Widzowie nieruchomieją, gdy pociąg przejeżdża obok.
Franz Kafka, Dzienniki 1919–1923 (tłum. J. Werter)
Późną wiosną 2020 r. zacząłem regularnie odwiedzać Łódź, choć przecież obiecałem sobie, że nigdy już tam nie wrócę. Tymczasem ledwie pandemia koronawirusa nieco zelżała, najmniej raz w tygodniu spieszyłem ku rodzinnym stronom, które opuściłem dziesięć lat wcześniej, by zamieszkać w Zgierzu. Czy dowodziło to mojej słabości czy – wręcz przeciwnie – pewnego rodzaju siły, że byłem gotów na konfrontację z tym, co zostawiłem, przed czym uciekłem? Ostatecznie dlaczego, pytałem siebie, podejmuję te lunatyczne wycieczki? Czemu usłyszałem zew, mimo głębokiego przekonania, iż mam to już wszystko za sobą – przepracowane, wyparte, zamknięte i opłakane? Niewykluczone, że odosobnienie, w którym tkwiłem od marca, uatrakcyjniane lekturami o Łodzi, wywołało przybór wspomnień, trudny do zniesienia nadmiar łódzkich głosów i obrazów. Ale równie dobrze mogłem po prostu w końcu poczuć, że mój nowy zgierski los w kameralnym, peerelowskim blogu na obrzeżach lasu Krogulec nie wypełnia jednak próżni po tamtym uprzednim i ów deficyt – miejskiego zgiełku, ciągłości historycznej i społecznej, widmowej obecności bliskich, którzy w Łodzi żyli, umarli i których w Łodzi pogrzebano – przysparza mi z miesiąca na miesiąc coraz więcej bólu, dojmującej tęsknoty. Myślimy, że wiemy o sobie tak wiele, a wiemy tyle co nic.
W kinie
Dwudziestominutowa podróż między Zgierzem a Łodzią sprzyjała obserwacjom. Stwierdziłem więc, że ochronne maski i przyłbice upodabniają nas raczej do statystów kina katastroficznego, jednego z tych rozwlekłych, efekciarskich filmów o Ziemi ogarniętej pożogą i masowymi ewakuacjami, niż pasażerów kolejki aglomeracyjnej, którzy przez stacje Radogoszcz Zachód, Żabieniec, Kaliska, Pabianicka i Chojny jadą do pracy, szkoły, domu albo na Widzew, stację końcową, żeby stamtąd, przesiadłszy się, wybrać się w Polskę i świat.
Sam wysiadałem na Chojnach. Lecz nim wolnym krokiem ruszałem dalej, zwykłem rozglądać się po tej rozległej pustce między Lidlem a złomowiskiem przy ul. Śląskiej, niczym wyrwany ze snu człowiek, zdezorientowany i przelękły, bo nie mogłem uwierzyć, że znowu tu się znalazłem i że owo „tu” – ta konkretna część Łodzi, moja okolica, przestrzeń, w której przez omal wiek mieszkały cztery pokolenia Szychowskich, Grabowskich i Najderów – nadal istnieje.
Wtedy, w czerwcu, a potem w lipcu i sierpniu 2020 r., nie oddawałem się jednak beztroskiemu flanerowaniu pod hojnym chojeńskim słońcem. Dokonywałem metodycznego obchodu, jakbym był reprezentantem towarzystwa ubezpieczeniowego, który przybywa nazajutrz po kataklizmie, żeby oszacować straty i wymierzyć ruiny. Żałosne pozostałości kina Rekord przy Rzgowskiej 2 – ogrodzony, zarośnięty plac, kontur na ścianie sąsiedniej kamienicy – przypominał o bezwzględnym i trwałym procesie zniszczenia, charakterystycznym przecież dla Łodzi, ale i o bardzo już odległej zimowej sobocie, kiedy mama zabrała mnie tutaj na Poszukiwaczy zaginionej Arki, a ja długo nie mogłem usunąć z pamięci węży przelewających się na podłodze komory grobowej, obeschniętych do cna zwłok, kamiennej kuli sunącej z chrzęstem zapajęczonymi korytarzami, topniejącej głowy nazisty.
