Anna Mateja: Jeśli klimat Ziemi się ociepli, czego nam zabraknie w kuchni?
Zbigniew M. Karaczun: Nie napijemy się czarnej herbaty. Ani kakao. Z kawą też będzie problem, przynajmniej z odmianą arabica. Pozostanie robusta, ale smakowo to jest duża różnica. Spodziewany w najbliższych dekadach wzrost średniej temperatury atmosfery o 3,7–4°C utrudni znalezienie miejsc odpowiednich dla takich upraw, bo nie zawsze będzie możliwe np. przeniesienie plantacji herbaty w wyższe partie gór. Choćby dlatego, że w tych częściach świata, gdzie uprawia się herbatę, kawę czy kakao, nie ma już takich miejsc. A jeśli są, ich wykorzystanie wiąże się np. z wycinką lasu tropikalnego, co oznacza ograniczenie różnorodności biologicznej na Ziemi i miejsc pochłaniających dwutlenek węgla. Przenosząc uprawy z powodu ocieplenia klimatu, pogłębiamy więc przyczyny, które doprowadziły do pojawienia się tego zjawiska.
Błędne koło.
Rolnictwo to część gospodarki najbardziej wrażliwa na zmiany klimatu. Na jego efektywność, poza glebą, wpływają bowiem przede wszystkim: długość okresu wegetacyjnego, średnie temperatury powietrza w ciągu roku, ilość, częstość i rozkład opadów. Nawet niewielka zmiana warunków klimatycznych czyni produkcję rolną niemożliwą lub nieopłacalną albo daje nie to, czego byśmy chcieli, np. wina o większej zawartości alkoholu.
Już dzisiaj trudno kupić czerwone wino, którego moc nie przekraczałaby 13%, choć przyjęte jest, że powinno ono zawierać 12–12,5% alkoholu. W ciągu ostatnich 20 lat standardem stało się 14–15%, bo coraz cieplejsze lata spowodowały powstawanie większej ilości fruktozy w owocach, co zintensyfikowało fermentację. Przyspieszanie zbiorów odbywa się kosztem jakości produktu, więc nie jest rozwiązaniem, zwłaszcza kiedy chodzi o tzw. zimowe wina produkowane z winogron ściętych pierwszymi przymrozkami. I właściwie niewiele możemy z tym zrobić, bo winnice udają się jedynie w dość specyficznych warunkach, najlepiej na glebach powulkanicznych albo z dużą ilością kamieni, które zmuszają rośliny do głębokiego zakorzenienia. Wszystkie te warunki wpływają na smak win.
Które wino zniknie pierwsze?
Prawdopodobnie szczep pinot noir, którego margines tolerancji na zmiany temperatur jest bardzo wąski. A jest to wino, które przyjęło się uważać za definiujące umiejętności producenta… Na pewno wiele regionów zmniejszy obszary upraw, ale to rozwiązanie tymczasowe. W prowincji Maipo – winiarskim zagłębiu Chile – 95% wody zużywa dzisiaj przemysł winiarski. Jeśli temperatura podwyższy się o stopień lub dwa, zabraknie wody i dojdzie do wysuszenia gleby, więc znikną warunki do uprawy jakiegokolwiek szczepu.
Niewystarczająca ilość wody wymusi nie tylko zmiany w uprawach, np. zboża, którego będzie mniej niż obecnie. Częściej będą się zdarzały epizody wysokiej temperatury – to nie będzie po prostu upał, który jest zjawiskiem naturalnym późną wiosną czy latem. Skwarne dni będą zdarzały się coraz częściej i wcześniej, na przemian z gwałtownymi deszczami i wiatrami. Obecne metody uprawy są niedostosowane do pogody diametralnie innej od dotychczasowej i przez to nieprzewidywalnej.
Można powiedzieć: zamienimy, przynajmniej w Polsce, uprawę zimnolubnych ziemniaków na ciepłolubną soję.
Problem niedoboru wody przez to nie zniknie, podobnie jak ziemi uprawnej, której część zajmą morza, ponieważ podnosi się ich poziom. A poza tym: czy jesteśmy chętni na zmianę kulturową, którą niesie ze sobą nowa dieta? Wątpię. Przyzwyczailiśmy się traktować chleb żytni, pierogi ruskie i sznycle jako elementy budujące naszą tożsamość, niczym literatura albo wspólna przeszłość. Tymczasem, jeżeli zmienimy uprawy – pojawią się np. inne odmiany zbóż – zmienią się smaki potraw do tej pory uznawanych za tradycyjne. I nie będzie powrotu do tego, co było. W skali zmian globalnych inny smak chleba to właściwie drobiazg. Jeśli jednak popatrzeć na to, do czego większość z nas jest przyzwyczajona, to znaczy więcej, niż nam się wydaje.
Ale ostatecznie jedzenia zabraknąć nie powinno.
