, żeby pracować na własną rękę?

– Tak, mówiłaś.

– W tamtych czasach to było coś, taka demonstracja!

– Wiem. – Mari przewróciła kartkę w książce. – A ten nauczyciel, ten twój profesor? Ten, który był taki dominujący?

– Mari – westchnęła Jonna – czasami jesteś ciut za bardzo wymowna.

– Tak uważasz? No, ale kiedyś można powiedzieć coś niepotrzebnego, nie sądzisz?

A potem czytały dalej.


© Tove Jansson, 1989, Moomin Characters™

Tłumaczyła Justyna Czechowska

Artykuł pojawił się w numerze: Przestrzeń przyjaźni