Subskrybuj
Redaktor miesięcznika "Znak", absolwent MISH UJ. Dr filozofii na podstawie pracy obronionej na Wydziale Filozoficznym UJ pt. "Bóg umarł. Dzieje i analiza pewnego filozoficznego wyroku śmierci"

Filozofia jako bunt i terapia

Dla wielu filozofów Zachodu życie było medytacją. Nie siadali co prawda w pozycji lotosu, ale potrafili tak na siebie wpływać, że dostrzegali świat na nowo w całej jego zmienności.

Jak długo idzie się z Lipska do Królewca?

Półtora miesiąca.

To ponad 700 km, trzeba mieć niezłe tempo. Pod koniec XVIII w. tę drogę pokonał Johann Gottlieb Fichte, aby spotkać się z Immanuelem Kantem. Pan postanowił pójść jego śladem.

Muszę się przyznać, że nie szedłem pieszo całej tej drogi – podobnie zresztą jak Fichte. Pozostawił on po sobie pamiętniki z podróży. Wiemy więc, że niekiedy jechał dyliżansami pocztowymi, wynajął też wóz węglowy z furmanem. Zdaje się, że był wolnym duchem i jak gdzieś mu się podobało, to zostawał. Szedł przez większą część trasy, ale też zatrzymywał się w karczmach, u swoich znajomych. Nie spieszył się po drodze.

A Pan?

Tam gdzie szedł Fichte, ja też szedłem twardo, a tam gdzie jechał, używałem dostępnych dziś środków lokomocji.

Skąd się wziął ten pomysł?

O tym, że Fichte odbył kiedyś taką podróż, dowiedziałem się na studiach filozoficznych. Wzruszyło mnie romantyczne wyobrażenie, że Fichte poszedł pieszo, aby spotkać Kanta i uścisnąć dłoń wielkiemu filozofowi. Nie wiedziałem jeszcze, że jego pierwszym celem była Warszawa, gdzie poszukiwał pracy. Pomyślałem wtedy – jak się kocha filozofię, to można dla niej przejść taki szmat świata. Postanowiłem więc, że kiedyś zrobię to samo co Fichte. I w końcu się udało.

Jak się myśli w czasie marszu?

Bardzo dobrze, to fantastyczne doznanie. Działa taka kołysanka grawitacji, która uspokaja, daje wewnętrzny luz tradycyjnie osiągany za pomocą medytacji. Marsz wymaga regularnego porządku dnia. I to też sprawia, że wpada się w naturalny, łagodny, spokojny nastrój, z którego potem rodzą się klarowne myśli.

Ostatnio wydał Pan książkę Uwolnij się! Dobre życie według siedmiu filozofów-terapeutów. To kolejna Pana praca pokazująca znaczenie filozofii dla codziennego życia. Czy studia filozoficzne uczą też praktykowania filozofii?

W pewnym stopniu tak. Tam w końcu analizowaliśmy np. rozważania stoików czy Nietzschego i Schopenhauera, do których odwołuję się w książce. Czytając ich teksty, trudno nimi nie nasiąknąć. Byłem zaangażowanym studentem. Pamiętam, że w czasie studiów w Poznaniu spędzałem całe dni w bibliotece uniwersyteckiej, siedząc np. nad trzema Krytykami Kanta. Oddziaływały na mnie tak mocno, że po wyjściu z biblioteki byłem nieobecny jeszcze przez wiele godzin.

Jednocześnie jednak na studiach czyta się teksty w sposób zdystansowany. Niewielu wykładowców zwracało uwagę na terapeutyczny, osobisty wymiar filozofii.

Czyli nie żałuje Pan lat spędzonych na filozofii na uniwersytecie?

Nie. Czasem młodzi ludzie pytają mnie, czy warto iść na filozofię, czy raczej wybrać coś „porządnego”, co przyniesie pieniądze. Nie mam wątpliwości i ze szczerym sercem odpowiadam: idź na filozofię, na pewno na tym nie stracisz.

