Zastanawiałem się, co mogłoby uprawnić do wypowiadania się na temat trzech papieży, których pontyfikaty moje pokolenie przeżyło w miarę świadomie, człowieka tak dogłębnie jak ja pozbawionego tego, co w pewnej odmianie nowomowy uchodzącej u nas za język religii (wcale niesłużącej pogłębianiu religijnej świadomości, ale raczej jej wygaszaniu) nazywa się „łaską wiary”. Jedyne moje alibi do podjęcia tej kwestii to fakt bycia Polakiem. A w Polsce, jak wiemy od pokoleń, katolicyzm nie jest przede wszystkim wiarą religijną, lecz stał się „narodową formą” (cyt. za Romanem Dmowskim). Zatem Kościół jest tutaj po prostu najsilniejszą instytucją społeczno-polityczno-kulturową, w dodatku jedną z nielicznych (do czasu pojawienia się Unii Europejskiej) przynajmniej potencjalnie zakorzeniających Polaków w ładzie bardziej uniwersalnym. A papieże są jej liderami – uniwersalnymi, ale mającymi przełożenie na polską lokalność. Coś jak Michaił Gorbaczow w czasach pieriestrojki, po którym wielu z nas spodziewało się liberalizacji systemu, jakiego sami nie potrafiliśmy ani zliberalizować, ani obalić. A wcześniej Ronald Reagan czy Margaret Thatcher będący natchnieniem dla polskich liberałów szukających argumentów i siły przeciwko „realnemu socjalizmowi”. W zdemolowanej…
Publicysta. Członek redakcji „brulionu”, uczestnik środowiska „pampersów”, zastępca redaktora naczelnego „Dziennika”. Obecnie współpracuje z „Krytyką Polityczną” i „Newsweekiem”.