Kino było wówczas, w II poł. lat 80., świętem i przeżyciem. Nie sposób pozwolić sczeznąć tym doznaniom, zarazem czysto fizjologicznym i duchowym, przez które rozumiem czarno-białe fotosy z Plutonu i Klasztoru Shaolin w gablotach przed wejściem, bileterkę lustrującą młodocianego widza, by na podstawie li tylko jego konstytucji określić wiek delikwenta, sutą kotarę z pluszu grodzącą poczekalnię od sali kinowej, huk rozkładanych krzesełek, bo w trakcie kroniki wstawano jeszcze i siadano w nieskończoność, czarodziejską wiązkę z projektora, trwającą niekiedy i ze dwie godziny kompletną, duszną ciemność.
Oglądany na wielkim ekranie film wprowadzał w stan urzeczenia i przejęcia. Była to hipnoza połączona z teleportacją do Egiptu, prowincji Henan, Akademii pana Kleksa, na kalifornijskie suburbia. Po zakończeniu nie tak od razu można było więc otrząsnąć się z emocji, wrócić do siebie i tego świata.
Szczęściem odrętwiałe ciała wskrzeszały się niejako same, wystarczyło zapalić lampki. U wąskich, bocznych drzwi zbijaliśmy się w szemrzące grupy i przeciskaliśmy na zewnątrz – poganiając wzajemnie i popychając. Fascynująca jest ta mroczna prawidłowość, że w każdym skupisku ludzkim prędzej lub później zaczyna się przemoc.
Żadne z kin chojeńskich nie ocalało. Prócz Rekordu w dzieciństwie i wczesnej młodości uczęszczałem też do Romy, w której dzisiaj mieści się oddział banku. Pomiędzy Romą a Rekordem funkcjonował przed wojną Sfinks, zwany wcześniej Colloseum, Czarami i Orionem. Ale urok tych nazw zupełnie przestał działać. W obdrapanym, zapuszczonym obiekcie, na dachu którego wybijały drzewka-samosiejki, sprzedawano od dawna materiały stolarskie i pasmanteryjne. Po Mewie z kolei nie zostało nic. To obskurne kino III kategorii rozebrano w konsekwencji poszerzania wylotówki na Rzgów, a miejsce po nim – zalano asfaltem.
###banner###
Zdążając śladem wygasłych iluzjonów i teatrów świetlnych na Rzgowskiej, od kościoła pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego po pl. Reymonta, przypomniałem sobie, że jako dziecko widziałem mnóstwo przedwojennych filmów, bo najświętszym rytuałem naszego domu był wspólny seans W starym kinie – konieczne dopełnienie udanej, rodzinnej niedzieli.
Nasyceni kurczakiem i słowem bożym, zasiadaliśmy wczesnym popołudniem przed telewizorem w dużym pokoju – ja, mama i babcia. Rozumiałem, że to, co oglądam, to historia, utrwalona przeszłość Atlantydów, ich waśni, godów, sportów sezonowych i emfatycznej, starannej polszczyzny. Mimo to babcia twierdziła, że „pamięta tamte czasy”, bo „żyła wtedy”. W swoim mózgu, powiedzmy, trzecioklasisty, nie umiałem połączyć faktów aż tak ostentacyjnie sprzecznych i ulokować ją – trójwymiarową, czującą – choćby i na chwilę, w tym zamierzchłym, wyzbytym kolorów „wtedy”, eon temu, a jednocześnie uznać za sprawę absolutnie normalną, iż jest metr ode mnie, mogę jej słuchać, kątem oka rejestrować zmienną gestykulację – podbródek złożony refleksyjnie w prawej dłoni, wzniesiony kaznodziejski palec, gdy objaśniała niuanse ekonomiczno-obyczajowe epoki bądź zobligowana tragicznym zwrotem fabularnym, głosiła praktyczne memento.

