Filozoficzny żywioł demonówCzy może być dziś w filozofii coś bardziej anachronicznego niż zajmowanie się demonami? Miały one swoje długie pięć minut w historii ludzkiej myśli, ale wydaje się, że czasy te należą do przeszłości. Nasza kultura, zanim wyparła się Boga, w pierwszej kolejności pozbyła się diabła i demonów – kłopotliwych osobowych bytów reprezentujących zło. Kłopotliwych, bo tyleż groźnych, co śmiesznych. Dlatego karkołomna wydaje się próba podjęcia tematu demonów, a zwłaszcza umieszczenia ich na terenie filozofii. Wbrew tym trudnościom wydaje się, że można podjąć zarzucony przed laty problem. Po pierwsze, demony nie raz gościły na kartach filozoficznych traktatów: mamy Sokratejskiego daimoniona i Kartezjańskiego złośliwego geniusza. Po drugie, powracały do filozofii w rozmaitych postaciach. Wpierw jako byty realne – to cała tradycja patrystyczna, przejęta przez średniowieczną scholastykę, potem jako metafora, symbol. Nowożytna filozofia podmiotowa napiętnowana jest złośliwym demonem. Metodyczne wątpienie i współczesna ostrożność poznawcza zasadzają się właśnie na tej niezwykle nośnej metaforze. Jak pisał Józef Tischner, trudno wyobrazić sobie filozofię nowożytną i współczesną bez metafory wszechpotężnego zwodziciela[1]. Sam też wielokrotnie sięgał do tej metafory, czy to mówiąc o błądzeniu, kuszeniu i kłamstwie w Filozofii dramatu, czy też analizując postaci zła w Sporze o istnienie człowieka. Co sprawia, że filozofowie sięgają po metaforę demona? Dlaczego tłumaczą pewne zagadnienia za pomocą postaci należącej do zupełnie innego porządku? Czy nie można mówić o złudzeniach, ludzkich słabościach czy sumieniu bez wprowadzania do…
Dr filozofii, adiunkt w Katedrze Filozofii Uniwersytetu Ekonomicznego. Współzałożyciel Instytutu Myśli Józefa Tischnera. Publikuje w „Ethosie”, „Logosie i Ethosie” oraz „Znaku”. Ostatnio wydał książkę Myślenie dramatyczne (2016).