Nie byłbym tego taki pewien. Zmiany w środowisku nie odbywają się liniowo, tzn. jeśli temperatura wzrośnie nie o 2, tylko o 3°C, to będzie tylko trochę gorzej niż dziś. Sytuacja może się rozwinąć, jak na Wyspie Wielkanocnej w ostatnich dekadach XVII w., kiedy wycięto wszystkie drzewa i nieodwracalnie zmieniono ekosystem, doprowadzając do drastycznego zmniejszenia liczby jej mieszkańców. Proces degradacji rozpoczął się od wycięcia jednego drzewa za dużo.
###banner###
Środowisko przekształca się skokowo – jeżeli jeden czynnik (nie zawsze naukowcy są w stanie przewidzieć który) przekroczy poziom krytyczny, może nieodwracalnie zmienić się cały system. Badacze opisali taką zależność po raz pierwszy w latach 70. XX w., obserwując zmiany zachodzące w skandynawskich jeziorach za kręgiem polarnym. Były krystalicznie czyste, a mimo to żyjące w nich gatunki wymierały. Powodem było zanieczyszczone powietrze, przemieszczające się na dużych odległościach i obciążone m.in. tlenkami azotu oraz siarki. Związane z wilgotnym powietrzem, tworzyło tzw. kwaśne opady – deszczu lub śniegu, które zmieniały odczyn wody w jeziorze na kwaśny, w stężeniu zabójczym dla wielu wodnych istnień. Te jeziora wciąż istnieją, można z nich pić wodę, ale nie ma już w nich obecnej wcześniej różnorodności biologicznej. Na tym właśnie polega zmiana klimatu – jedna zmiana wywołuje ciąg nie zawsze łatwych do przewidzenia konsekwencji.
Nie ma więc sensu snuć prognoz o prowadzeniu w Polsce egzotycznych upraw, bo problemem nie będzie wielkość zbiorów bananów, ale np. szkodniki lub choroby, dziś nazywane tropikalnymi, które staną się bezpośrednim zagrożeniem.
Musimy pamiętać o jednym: cokolwiek mówimy o Ziemi otulonej atmosferą o 3–4°C wyższą niż obecnie, są to wyłącznie prognozy. Naukowcy mają jednak nadzieję, że temperatura wzrośnie tylko o 1,5 do 2°C, więc biosfera z człowiekiem dostosują się do zmienionych warunków i wszystko z grubsza pozostanie niezmienione. Może się jednak okazać, że środowisko jest bardziej wrażliwe na zmiany, niż przypuszczamy, i maksymalny wzrost temperatury, który nie wywołuje zmian w systemie, to np. 1,95°C. A jak będzie więcej?
Mojego sąsiada, któremu od dwóch lat tłumaczę, że konsekwencje wywołane zmianą klimatu to nie są strachy na lachy, to nie przeraziło. Jego stanowisko, wcale nieodosobnione, jest bowiem takie, że w historii świata było już parę zlodowaceń i kilka ociepleń, z którymi biosfera sobie poradziła, więc o co ten raban? Teraz będzie podobnie, najwyżej człowiek zniknie. Moje podejście do ochrony środowiska jest pragmatyczne: przestrzegam przed negatywnymi skutkami zmiany klimatu, bo chciałbym, mimo zmian, ocalić miejsce do życia dla wspólnoty ludzkiej i jej cywilizacji. Dla – mówiąc wprost – naszych dzieci i wnuków.
Czy jest w ludzkiej mocy odwrócenie procesów, których skalę porównałabym do ruchu płyt tektonicznych? Zbyt wielu z nich musielibyśmy się przeciwstawić, żeby zapobiec zmianom klimatu.
Trudne pytanie. Staram się go unikać. Gdy słyszę wypowiedzi niektórych polityków, np. na temat niezbędności węgla w polityce energetycznej Polski czy wystąpienia USA z paryskiego porozumienia klimatycznego zawartego w 2015 r. o ograniczeniu emisji dwutlenku węgla, jestem bliski konstatacji: nie mamy szans. I… dalej robię swoje, czyli próbuję przekonać ludzi do rezultatów badań naukowych, z których wynika, że kraje bogatej Północy, nie ograniczając emisji, zachowują się skrajnie egoistycznie wobec państw biednego Południa.
Mówiąc wprost: konsumujemy – także Polska, bo od kilku lat jesteśmy już państwem dobrobytu – na koszt krajów żyjących na skraju ubóstwa, gdzie emisja dwutlenku węgla w przeliczeniu na mieszkańca jest wielokrotnie mniejsza. Czy nas to w żaden sposób nie uwiera?