Pomimo upływu bitych 50 lat potrafiła wymienić, gdzie jeszcze grali i jakie mieli perypetie ci wszyscy aktorzy, którzy w naszej unitrze, pojemniku na wyelegantowane homunkulusy, śpiewali, romansowali i popadali w omdlenie. Przypuszczalnie kino było jedyną rozrywką tej niezbyt atrakcyjnej, mrukliwej panny o lewantyńskich włosach, która, choć urodzona w roku Akcji w Sławkowie, u kresu sanacji wciąż mieszkała ze skąpym, pryncypialnym ojcem, jego trzecią żoną i młodszym z braci. Dzięki amerykańskim eposom gangsterskim i rodzimym melodramatom, Czerwonemu Piratowi, Trędowatej czy Studentowi z Pragi, mogła, zgadywałem, wyrwać się na pół wieczoru z Chojen – nędznych, ubłoconych, wstrząsanych brutalnymi napaściami i bójkami peryferii.
Skala zniszczenia
Lato gasło, jesień pomału wzbierała, a ja dalej inspekcjonowałem Chojny na okoliczność nieodwracalnych zmian, ubytków, spustoszeń. Plan, by skrupulatnie zbadać obszar rozciągający się między Rzgowską, Paderewskiego, Pabianicką a pl. Niepodległości, czyli mój kraj lat dziecinnych, studenckich i bezrobotnych, uległ z czasem rozprężeniu i czy to z przekory, czy też w następstwie najzwyklejszego znudzenia zapuszczałem się na Dąbrowskiego i Zarzewską, maszerowałem Kilińskiego, od numeru ostatniego po Fabrykę Ossera, eksplorowałem uliczki Starych Chojen, zstępowałem Wólczańską, z której skręcałem w Czerwoną, z Czerwonej w Piotrkowską, a z Piotrkowskiej – do parku obok Białej Fabryki. W parku obok Białej Fabryki czytałem Roberta Walsera i Feliksa Bąbola.
Na ogół ludzi i rzeczy widziałem bardzo wyraźnie, lecz niekiedy moją głowę spowijała jakby pomięta torba foliowa i wówczas błąkałem się po Chojnach we mgle – dryfowałem z miejsca na miejsce, ciężko oddychając. W dni takie doświadczałem najgorszego lęku. Wydawało mi się bowiem, że dopiero co umarłem i znalazłem się tutaj już nie w charakterze łodzianina marnotrawnego czy kwerendującego historyka podrzędnego dość rodu, ale debiutującego upiora, którego z rozmysłem bądź omyłkowo podrzucono na stare śmiecie, żeby łaził, gubił się i po cichu zawodził. Żyłem i nie żyłem, leżałem gdzieś tam, bez czucia już i powinności, w zbrukanej odzieży, usztywniony, niemy, a jednak, idąc Bednarską czy Łączną, liczyłem minuty do powrotnego do Łodzi o 16.20.
Lista dewastacji była długa, aczkolwiek z pewnością niekompletna. Niemniej już w październiku miałem solidne wyobrażenie o skali zniszczenia – o tym, w co upływ czasu, późny kapitalizm i polityka lokalna zmieniły moje Chojny.
Nieczynna krańcówka tramwajowa przy Karpiej, ułożone w pętlę szyny połyskujące wśród chwastów. Przetrzebiona aleja gigantycznych topól, którymi po obu stronach wysadzona była Tuszyńska od Paderewskiego do Unickiej – kompletna już tylko na Google Street View i w pamięci tych, którzy w majestatycznym poszumie wysokich na kilkanaście metrów drzew maszerowali do Szkoły Podstawowej nr 113 i wracali z niej, kopiąc worek. Sypiące się mikroosiedle Lokator. Tajemnicze, niedostępne posesje na Szymonowicza i Łącznej – kłódki i łańcuchy na bramie, busz po szyję, opróżniony z ludzi, sprzętów i zwierząt budynek, który straszy z daleka ciemnymi oknami. Szara, Krasickiego i Wójtowska pokancerowane wyburzeniami, a Rzgowska pełna zamkniętych punktów usługowych i sklepów takich jak piekarnia na rogu Miłej, krawiec obok kościoła, parasolnik u wylotu Dąbrowskiego, sex shop naprzeciwko Aldiego – sam market Aldi natomiast na miejscu autokomisu. Rozjazgotany, brudny i otwarty Czerwony Rynek – podobnie jak Górniak – przemieniony w aseptyczną halę z ponumerowanymi stoiskami. Bujna deweloperska narośl zamiast resztek Zakładów Przemysłu Dziewiarskiego im. Pawła Findera. Nieodnawiane od wielu dekad kamienice, działki po tych rozebranych obrócone w parkingi i ciągi garaży albo niknące w gęstwie. Wszędzie Żabki, dyskonty, zaparkowane auta i termoizolacja.
