Subskrybuj
Powieściopisarka. Za swój debiut Atlas: Doppelganger otrzymała nominację do Nagrody Literackiej Gdynia. Za drugą książkę, Zimowlę, otrzymała Paszport „Polityki” oraz nagrodę Odkrycie Empiku. Ostatnio opublikowała zbiór opowiadań Samosiejki. Laureatka stypendium „Młoda Polska” i Stypendium Twórczego...

Ślady, dziury, działki

Czy istnieje w ogóle coś takiego jak prawo do przyjemności? A jeśli tak: kto nim zarządza? Kto je egzekwuje? Kto tworzy przyjemnościową legislatywę? Wreszcie: co jest przyjemnością, a co podstawową potrzebą?

Na zewnątrz pada deszcz, siedzę właśnie na czwartym piętrze biblioteki w Iowa City, ukryta w przytulnym kącie pomiędzy kilometrami książek, za szybą widzę korony ciemnozielonych wiązów, a szare smugi chmur na niebie przesuwają się tak szybko, że tylko o nich samych mogłabym napisać całkiem sporo słów.

Piję cappuccino z jednorazowego kubka, nierecyklingowalnego, bo to papier z domieszką plastiku, żeby nie przeciekało. Praktycznie nie do odzyskania. Śmieć, który przeżyje mnie po wielekroć. Kawa z wielkiej korporacji na „S”, bo akurat taką sprzedają w bibliotecznej kawiarni.

Zanim trafiłam na to czwarte piętro, wydałam w Polsce książkę, gdzie w nocie okładkowej przewijają się w różnych konfiguracjach terminy „katastrofa klimatyczna”, „antropocen”. Dwa dni po premierze wsiadłam kolejno do czterech samolotów (powinny być trzy, ale poranna mgła w Krakowie miała na ten temat inne zdanie) i gigantyczny ślad węglowy tej podróży mogłabym z łatwością wyliczyć na pierwszym lepszym ekokalkulatorze online.

Dzisiaj na śniadanie zjadłam awokado, do którego wyprodukowania potrzeba takich ilości wody, że nawet nie chcę o tym myśleć, ale w pokoju hotelowym bez dostępu do kuchni powoli kończą mi się inne bezmięsne opcje śniadaniowe.

Na wszystko mam zresztą dobre usprawiedliwienie: kubek wielorazowy mam, używam go chętnie, ale tutaj nie chcą mi do niego nalewać kawy. Samolotem staram się nie latać, jeśli nie muszę, no, ale na stypendium do USA statkiem przecież nie popłynę, tak?

Tak? Czy można żyć przyjemnie w czasach późnego kapitalizmu, kapitalocenu, antropocenu, zwał jak zwał? No oczywiście, że można. I to przyjemniej niż kiedykolwiek do tej pory w historii ludzkości. Ale czy się powinno? Czy to etyczne? Czy to właściwe?

Czy jeśli przyjemność będzie obciążana poczuciem winy, będę mieć do niej większe prawo?

Czy da się całkiem wyrzec przyjemności?

A jeśli się jej wyrzeknę, czy cokolwiek to zmieni poza moim własnym życiem?

Czy istnieje w ogóle coś takiego jak prawo do przyjemności? A jeśli tak: kto nim zarządza? Kto je egzekwuje? Kto tworzy przyjemnościową legislatywę?

Wreszcie: co jest przyjemnością, a co podstawową potrzebą?

I czy przyjemność może być podstawową potrzebą?

Na grubym minusie

Przede wszystkim ustalmy jedną sprawę od razu: nie ma etycznej konsumpcji we współczesnym kapitalizmie. I nie chodzi tylko o towary, ale także o konsumpcję doświadczeń. Jesteśmy zsocjalizowani do konsumpcji utożsamianej z przyjemnością i zasadnym pytaniem jest to, czy w dzisiejszym świecie da się w ogóle jedno od drugiego oddzielić.

To nie jest już nawet żadna deklaracja polityczna, lecz wyłącznie prosty fakt, zresztą całkiem nieźle przepracowany przez najbardziej kapitalistyczną z kapitalistycznych, bo amerykańską, popkulturę (uwaga, spoiler – jeśli nie widzieli Państwo komediowego serialu The Good Place, ale mają go w planach, lepiej omińcie następny akapit).