Co i rusz oglądamy się na Chiny, nazywając ich największym na świecie emitentem gazów cieplarnianych, tymczasem jeśli przeliczy się masę emisji na głowę mieszkańca, okazuje się, że przeciętny Chińczyk produkuje mniej gazów cieplarnianych niż Polak. Chińscy politycy pytają więc przedstawicieli Unii Europejskiej i innych bogatych krajów: „Dlaczego domagacie się od nas obniżenia emisji, jeśli u was jest, jak jest? Klimat, w ramach swoich możliwości, musimy przecież chronić wszyscy”. Nie bez powodu dr Andrzej Kassenberg, współtwórca Instytutu na rzecz Ekorozwoju, nazywa Polskę Chinami Europy. Nasi politycy także nie chcą podejmować działań, bo podobno nie wdrażają ich inni. I tak, wzajemnie oskarżając się o bezczynność, szykujemy sobie katastrofę.
Może nas to i uwiera, ale dlaczego rozwinięte państwa zachodnie chcą narzucać pozostałym ograniczenia, na które się nie zdecydowały, budując autostrady czy wycinając lasy?
Ten sam argument – odbierania krajom słabszym ekonomicznie możliwości rozwoju przez wprowadzanie obostrzeń ekologicznych – podnoszą też kraje biedniejsze od Polski: Mali, Burundi czy Kongo. Takie myślenie to przeciąganie liny, a nie szukanie rozwiązania, jakim byłoby, np. zaproponowanie kompensacji ograniczeń. Powinniśmy to zrobić w duchu odpowiedzialności za cały świat – dosłownie. Zmiana klimatu nieuchronnie rozpocznie bowiem falę migracyjną mieszkańców wysychających krajów środkowej Afryki do Europy. W podobny sposób kraje bogate powinny wziąć na siebie część ciężaru związanego np. z zachowaniem płuc świata, czyli Puszczy Amazońskiej. Krytyka prezydenta Brazylii Jaira Bolsonaro, że pozwala wypalać lasy dla pozyskania terenów pod uprawy, jest zasadna, ale jeżeli uważamy się za ludzi odpowiedzialnych, nie możemy się do tego ograniczyć. Ponieważ puszcza jest dobrem wspólnym, może zamożniejsze kraje powinny się zrzucić na jej ochronę?
W polskiej polityce myślenie wynikające z konsekwentnie realizowanej solidarności też powinno być obecne, np. wobec mieszkańców Białowieży. Jeżeli zależy nam na objęciu całej puszczy rygorami parku narodowego, mieszkańcy tamtejszych gmin mają prawo oczekiwać od państwa udogodnień, które ułatwią im życie na terenie, gdzie nie będzie możliwa każda inwestycja. Przemyślmy wprowadzenie np. mechanizmu solidarnościowego dysponującego funduszami publicznymi, z którego korzystałyby gminy z dużą ilością obszarów chronionych. One powinny być ich atutem, a nie problemem czy ekonomiczną stratą.
Kryzys klimatyczny zmienia nas bardziej, niż myślimy, bo przekonujemy się, że o solidarności musimy myśleć globalnie.
Solidarność i odpowiedzialność to dwie wartości, których realizacja może nam zapewnić poczucie bezpieczeństwa. Nie ma innej drogi. Oba pojęcia są obecne w encyklice papieża Franciszka z 2015 r. Laudato si’. Wierzę w istnienie tekstów i znaków, które potrafią zmienić ludzi. Tak jak moje myślenie, gdy byłem nastolatkiem, ukierunkowała na całe życie książka Oskalpowana Ziemia Antoniny Leńkowej z 1961 r., a później równie mocne wrażenie zrobiła Silent Spring (Milcząca wiosna) Rachel Carson z 1962 r.
Studentom na pierwszym wykładzie pokazuję zdjęcie kuli ziemskiej wykonane teleskopem Hubble’a: mały jasny punkt w głębokiej czerni tła. Albo fotografię z grudnia 1968 r. zrobioną przez uczestnika misji Apollo 8, znaną dzisiaj jako Wschód Ziemi: mała błękitna kulka wyłania się zza horyzontu Księżyca.
Uświadamia Pan młodym ludziom skalę naszego znaczenia?
Raczej potencjału, którym dysponujemy. Ta błękitna kuleczka to wszystkie nasze zasoby – nie mamy innych, podobnie jak możliwości, by przenieść się w inne miejsce tej czy innej galaktyki.
Encyklika Laudato si’ma właśnie taką moc: przypomnienia ludziom oczywistej z pozoru sprawy, że nie będzie innego świata w jego doczesnej postaci niż ten, który zamieszkujemy, więc żaden z jego problemów nie powinien być obojętny jego mieszkańcom. Franciszek mówi jednoznacznie – bezrozumna degradacja środowiska jest grzechem. Do tej pory obowiązywał wektor stałego posuwania się do przodu, postęp utożsamiano z wyższym standardem życia kolejnych pokoleń. Nie tylko ja uważam, że jest to błędne myślenie, bo granic rozwoju ludzkiej społeczności nie da się przesuwać bez końca. Ograniczają nas dwa procesy: przepływu energii i krążenia materii, które konstytuują naszą…