Exodus zwierząt
Wreszcie nadszedł dzień, kiedy zjawiłem się na Piasecznej i stanąłem w bramie. Oto mój dom rodzinny. Lecz nie było tu już nikogo, kto by tęsknił i czekał – kogo uradowałby powrót Łukasza. Jak wszędzie dokoła, tak i tutaj panoszyło się zniszczenie. Ściany powleczono wielkimi, różnokolorowymi napisami, przez co wnętrze kamienicy nabrało cech prehistorycznej jaskini, leża tajemniczego ludu, który czcił krew i gwiazdy. Panowała cisza. W spękanym podłożu bramy lśniły kałuże, bo od rana padało i z podwórka ciekła lodowata, brudna woda. Ujrzałem tam śmietnik i sfatygowaną wersalkę, ale to wejście do komórek, intensywnie czarny prostokąt na jasnoszarym tle, przykuło moją uwagę. Można by rzec, iż odrobinę mnie pochłonęło.
Odkąd skończyłem 15 lat, przez całą zimę, lecz bywało, że i późną jesienią, o ile już wtedy ścisnął mróz, przynosiłem węgiel z komórki. Działo się to zazwyczaj wieczorem, bo odwlekałem ów moment, jak długo mogłem, póki zdenerwowana mama nie uświadamiała mi – obcesowo i z wyrzutem – że jutro nie będzie czym napalić w piecu. Ubierałem się więc grubo, brałem wiadra i wychodziłem. Tuż za progiem wstępowałem od razu w ciemność. Wysłużona instalacja elektryczna wiekowej kamienicy nie wytrzymywała ekstraobciążeń w postaci nielegalnych przyłączy, za pomocą których moi niezamożni – ale też i ci najzwyczajniej cwani – sąsiedzi oświetlali i dogrzewali swoje mieszkania. Nie widziałem zatem nic, gdy pokonywałem korytarz, schody, półpiętro, kolejne schody i klatkę schodową. Dopiero na podwórku słaby poblask śniegu ułatwiał mi drogę.
W pierwszej komórce po prawej stronie i w drugiej po lewej Dozorca i Bolek trzymali gołębie. W każdym takim betonowym pomieszczeniu na trzy metry długim i dwa wysokim było ich najmniej kilkadziesiąt – białe, rasowe, odkarmione, ruchliwe stworzenia. Wiosną i latem kołowały nad Piaseczną, boiskiem szkolnym i Poprzeczną, ale zimę, z tego, co pamiętam, spędzały w zamknięciu. By mogły przetrwać, należało zapewnić im wysoką temperaturę. Właściciele osiągali ją dzięki włączonym bez przerwy żarówkom o dużej mocy. W rezultacie przez szczeliny w drzwiach sączyło się laboratoryjne, białe światło, a w powietrzu zalegała ciężka woń odchodów.
Moje przybycie wywoływało u ptaków niepokój, a z czasem i popłoch, gdy obuchem siekiery rozbijałem bryły węgla na kawałki i wrzucałem je do wiader. Bały się hałasu, oczywiście. Ale to obcy groźny człowiek napawał prawdziwą zgrozą. Nie mogły uciec, więc nerwowo przesuwały się na żerdziach tam i z powrotem, gruchając. Sfruwały, podrywały się do lotu, zderzały, kłębiły, miotały w rozpaczy. Dobiegało mnie skrobanie pazurkami od wewnątrz w drzwi, głuche uderzenia, przeszywający szelest skrzydeł ocierających się o skrzydła. Nie umilkły, póki nie odszedłem. Jeszcze dzisiaj, gdy opisuję, jak wczesną jesienią zeszłego roku stałem w bramie, a stojąc – przypominałem sobie wyprawy po węgiel i piekielną kakofonię, cierpnie mi skóra.

