Subskrybuj
redaktor naczelna miesięcznika „Znak”, dr nauk humanistycznych w zakresie filozofii, publicystka. Specjalizuje się w tematach dotyczących społecznych przemian religijności, sporów światopoglądowych, relacji państwo-­Kościół, wielokulturowości i problemów mniejszości. Członkini Rady Fundacji na rzecz Chrześcijańskiej Kultury Społecznej...

Odnawianie tożsamości

Dla człowieka religijnego święta to radykalne odnowienie swojej tożsamości. Nie chodzi tu jednak tylko o tożsamość indywidualną. Chrześcijaństwo w pewnym sensie zakłada tożsamość człowieka na poziomie całej ludzkości: aby nie było Greka, Żyda, poganina. A ostatecznie zakłada nawet tożsamość niemal absolutną, bo mówi: aby Bóg był „wszystkim we wszystkich”. To oznacza, że w pewnym sensie, w ramach tego świętowania, mamy nieomal niewykonalne, ale bardzo piękne i pociągające zadanie – ustabilizowanie, odnowienie, zasilenie siłami życiowymi tożsamości na poziomie wszystkiego.

Łukasz Tischner: Po co człowiek świętuje? Jaką potrzebę zaspokaja świętowanie?

Bartłomiej Dobroczyński: Na świętowanie i rytuał można spojrzeć z perspektywy budowania tożsamości. Najchętniej odwołuję się do definicji mówiącej, że rytuał to właściwie odgrywanie mitu. Człowiek jest istotą naturalnie zmitologizowaną. Niezależnie od tego, czy ktoś nazywa się Skóra ze Starego Szałasu czy Richard Dawkins, potrzebuje mitu i rytuału jako pewnej mnemotechniki pozwalającej budować i wzmacniać tożsamość. Wybitny szwajcarski psycholog Ernest Boesch wskazuje na dwie postaci mitu. Pierwsza to mit zbiorowy, czyli mit społeczny, grupowy, klanowy, plemienny czy narodowy. Druga to postać indywidualna, którą nazywa fantazmatem. Każdy człowiek posiada pewien zespół wyobrażeń, które definiują jego tożsamość. To jest właśnie ten mit indywidualny. Trzeba jednak pamiętać, że także ten rodzaj mitu ma źródła w tym, co wspólnotowe.

Pojęcie mitu trzeba rozumieć szeroko jako narrację, która przynosi nam odpowiedź na cztery pytania Kanta: Co mogę wiedzieć? Co powinienem czynić? Czego się mogę spodziewać? Kim jest człowiek? To jest opowieść, która scala wiedzę naukową, systematyczną z wiedzą, która płynie z obyczaju, z religii.

Indianie wędrowni mają przenośne sacrum. Nazywają je medicine bag albo medicine bundle, czyli „święte zawiniątka” albo „woreczek ze świętością”. Każdy z nich ma swoje własne zawiniątko, ale dysponują także woreczkiem wspólnym dla całego szczepu. Ten medicine bag jest dla Indian doskonałym narzędziem mnemotechniki. Wystarczy rozwinąć woreczek, by potwierdzić, kim jestem, kim jest moje plemię.

Dominika Kozłowska: Myślę, że nie tylko Indianie mają taki medicine bag.

Oczywiście! Było, na przykład, takie plemię amazońskie, którego Hiszpanie nie potrafili pokonać. Otóż główną cechą tego plemienia było to, że nikt nigdy nie widział ich rytuałów. I to właśnie dawało im siłę. Te historie pokazują, że wszyscy ludzie funkcjonują w świecie symbolicznym.

D.K.: Powiedziałeś, że dusza ludzka jest naturalnie zmitologizowana; że potrzebujemy mitu jako całościowej narracji, określającej nas jako jednostkę i jako zbiorowość. To rodzi kolejne pytanie. Czy człowiek zachodni jest mniej czy bardziej uwrażliwiony na świętowanie niż przywoływani przez ciebie Indianie?

Człowiek jako gatunek ma za sobą bardzo długą ewolucję. Pokazuje ona, że przez dłuższy czas byliśmy tak bardzo zależni od środowiska i sił natury, że wszystko, co pozwalało nam przetrwać, musiało być bardzo dosłownie i dokładnie zapamiętane. Nie mogliśmy sobie pozwolić na żadne eksperymenty ani dezynwolturę w odniesieniu do środowiska. Groziło to po prostu zniszczeniem jednostki i wspólnoty.

Badacze mówią, że człowiek żył dawniej w społeczności rządzonej myśleniem magicznym. Współczesny, słabo wykształcony człowiek uważa myślenie magiczne za irracjonalne. Prawda tymczasem jest wręcz odwrotna: myślenie magiczne jest racjonalne, a nawet hiperracjonalne. Można powiedzieć, że istota myślenia magicznego polega na podejmowaniu racjonalnych decyzji w sytuacji, w której nie mamy wystarczającej ilości informacji, a jednocześnie nie możemy sobie pozwolić na ryzyko eksperymentowania.

