Subskrybuj
Publicysta katolicki, wieloletni redaktor „Znaku”, były prezes Klubu Chrześcijan i Żydów „Przymierze”.

Pan Hrabia

Choć po Krakowie krążyło złośliwe powiedzenie, że prezesem tutejszego KIK-u może być tylko hrabia, ci, którzy go dobrze znali, mówią, że nie był to wcale człowiek wyniosły. Wręcz przeciwnie: otwarty na ludzi, wszystkich słuchał z autentycznym zainteresowaniem.

Z formalnego punktu widzenia Andrzej Potocki (ur. 1920) nie należał nigdy do redakcji „Tygodnika Powszechnego” ani „Znaku”, jednakże mocno do tego środowiska przylgnął. Pamiętam np., że na początku lat 90. XX w. regularnie uczestniczył w – odbywających się za zamkniętymi drzwiami – zebraniach redakcyjnych „TP”, a Jerzy Turowicz traktował go nie jak gościa, ale jak domownika.

Wypowiadał się tam stosunkowo rzadko, jednak zawsze rozsądnie. Spoglądając na niego, zastanawiałem się nieraz, kim byłby ten starszy, wysoki i lekko zgarbiony mężczyzna, gdyby dane mu było urodzić się jakieś 50 lat wcześniej. Ważną figurą w monarchii austro-węgierskiej, jak jego dziad i imiennik, marszałek Sejmu Krajowego i namiestnik Galicji? A może jednym z twórców II RP? Predestynowałyby go do tego zdolności organizacyjne, ewidentne talenty polityczne i pasja, z jaką rzucał się w wir pracy na rzecz dobra wspólnego.

Znałem już wtedy jego biografię. Wiedziałem, że był żołnierzem AK, a następnie – począwszy od 1946 r. – więźniem politycznym, skazanym na 8 lat więzienia za „hańbę zdrady narodowej” (chodziło o próbę wywiezienia zbiorów rodzinnych za granicę). Tzw. afera hr. Potockiego stała się ważnym elementem propagandowego ataku wymierzonego w środowiska ziemiańskie, zainspirowała m.in. twórców filmu Czarci żleb. (Kilkanaście lat później – w 1958 r., wkrótce po Październiku – Andrzej Potocki został przez sąd uniewinniony). ###banner### W społeczno-kulturalnym życiu Krakowa pojawił się w poł. lat 60. XX w. jako działacz istniejącego od niedawna Klubu Inteligencji Katolickiej. Pełnił w nim różne funkcje: kierownika sekcji wiedzy religijnej, członka zarządu, sekretarza, wiceprezesa, by wreszcie – w 1976 r. – zająć fotel prezesa. Był nim przez 20 lat, aż do swej śmierci. Jego współpracownicy do dziś wspominają go jako dobrego szefa. I choć po Krakowie krążyło złośliwe powiedzenie, że prezesem tutejszego KIK-u może być tylko hrabia, ci, którzy go dobrze znali, mówią, że nie był wcale człowiekiem wyniosłym. Wręcz przeciwnie: „był otwarty na rozmowę z każdym, czy [to] profesorem, czy licealistą; wszystkich słuchał z nieudawanym zainteresowaniem” (fragment niepublikowanej pracy nt. KIK-u autorstwa Macieja Müllera). Jako prezes cieszył się w…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kościół bez Jezusa?