Pod moją nieobecność dokonał się najwyraźniej exodus zwierząt z Chojen albo tychże pomór. Lecz to nie widok rzeczonych gołębników, w istocie sprawiających wrażenie opuszczonych i od dawna już nieużywanych, był impulsem do tej konstatacji, ale doświadczenie ostatnich miesięcy, w trakcie których wędrowałem przecież zawzięcie po okolicy wzdłuż i wszerz, a mimo to z najwyższym trudem udawało mi się zobaczyć bądź spotkać zwierzęta inne niż ludzi. Owszem, od święta mignął gdzieś fajtłapowaty labrador bądź dachowiec, ale pamiętałem, że kotów i psów, w tym bezpańskich, było tu zawsze pod dostatkiem. Podobnie rzecz się miała z wróblami i cukrówkami. Próżno rozglądałem się za gawronami, które z wrzaskiem, ale mimo to – dostojnie, przemieszczały się niegdyś w ogromnych stadach między parkiem przy Sanockiej, a tym przy Bednarskiej, kawkami obskakującymi trawniki, buszującymi w ogrodach szpakami. Spod Universalu zniknęli handlarze szczeniakami, a z ulic konie węglarzy i rolników z podłódzkich wsi. Na Górniaku nikt już nie wystawiał słojów pijawek i tekturowych kartonów, w których jazgotał kaczy i kurzy drobiazg. Sklepy zoologiczne uległy likwidacji, a wraz z nimi masy egzotycznych stworzeń – barwnych, osowiałych niewolników, którzy w klatkach, akwariach i pośród zwilgotniałych trocin czekali na nowego pana.
Gdy po dziesięciu latach znalazłem się znowu na pl. Niepodległości, pustka tego miejsca przytłoczyła mnie i wprawiła w gorzkie zdumienie. Naiwnie sądziłem, że chodzi zapewne o niewłaściwą porę, z czasem pozbyłem się jednak wszelkich złudzeń, bo czy dzień powszedni, czy świąteczny, lipcowe przedpołudnie, długi wrześniowy wieczór, zimowy poranek, ponowna eskalacja pandemii czy przejściowa, jak zawsze, nowa normalność, nikogo właściwie tu nie było – przed patrzącym od strony Rzgowskiej albo Pabianickiej, otwierała się wybetonowana otchłań.
Przedtem gwar i ruch wypełniały pl. Niepodległości. Masy ludzkie przetaczały się tędy bez ustanku we wszystkich kierunkach, nieprzerwanie wybrzmiewał zgrzyt skręcających tramwajów, warkot aut, pikanie zielonego światła na pasach, szum rozmów. To biło serce Chojen, dzisiaj – obumarły, sczerniały organ.
Pamiętałem również – choć uczciwość nakazuje dodać, że to obrazek z dalszej, a nie bliskiej przeszłości – iż kłębiły się tutaj setki gołębi. Lecz nie tych ozdobnych, ale pospolitych, nielubianych, sinych i czarnych. Dosłownie brodziło się między nimi, a one rozstępowały się opieszale i wyniośle, sekundę lub dwie później anektując na powrót chodniki, tory i przystanki. Tworzyły wielogłowy, falujący organizm, który zostawiał za sobą białe kleksy i rozszarpane torebki po chipsach i prażynkach.
Daremnie próbowałem ustalić, co – i kiedy – się z nimi stało. Jak w ogóle pozbywa się zwierząt w takiej ilości? Czy płoszy się je nagranymi krzykami drapieżników, truje, wywozi, odcina źródła pożywienia? Kto nadzoruje i przeprowadza deportacje zwierząt?
Kronika Getta Łódzkiego
Wprawdzie kiosk ruchu, kolektura totolotka, budki z hamburgerami, miejski szalet były nieodwołanie zamknięte, ale ku mojemu zdziwieniu na wciąż czynny wyglądał punkt obsługi MPK ulokowany w podłużnym, niskim budynku.
Ów budynek, tymczasowy barak-poczekalnię, wznieśli Niemcy w 1943 r., tuż po oddaniu tutaj do użytku, po trzech miesiącach budowy, krańcówki tramwajów podmiejskich – w literaturze przedmiotu nazywanej również „zajezdnią”, a nawet „dworcem tramwajowym” – za pomocą której zamierzali udrożnić ten rejon Łodzi i ułatwić komunikację z Tuszynem i Pabianicami. Lecz nie chodziło wyłącznie o szybszy transport słowiańskich podludzi. Propaganda okupanta podkreślała, że Südring, wcześniej „niewyobrażalnie jałowy”, zostanie obsadzony drzewami i żywopłotem i w rezultacie „krajobraz miasta zmieni się podług niemieckich zasad”.