Gdybyśmy spojrzeli na historię ludzkości całkowicie naturalistycznie, to byśmy zobaczyli, że wiele religii i rytuałów jest wynikiem tego, że człowiekowi pewne rzeczy się w pewnym momencie udały i on zapamiętał wszelkie szczegóły tego sukcesu, a potem przekazywał je kolejnym pokoleniom. Nie mógł pozwolić sobie na to, by wypróbować, czy w danym roku można zrezygnować z tańczenia wokół świętej kukurydzy. Gdyby się okazało, że akurat ten taniec jest czynnikiem kluczowym dla powodzenia upraw, to rezygnacja z niego groziłaby śmiercią z głodu.

Tak właśnie ukształtowało się przekonanie, że przekazy z dawnych czasów są ważne i wymagają kultywowania. Jak wiemy jednak, teoria ewolucji podważyła przekonanie, że wcześniejsze poglądy na daną sprawę są wartościowsze od późniejszych Zapytajmy w takim razie, do czego, patrząc z naturalistycznej perspektywy, mogłyby być przydatne mitologia i religia? Najprostsza odpowiedź brzmi: religia jest doskonałą mnemotechniką. Ktoś, kto musi zapamiętać i przekazać innym trzysta sześćdziesiąt przepisów, a nie zna pisma, rozwija lepiej swój układ nerwowy, w porównaniu z tym, kto tego nie musi robić.

Ł.T.: Nakreśliłeś dość szeroką panoramę, pozwalającą uchwycić źródła kultu. Czy mógłbyś powiedzieć, jakie są podstawowe rodzaje świąt?

Myślę, że różnica pomiędzy świętami wynika z tego, o czym opowiada mit. Najogólniej mówiąc, część mitów dotyczy świata, część – wspólnoty, a część – nas samych. Dlatego niektóre święta wiążą się z funkcjonowaniem kosmosu: przesilenia jesienne, wiosenne, równonoce zimowe itd.

D.K.: Noc świętojańska, sylwester, Nowy Rok…

Właśnie. Przykładowo dwudziesty pierwszy grudnia we wszystkich religiach jest związany z pojawianiem się światła, jak np. Dzień Kruka.

Ł.T.: W naszym kręgu cywilizacyjnym jest to Boże Narodzenie i Chanuka.

Jezus Chrystus przynosi słońce. Od dnia jego narodzin dzień jest coraz dłuższy.

D.K.: Mamy zatem święta kosmiczne.

Tak. Kolejne święta są związane ze wspólnotą, z jej pochodzeniem i tożsamością: „My, Kiowa, Indianie prerii, wyszliśmy z dziupli w świętym czasie, in illo tempore, i od tego momentu datuje się nasza odrębność. My jesteśmy ludźmi, a wszyscy inni ludźmi nie są”.

D.K.: W to należałoby wpisywać wszystkie święta narodowe i państwowe.

Tak, choć trzeba pamiętać, że zaczęliśmy się sekularyzować dopiero w ostatnich, powiedzmy, trzystu latach.

Są wreszcie święta, które dotyczą nas samych. Każdy z nas, będąc częścią kosmosu i wspólnoty, musi kształtować swoją tożsamość. Człowiek jako mikrokosmos jest odzwierciedleniem makrokosmosu.

Podążając za tą analogią, można powiedzieć, że wielkim człowiekiem, homo maior, jest wspólnota, a małym, homo minor, czyli odzwierciedleniem tej wspólnoty, jestem ja. Można powiedzieć: człowiek poza kosmosem, kulturą nie istnieje.

D.K.: Czyli święto ma pierwotnie wymiar wspólnotowy?

Człowiek przez te setki tysięcy lat swojego rozwoju ewolucyjnego był przyzwyczajony do wspólnoty pewnego rodzaju, co wiąże się z jej wielkością. Wszystko wskazuje na to, że to przyzwyczajenie jest w nim wciąż obecne. Od czasów plemiennych do dzisiaj się to nie zmieniło – badacze mówią o liczbie około sto pięćdziesiąt osób.

D.K.: I to jest ta nasza wspólnota podstawowa?

Tak, naszą podstawową wspólnotą jest plemię. Sposób budowania relacji, który wypracowaliśmy przez setki tysięcy lat trwania naszego gatunku, zasadniczo się nie zmienił. Dziś wciąż organizujemy się na wzór plemienno-klanowy.

To, co i jak świętujemy, zależy od tej naszej ewolucji – o tym mówiliśmy dotąd. Trzeba jednak pamiętać, że w ciągu ostatnich paruset lat do gry włączyło się dwóch bardzo silnych współgraczy. Jeden z tych współgraczy – nauka wraz z technologią – przyłączył się do gry w drugiej połowie XVIII wieku. Niektórzy mówią, że na początku XVII wieku człowiek Zachodu zyskał samoświadomość. Niektóre kultury zachowały charakter bardziej kolektywistyczny, inne stały się indywidualistyczne. Zauważmy, że inaczej funkcjonuje Chińczyk, a inaczej Amerykanin. Chińczycy, na przykład, zawsze biorą pod uwagę to, co sobie inni o nich pomyślą. Amerykanie zaś, jako jeden z najbardziej indywidualistycznych narodów, mają najniższy współczynnik uwzględniania tzw. perspective taking, czyli perspektywy drugiego człowieka. Nie obchodzi ich tak bardzo, co inni sobie pomyślą. W kulturach kolektywistycznych takie myślenie jest niemożliwe.

