Dorastała Pani w latach 50., na przedmieściach Filadelfii, gdzie oczekiwania względem młodych kobiet były raczej stereotypowe. Co sprawiło, że Pani życie potoczyło się inaczej?
Zawdzięczam to swojemu ojcu. Chciał, żebym była sobą. Pracował jako prawnik i pisarz, a życie spędzone na refleksji stanowiło dla niego źródło radości i entuzjazmu – to nas łączy. Wspierał mnie w rozwoju akademickim, nigdy nie sugerując nawet w najdelikatniejszy sposób, że to coś nieodpowiedniego dla kobiet. Dlatego, nawet gdy przydarzały się trudne chwile, takie jak nieprzyznanie mi stałego etatu na Harvardzie, nie poddałam się.
Potem pojawili się inni ludzie, którzy okazywali mi wsparcie – oczywiście w większości byli także mężczyźni, ponieważ z nich składało się środowisko akademickie.
Gdy zaczynałam studia magisterskie na Uniwersytecie Harvarda, na filozofii wśród kadry nie było żadnej…