Uroczyste otwarcie krańcówki odbyło się 19 czerwca 1943 r. w sobotnie południe. W „Kronice Getta Łódzkiego” zapisano pod tą datą, że temperatura wahała się między 20 a 26 stopniami Celsjusza, a „Prezes, choć wciąż jeszcze nie w pełni zdrowia, pracował intensywnie” (tłum. R. Sadziński, W. Sadziński). Po drugiej stronie miasta również nie próżnowano, czego dowodem są liczne kolorowe zdjęcia, na których uwieczniono nazistowskich dygnitarzy w trakcie symbolicznego odbioru ich najnowszej miejskiej inwestycji. Z tłumku prochowców i mundurów da się z łatwością wyłuskać postać Wernera Ventzkiego, nadburmistrza Litzmannstadt, i doktora Bodo Scheidta, dyrektora łódzkich tramwajów miejskich. Scheidt, łysy i w krągłych okularach, przypomina jakoś Stanisława Lema i choć wygląda krzepko, gdy tak po gospodarsku objaśnia, wskazuje i przemawia, już za kilka tygodni będzie można przeczytać o nim w „Litzmannstädter Zeitung”, iż „zmarł po krótkiej chorobie”. Autorem zdjęć jest Walter Genewein, Salzburczyk po czterdziestce, członek NSDAP, kierownik wydziału finansowego getta w Łodzi, katolik i, co podkreślał zwłaszcza po wojnie, diabetyk, bohater słynnego filmu dokumentalnego Dariusza Jabłońskiego zatytułowanego Fotoamator.

Nie była to pierwsza wizyta Geneweina, o której wiadomo, w tej okolicy. Wiosną aktywnie działał na pobliskim pl. Reymonta, gdzie przy wsparciu wozu sieciowego z balkonikiem bądź drabiny rozstawnej na wózku – dzięki czemu zyskiwał boską z lekka perspektywę – swoim pochodzącym z rekwizycji aparatem Movex 12 utrwalał panujący tu niewyobrażalny chaos. Zdjęcia służyły najpewniej za wizualne alibi dla konieczności jak najszybszego uruchomienia na pl. Niepodległości nowego węzła, ale też i były dowodem na to, że nie odmówił sobie żadnej okazji do fotografowania. Widzimy zatem chmarę ludzi przebiegających ulicę, ciżbę na przystankach, ścisk w wagonach przeznaczonych dla Polaków, tramwaje sunące obok siebie tak blisko, że aż można wręcz krzyknąć, iż zaraz nastąpi kolizja, albo gramolące się na zakrętach niczym ociężałe, nieporadne larwy.
Prócz liczącej kilkaset sztuk kolekcji zdjęć ukazujących organizację pracy w łódzkim getcie, znane są jego migawki z Wrocławia, zrujnowanego Kijowa, Pabianic, niezidentyfikowanych miejscowości niemieckich i Warszawy, tudzież fotografie melancholijnych zimowych pejzaży oraz martwych natur typu porcelanowa japońska waza na stole, bożonarodzeniowa choinka, stosy używanych butów. I jest jeszcze zbiór odnaleziony w latach 70. w nieotwieranych od dawna szafach łódzkiego MPK. To około 200 fotografii, na których Genewein uwiecznił najróżniejsze aspekty funkcjonowania Litzmannstädter Elektrische Strassenbahn – od wspomnianych „relacji” z pl. Niepodległości i pl. Reymonta przez wybrane modele taboru aż po wyłączanie z użytkowania elektrowni przy Tramwajowej, koncerty orkiestr tramwajarskich i majówkę pracowniczą w Modlicy koło Tuszyna.