Po studiach w Poznaniu i w Yorku w Wielkiej Brytanii spędził Pan również dwa lata w Azji. Podróżował Pan po Indiach, Chinach, Nepalu, Tajlandii i Birmie. Czy impulsem były poszukiwania uniwersalizmu, wspólnych cech myśli Wschodu i Zachodu?

Szczerze mówiąc, nie stał za tym żaden rozsądny argument. Zdecydował głos serca przy lekturze tekstów buddyjskich, w tym klasyków takich jak Trzy filary zen Philipa Kapleau, niedostępnych wówczas w Polsce. Takie lektury mocno mnie inspirowały, czułem się wtedy buddystą. Miałem 25 lat, studiując w Anglii, dorabiałem sobie jako nocny portier w motelu i odłożyłem pieniądze na pierwszy wyjazd do Azji. Cóż lepszego mogłem zrobić, niż spróbować buddyzmu w miejscu, gdzie tryska jego źródło?

Z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że istnieje jakaś uniwersalna tęsknota do rozkwitania. Jest obecna i w Azji, i w naszym kręgu kulturowym, gdzie jest bardzo wyraźna w filozofii antycznej, właściwie we wszystkich ówczesnych szkołach. Bardzo podobne są zarówno ścieżki filozoficznego życia, jak i diagnozy choroby duszy – to, że bierze się ona z przywiązania do błahych spraw, błędów myślenia, widzenia świata nie takiego, jaki jest, tylko takiego, jaki wydaje nam się, że jest.

A co w tej podróży odbierał Pan jako obce, dziwne, nietypowe?

Doświadczyłem zderzenia z obcością w postaci zwyczajów, etykiety, sposobów bycia i myślenia. Zwłaszcza że spędzałem czas w buddyjskich klasztorach.

Na Zachodzie i Wschodzie różnią się środki służące rozkwitaniu człowieka. Zawsze jednak szukałem w buddyzmie tych szkół, które są jak najdalej od kulturowego i religijnego zabarwienia, nie tworzą barier dla osoby pochodzącej z Europy. Dlatego wybrałem buddyzm therawady trzymający się filozoficznej tradycji, w której Budda jest przewodnikiem zabierającym swoich uczniów do lasu, aby pokazać im, czym jest natura.

To dalekie od powszechnych wyobrażeń o buddyzmie.

Często się nam wydaje, że buddysta to ten człowiek, który siedzi ze skrzyżowanymi nogami. Prawie zawsze gdy piszę o medytacji w popularnej prasie, na początku zaznaczam, że medytacja tego nie oznacza. Mimo to redakcje ilustrowały to zdjęciami faceta w garniturze w takiej pozycji…

Gdy czytamy wielu filozofów Zachodu, to widać, że ich życie też było medytacją. Nie musieli siadać w pozycji lotosu, ale wykonywali czynności typowo medytacyjne, czyli tak wpływali na siebie, żeby zobaczyć świat na nowo w jego zmienności. Marek Aureliusz mówi o tym, żeby wyszukiwać w rzeczywistości to, co zmienne, a z tej zmienności czerpać siłę do moralnego działania w świecie. Czy to nie medytacja?

Wśród moich nauczycieli w Azji byli tacy, którzy mówili właściwie to samo co Marek Aureliusz: przysposabiaj swój umysł do zmiany, a nie stałości; masz widzieć relację między rzeczami, nie zaś przestrzeń pełną odizolowanych od siebie przedmiotów. Tylko potem kazali mi iść na poduszkę do medytacji, a Marek Aureliusz tego by nie zrobił. Lecz istota sprawy jest bardzo podobna.

Przed rozmową wyobrażaliśmy sobie, że praktykowanie medytacji to coś zupełnie innego niż tradycyjna filozofia, bo medytując, trzeba mocno zaangażować ciało. Wspominał Pan kiedyś, że przygoda z medytacją doprowadziła Pana nawet do uszkodzenia nerwu kulszowego. A może pytając o ten aspekt fizycznej sprawności, ulegamy dalej stereotypowi człowieka w garniturze w pozycji lotosu?

