Subskrybuj
Pisarz i fotograf. Autor cykli reporterskich oraz książek tłumaczonych na angielski, niemiecki, rosyjski i węgierski. Współtwórca festiwalu literackiego MiedziankaFest. Razem z Julią Fiedorczuk założył Szkołę Ekopoetyki przy Instytucie Reportażu. Ostatnio opublikował Dwunaste: Nie myśl, że...

Filip Springer: Biały sznurek

Rok nam zabrała zaraza – tyle mnie nie było w domu. Nigdy wcześniej nie miałem takiej przerwy. I teraz zamiast chodzić po tym moim pierwszym świecie, to mnie po nim dziwnie rzuca.

W miejscu, w którym się to zdarzyło, budują teraz hotel. Jest wczesny ranek, jeszcze się dzień nie zdecydował, jeszcze się tam gdzieś gramoli. Ulica jest pusta i cicha, choć za dnia trzeba tu krzyczeć, jeśli się chce coś powiedzieć. Stoję więc na środku i patrzę w to miejsce. Nic nie jeździ, mogę tak stać. Wcześniej był tam kiosk. Nie mogłem spać. Ubrałem się i po cichu wymknąłem z mieszkania. Za pierwszym rogiem jakiś mocno wczorajszy koleś siedział na chodniku pod całodobowym monopolowym. Na mój widok rozłożył serdecznie ręce i wycharczał: – No witamy! Skąd wiedział? Bo rok mnie tu nie było. Na kilka dni przed pierwszym lockdownem przyjechałem na poznańskie targi książki. Potem zaczęła się pandemia. Dopiero teraz, gdy moi rodzice dostali drugą dawkę szczepionki, zdecydowaliśmy się z nimi spotkać. Rok – tyle nam zabrała zaraza. Niezbyt dużo – jeśli spojrzeć na to, co zabrała innym. Ale i tak nie mogłem spać z tego wszystkiego. ###banner### Dlatego każdego ranka w czasie tego powrotu włóczę się po mieście. A właściwie nie włóczę się, lecz miota mną, w nierozpoznany przeze mnie sposób. Jakbym miał tachykardię, jednak gdzieś na zewnątrz, a nie w sobie. Znam tu każdą ulicę, mam ulubione ścieżki. A jednak błądzę, dochodzę do skrzyżowania i nagle jakaś siła ciągnie mnie w najmniej oczywistą stronę. Albo idę ulicą, którą gdy tu mieszkałem, chodziłem tysiące razy, i mam napad nieuzasadnionego lęku, taki że muszę wręcz zacząć biec, choć nic strasznego się tu przecież nie dzieje. Uspokajam się dopiero na gdzieś zapyziałym jeżyckim podwórku, na którym akurat coś złego mogłoby się z pewnością wydarzyć, gdyby nie był tak wczesny poranek. W końcu dochodzę do wniosku, że moje ciało wie coś więcej o mnie tutaj, niż wie głowa. I że może trzeba się temu po prostu poddać. A teraz stoję i patrzę na to po kiosku. Że hotel. Pamiętam miny gliniarzy, gdy przyjechałem wtedy na miejsce. Była pierwsza dekada nowego wieku, pracowałem w dziale miejskim „Głosu Wielkopolskiego”. Od kolegi dostałem wiadomość, że przy Głogowskiej był włam i że jest policja. Do…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ucieczka od przebodźcowania