Kafka w Łodzi
Fakt, iż trawiła go tak nienasycona wprost pasja rejestrowania rzeczywistości, jest dla mnie nadzieją. Wierzę, że gdzieś – na strychu, w ziemi – zostały ukryte inne walizki, albumy czy pudełka z fotografiami jego autorstwa, jak ta, wyobrażam sobie, niewielka seria z wiosny 1943 r., kiedy to po wypełnieniu obowiązków względem LES i ojczyzny udał się na spacer w głąb Chojen i obstrykał Rzgowską, Piaseczną, Bednarską, Czerwony Rynek. Był naprawdę blisko – na niektórych spośród tych zdjęć, które przetrwały do dziś, rozpoznać można wieżę fabryki Leonhardta czy zieloną i bujną niczym brokuł bryłę parku przy Pabianickiej. Wystarczyło zatem kilka minut fatygi i oko ratującego od zapomnienia obiektywu spoczęłoby na miejscach, pośród których się wychowałem, a być może nawet i na kimś z moich bliskich.
Bo z tego dramatycznego epizodu w ich niemal stuletnich żywotach ocalała mniej niż symboliczna reprezentacja. Zdjęcia z pogrzebu pradziadka, legitymacyjna fotografia babci, która, wnioskując ze szczątków niemieckojęzycznej pieczątki, pracowała wtedy gdzieś na Wólczańskiej, i ta wystylizowana, na której jej brat, wujek Leon, przypomina aktora kina noir. Do tego nieco rozcieńczonych czasem wspomnień i kilka obrazków z Tuszyńskiej czy Leczniczej, które odkryłem w cudzych wspomnieniach. Dlatego nie wzgardziłbym żadnym świadectwem, za sprawą którego ujrzałbym twarz mojej babci, naszą ulicę, Chojny bez aut, billboardów i wieżowców.
Próbowałem dojrzeć kogoś z rodziny na zdjęciach z pl. Reymonta, ale to próżny trud. Z odległości, z jakiej zostały wykonane, nikogo za bardzo nie można rozpoznać, a przybliżanie zmienia ludzi w plamy i widma. Czy w ogóle umiałbym wskazać moją babcię, wówczas trzydziestoparoletnią, skoro poznałem ją, gdy była siwowłosa i stara? A co z wątpliwościami natury etycznej, o których pisze w przejmującym finale Wyjechali Sebald, gdy tak jak i ja ogląda zdjęcie Geneweina i konstatuje, że wpatrzone w „niego” oczy żydowskich tkaczek uwięzionych w getcie – „ta z prawej spogląda na mnie tak uporczywie i nieubłaganie, że nie mogę tego dłużej wytrzymać” (tłum. M. Łukasiewicz) – widzą nie fotoamatora, ale oprawcę, strażnika, zwiastuna śmierci? Za jaką więc cenę godzi się poznać i oglądać przeszłość?
Przypomniałem też sobie, że Sebald w szkicu Kafka i kino opisuje niezwykły obraz Jana Petera Trippa, swojego kolegi ze szkolnej, bawarskiej ławy, na którym ów malarz od hiperrealistycznych cudów, uwiecznił Franza Kafkę jako pięćdziesięciolatka. Lecz tym, co robi największe wrażenie, nie jest autor Procesu, który przypomina tutaj już to emerytowanego wampira, już to konferansjera podupadłego cyrku, lecz świadomość, że oto raptem patrzymy na Kafkę żyjącego w epoce Hitlera, adresata ustaw norymberskich, potencjalnego lokatora Theresienstadt, Auschwitz czy Ghetto Litzmannstadt.
„Oczywiście myśl o Franzu Kafce w Oświęcimiu nie jest bardziej przerażająca niż myśl o kimkolwiek w Oświęcimiu – po prostu jest przerażająca na swój sposób” (tłum. A. Lipszyc) – pisał Philip Roth w „Zawsze pragnąłem, żebyście podziwiali moją głodówkę”, czyli patrząc na Kafkę, kolejnej wariacji na temat tego, co by było, gdyby Franz nie umarł na gruźlicę w roku 1924. Roth wysyła go przed wybuchem II wojny światowej do Ameryki , obsadza w roli nauczyciela szkółki hebrajskiej w swoim rodzinnym Newark, aranżuje mu cudaczny, nieskonsumowany romans z ciotką Rhodą i pozwala umrzeć „w szpitalu kardio- i pulmonologicznym w Browns Mills w stanie New Jersey” w słusznym wieku lat 70.