D.K.: Wróćmy do nauki…

Najkrócej mówiąc, rozwój nauki ma bardzo określone konsekwencje, przede wszystkim zanik wpływów religijnych.

Ł.T.: Nauka odczarowała świat, w którym żyjemy.

Istotną rolę w tym procesie odczarowywania odegrali Kopernik, Darwin i Freud. Pokazali oni, że to, co człowiek wyobrażał sobie jako centrum, czyli Ziemię, samego siebie i świadomość, jest w gruncie rzeczy peryferium. Co więcej, zrobili to w sposób na tyle pociągający i fascynujący dla innych, że te poglądy zaczęły się utrwalać i powoli wypierać poprzedni sposób myślenia. Homo religiosus zostaje odsunięty na bok, a w jego miejsce pojawia się hybryda: człowiek, który wprawdzie odrzuca poprzedni system, ale ponieważ jest on w nim bardzo mocno osadzony, to porzucenie okazuje się pozorne. Niezależnie od tego, co myślą na ten temat Dennett czy Dawkins, ten proces to w gruncie rzeczy pseudomorfizm. Stara forma – z jej charakterystycznymi cechami, a więc irracjonalizmem, żarliwością, mesjanizmem, misyjnym zapałem – w jakiej pojawiała się zwykle myśl religijna, wcale nie została porzucona, chociaż w jej miejsce weszła nowa „naukowa”, logiczna i racjonalna treść. Albowiem ta nowa treść funkcjonuje bardzo często w sposób charakterystyczny dla religii, mimo że na pozór jej przeczy: i tak np. psychoanalizę czy pozytywizm można z powodzeniem charakteryzować za pomocą powyższych epitetów, chociaż być może Freud czy Comte byliby z tego powodu (niesłusznie) oburzeni. Jednak Mircea Eliade trafnie sportretował ojca psychoanaliz, jako wzorcowy niemal przykład starotestamentowego proroka…

D.K.: Wróćmy jednak do naszych dwóch graczy. Mówiliśmy dotąd o nauce i technice, które zsekularyzowały świat. Kim jest drugi gracz?

Drugim graczem jest kultura masowa i demokracja, które w swej istocie są zakwestionowaniem jakiejkolwiek hierarchii.

Czym jest kultura masowa? Czym demokracja? Najlepiej ilustruje to postmodernizm: nastąpił koniec wielkich opowieści. Nie ma już kryterium zewnętrznego w stosunku do systemu, w którym żyjemy.

Nie ma tajemniczego Instytutu Metafizycznego w Sèvres pod Paryżem, Platońskiego czy Popperowskiego świata idei, które mogłoby zadecydować, że jakikolwiek fragment tego systemu ma przewagę nad innym fragmentem.

D.K.: Jak te wszystkie procesy zmieniły sytuację człowieka Zachodu?

Najogólniej mówiąc, straciliśmy wszystkie dotychczasowe punkty odniesienia. Oczywiście, mamy nowe punkty podparcia, które regulują nasze życie w praktyce, ale nie są w stanie wyregulować nas emocjonalnie. Można powiedzieć, parafrazując Niemojewskiego (przywoływanego przez Miłosza w Ziemi Ulro), że „jesteśmy rozdarci”. A właściwie dość ryzykownie „rozkraczeni” w takim sensie, że intelektualnie pozbyliśmy się „balastu”, który jak się okazało, był nie tyle balastem, ile pewnym skarbem. Ale pozbyliśmy się go i już nie jesteśmy w stanie funkcjonować inaczej, choć emocjonalnie za nim tęsknimy…

Ł.T.: Utraciliśmy zatem coś z naszej tożsamości?

Ten nowy sposób myślenia, pod względem emocjonalnym, nie daje nam ani spoistości takiej jak dawniej, ani tak silnej tożsamości. Co zostaje, jeżeli fundamenty kosmosu i społeczeństwa upadają? Współcześni myśliciele, na przykład Patočka czy Houellebecq, mówią, że zostaje świat bez żadnych hierarchii.

D.K.: O tym mówił też Nietzsche.

Oczywiście. Zostajemy w kosmosie rozumianym jako obszar działania sił różnego rodzaju. W kosmosie, w którym nie ma żadnych wcześniej wyróżnionych miejsc. Jak mówił Freud, oczywiście ironicznie: „Bóg jest po stronie silniejszych batalionów”. Albo, jak mawiał pewien Rinpocze z Bhutanu: „w samsarze liczy się tylko siła” – w domyśle: mechaniczna, bezwzględna, pozbawiona współczucia, względu na osobę… Prowadzi nas to w końcu do wniosku, że ważny jestem tylko ja. Ja sam jestem sobie najbliższy.

D.K.: I to ja…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Świętowanie. Rytuał czy rutyna?