Trochę tak. Najgorsze jest to, że wszyscy mamy takie wyobrażenie, zanim się zetkniemy ze wschodnią medytacją. Dlatego np. uszkadzamy sobie nerwy. To nie medytacja buddyjska uszkodziła mi nerw kulszowy, tylko moja własna głupota, próba sprostania wymogom, na które nie byłem wtedy gotowy.

Medytacja nie jest niczym niebezpiecznym. O ile oczywiście nie trzymamy się sztywno technik i zaleceń guru, tylko słuchamy też siebie i swojego ciała. Jeśli nie zaczynamy – tak jak ja to zrobiłem – od siedzenia wbrew bólowi przez wiele godzin, to przychodzi wreszcie taki moment, kiedy długie medytowanie staje się czymś naturalnym.

Mieszkając teraz w naszym otoczeniu kulturowym, medytuje Pan w taki sposób jak wówczas w klasztorze buddyjskim?

Używam technik, których się tam nauczyłem, ale nieco przekształconych. Nie uczę z książek. Techniki medytacyjne, które oferuję innym ludziom, są wynikiem praktyki, ale też i błędów, które popełniałem. Po powrocie z Azji do naszego świata trudno zintegrować w codziennym życiu medytację wytrenowaną w klasztornych warunkach, ponieważ życie w mieście niełatwo pogodzić z tamtym doświadczeniem. Staje się więc ono coraz bardziej obce, odległe, mimo że we wspomnieniu jest bardzo wyraźne.

W medytacji codziennej można dotrzeć do interesujących stanów. Inna jest jednak intensywność przeżycia. W środowisku klasztornym znika, rozpływa się cały świat razem z naszą jaźnią, tutaj można się co najwyżej wprowadzić w stan łagodności. To trochę jak różnica między duchowymi Himalajami a Beskidem Niskim. Choć Beskid Niski też ma swój urok.

Publikowaliśmy w grudniowym „Znaku” tekst Natalii de Barbaro, która opisując to, iż czerpie z wielu duchowych tradycji, nazwała siebie „duchową poliamorystką”. Pan też chyba jest takim „duchowym poliamorystą”, który nie pozostał przy buddyjskiej tożsamości.

Tak można powiedzieć. Nie pozostałem przy niej, ale ona jest wciąż dla mnie fundamentem. Buddyzm jest moim filozoficznym DNA. Nie wiąże się to z przekonaniem o jego intelektualnej wyższości nad innymi tradycjami mądrościowymi, lecz z tym, co przeżyłem w klasztorach, z doświadczeniem, które zostało we mnie. Ono wpływa też na to, jak postrzegam filozofię Zachodu, choć wiem, że Epikur czy stoicy oferują inne interesujące punkty widzenia. Osoby, które uczę filozofii, zachęcam, aby dały sobie szansę na poznanie rozmaitych perspektyw.

Wśród filozofów, do których odwołuje się Pan w Uwolnij się!, pojawia się m.in. Laozi, twórca taoizmu. „Bez żądzy – mówi Laozi – oto jak powinno się obserwować cudowność wszystkich rzeczy”. Co to znaczy?Według Laozi „cudowność” rzeczywistości objawi się, wtedy gdy spojrzymy na nią inaczej niż dotąd. Jak to zrobić? Musimy dostrzegać raczej zmianę niż stałość. Naszą płynną percepcję rzeczywistości próbujemy zwykle zasklepić za pomocą pragnienia, żądzy stałości, poręczności świata. Im mniej pragnienia, tym większa szansa, że sprowokujemy rzeczywistość do pokazania nam prawdy o sobie. Często jeździłem ze studentami do Puszczy Białowieskiej, w miejsce, gdzie widać, że las jest jedną wielką przemianą. Możemy w nim dostrzec to, o czym mówi Laozi, czyli świat bez granic, które oddzielają jedne rzeczy od drugich. Na próchniejącym drzewie zobaczymy, jak wyrastają z niego mchy i grzyby. Trudno wskazać, gdzie i…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Duchowość 2.0