###banner###

W The Good Place cały system eschatologiczny zostaje wywrócony do góry nogami, ponieważ jego podstawowe założenia dotyczące rozróżniania dobra i zła i tego, jaki wpływ na to rozróżnienie ma jednostka, nie przystają do skomplikowanych rynkowych relacji globalnego kapitalizmu. Każda czynność, którą wykonuje człowiek, jest obciążona etycznie siecią powiązań produkcyjnych, zależności politycznych i systemowych. W praktyce idzie to mniej więcej tak: w 1534 r. Douglas Wynegarr podarował swojej babci urodzinowy bukiet róż, które własnoręcznie zerwał. Otrzymał za to 145 punktów dobra. Punkty zebrane za życia decydowały o tym, czy Douglas po śmierci trafi do nieba czy do piekła. W 2009 r. Doug Ewing z Maryland również podarował swojej babci bukiet róż. Otrzymał za to jednak minus cztery punkty: kwiaty zamówił online przez telefon komórkowy wyprodukowany w jednym z krajów tzw. Globalnego Południa. Róże zostały wyhodowane przy użyciu toksycznych pestycydów. Kwiaty zrywali pozbawieni praw pracowniczych nielegalni imigranci. Następnie przetransportowano je tysiące kilometrów (ślad węglowy!). Jakby tego było mało, zysk ze sprzedaży trafił do korporacyjnego prezesa o rasistowskich poglądach, który wysyłał pracownicom niechciane zdjęcia swojego przyrodzenia…

Nietrudno się domyślić, że w The Good Place od wieków nikt nie trafia do nieba, bo po prostu nie ma możliwości się tam dostać. Niezależnie od tego, jak bardzo się ktoś stara, wszyscy kończą życie z punktami na grubym minusie.

(Koniec spoilera).

System nie działa. Jednostka nie jest w stanie samodzielnie znaleźć skutecznego rozwiązania dla patowej sytuacji.

Korporacyjny kapitalizm doskonale rozumie tę komediową metaforę, więc od dawna zarządza jedną z najważniejszych społecznych walut: poczuciem winy.

To genialna strategia komunikacyjna, która przeniosła ciężar odpowiedzialności z systemów politycznych i z międzynarodowych korporacji na pojedynczego człowieka. „Opodatkowano” winą naszą codzienność. Rozmyto nasze polityczne skupienie, zamieniono je we wsobność, obudowano w zaimki „ja” i „ty”, zwizualizowane skutecznie w postaci chociażby „śladu węglowego”, terminu wypromowanego i spopularyzowanego na początku XXI w. przez firmę PR-ową w ramach kampanii British Petroleum, giganta naftowego.

W języku angielskim termin ten jest znacznie bardziej złośliwy niż w polskim: carbon footprint – dosłownie: ślad stopy, no bo któż ma footprint? Ten, kto ma stopy, co to jest w ogóle za pytanie! Na pewno nie korporacja ani rząd kraju.

Jeśli wpiszemy hasło w wyszukiwarkę internetową, pierwsze wyniki, które się pojawiają, brzmią jednak bardzo podobnie i po polsku, i po angielsku: „Jak ograniczyć swój ślad węglowy?”, „Co to jest ślad węglowy i jak go zmniejszyć?”, „Policz swój ślad węglowy”. W grafikach przewijają się liczne obrazki zielonego odcisku ludzkiej stopy, często wypełnionego zdjęciami drzew, czasem podzielonego na różne obszary, jak fantazyjny wykres ozdobiony ideogramami: wielki palec to przekreślony samochód, pięta – ludzik wrzucający śmieci do oznaczonego symbolem recyklingu kosza. Są też oczywiście stopy czarne od CO2 , stopy niebieskie od podnoszącego się poziomu mórz i oceanów, stopy odbite w zdjęciu amazońskiej dżungli, jakby jakiś olbrzym przeszedł przez nią niczym przez puszysty dywan.

Ślad węglowy jako podstawowa jednostka pomiaru stosowana w rozmowie o katastrofie klimatycznej to nic innego jak cyniczny (i skuteczny!) zabieg zmieniający kierunek naszej uwagi: z wielkich graczy na nas…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Przyjemność w czasie niepokoju