Pomyślałem, że skoro Kafka pokonał Atlantyk – z kolei u Nicole Krauss w Forest Dark jest ogrodnikiem w palestyńskim kibucu i żyje nawet o trzy lata dłużej niż u Rotha – to z powodzeniem mógł znaleźć się w getcie w Łodzi. Nie byłoby to mniej naciągane niż te jego zaoceaniczne czy bliskowschodnie przygody, zważywszy na fakt, iż pasażerkami tzw. transportów praskich w 1941 r. były dwie z trzech sióstr Franza – Gabriela i Valeria. Wystarczyło – bagatela! – wyobrazić sobie, że jego choroba nie okazuje się jednak śmiertelna, a on zrywa (miał w tym wprawę) z Dorą Diamant i porzuca literaturę, by wieść ascetyczną, samotniczą egzystencję w Pradze, której dopełnieniem nie jest cichy zgon i grób na gigantycznym cmentarzu olszańskim, ale niekończąca się podróż na Wschód, „mała stacyjka w szczerym polu” i zakwaterowanie w zatłoczonej ponad wszelkie wyobrażenie kamienicy przy Franciszkańskiej.
Jak przewrotny i hojny jest ten, bądź to, który układa nasze losy! Bo oto w transporcie numer II z Pragi jechał, a więc razem z Gabrielą, nie kto inny, jak pisarz František Kafka. Czy muszę dodawać, że sam Franz zwykł w niespokojnych czasach wielkowojennego nacjonalizmu podpisywać się właśnie jako „František”? Byłby więc tenże František Kafka nie tyle sobowtórem Franza, jeśli przez sobowtóra rozumieć funkcjonującego symultanicznie dublera-klona, ile jego formą zombie, człekokształtną kontynuacją, upiorem. Byłby nim, a zarazem Aniołem Stróżem, który nie opuścił ukochanych sióstr.
Możliwe są też kolejne scenariusze. Jesienią 1941 r. przybyło z Pragi 4999 osób, choć niektóre źródła mówią o równych pięciu tysiącach. Czy Franz nie mógłby być tym szczęśliwcem, który, przypuśćmy, padł na serce gdzieś między Wrocławiem a Łodzią, przez co oszczędzono mu horroru powolnego konania za drutami getta? Gdyby to nie był jednak on, to po dotarciu tutaj, mógłby zostać pracownikiem Wydziału Statystycznego i współtworzyć „Kronikę…”, albo sprawować pieczę nad kopcami ziemniaków na Marysinie, albo być stróżem nocnym w piekarni, albo też zapozować przymusowo na którymś zdjęciu Geneweina. Jeden z krytyków napisał kiedyś, że Franz „był po stronie myszy i kretów”, ale czy byłby po stronie gettowych pluskiew, wszy, szczurów? Być może przeżyłby więc ten niespełna rok, a następnie wyznaczono by ich razem, jego, siostry i szwagra Józefa, do „wysiedlenia” w pierwszych dnia września 1942 r. Lecz oczywiście nie byłoby żadnego wysiedlenia, bo za tym słowem kryje się Chełmno nad Nerem i straszliwa, powolna śmierć w aucie-piekle.
„Urządziłem tę jamę i wydaje się, że się udała” – mogłoby brzmieć pierwsze zdanie tekstu odkrytego najzupełniej przypadkiem gdzieś na terenie wyzwolonego, zdewastowanego getta w Łodzi zimą 1945 r.
*
W swoim tekście wykorzystuję niektóre ustalenia Grzegorza Gazdy z jego tekstu Ostatnie drogi sióstr Franza Kafki opublikowanego w zbiorze Pamięć Shoah: kulturowe reprezentacje i praktyki upamiętniania (red. A. Zeidler- -Janiszewska, T. Majewski), oraz informacje zawarte w książce Łódzkie tramwaje 1898–1998 Wojciecha Źródlaka.
Autor pragnie jak najserdeczniej podziękować Bartoszowi Stępniowi i Muzeum Komunikacji Miejskiej MPK-Łódź za zgodę na wykorzystanie zdjęć Waltera Geneweina.