Relacje między pisarzami a władzą w czasach autorytarnej Polski Ludowej to jeden z tych skomplikowanych tematów, z którymi trudno się zmierzyć. Pisanie o tych problemach może się kojarzyć niemal z ówczesnym układaniem listów protestacyjnych: waga każdego sformułowania była tam nie mniejsza niż w dyplomacji, słowa zaś nabierały znaczeń trudno dziś czytelnych, a niosących określone konotacje polityczne (napisać „Polska” czy „państwo”?). Historyk piszący o postawach w czasach PRL popada w sytuację bliską schizofrenii, kiedy stara się zachować obiektywizm – brakuje czasem słów nienarzucających interpretacji. Owszem, zamiast „esbecy” (bo wówczas czytelnik już wie, jakie poglądy ma historyk) możemy napisać neutralnie: „funkcjonariusze SB”, ale nie o wszystkim przecież można tak napisać. Zatem już sam język opisu faktów bywa interpretacją (szczególnie jeżeli historyk ucieka od własnego języka, przejmując słownictwo dokumentów wyprodukowanych w MSW – wówczas czytelnik ugina się pod naporem „figurantów”, „LK”, „MK”, „numerów ewidencyjnych” itp.).
Trudność dotyczy zwłaszcza tych zagadnień z historii najnowszej, które domagają się od badacza oceny. Odpowiedzialność historyka nie polega przecież tylko na tym, aby być „przekaźnikiem” faktów. Historyk jest także „tłumaczem”. Samo podanie faktów (ustalenie możliwie pełnego ich obrazu, z wykorzystaniem jak największej ilości źródeł, przy nieprzywiązywaniu się do jednego z nich, czy to będą archiwa IPN, czy wspomnienia świadków) to za mało. Oczywiście ustalenie i przekazanie jak najpełniejszego obrazu faktów jest niezbędne, ale to tylko fundament książki przedstawiającej jakąś „historię”. Same fakty nie wystarczą – bez podania kontekstu mogą nas nawet wprowadzać w błąd; historię czytamy bowiem bogatsi w informacje o zdarzenia, które miały miejsce później. Siedząc w fotelu, oceniamy postępowanie postaci historycznych, dziwimy się nielogicznym (często – na pozór) decyzjom, nie rozumiemy ich emocji („czemu to zdanie, które powiedział Gomułka, tak ich zaszokowało?”), oglądamy film, nie próbujemy zrozumieć motywów postępowania. W historii nie chodzi przecież o to, „kiedy” była bitwa pod Grunwaldem, tylko „dlaczego”.
Historia przeciw mitom
W tym miejscu pracy historyka – opisie kontekstu zdarzeń – często dochodzi do zaburzeń, warunkowanych poglądami, nawet nieuświadomionymi. Oczywiście takie zaburzenia są możliwe już wcześniej, przy wyborze faktów, które zostaną pominięte w opisie jako mało istotne, a zamazujące obraz całości. Historyk, przedstawiając zdarzenia, ponosi odpowiedzialność za wybór tego, co w tym opisie wydaje mu się ważniejsze; owszem, sygnalizując swoje wątpliwości, ale nie zrzekając się odpowiedzialności w opisie historii, gdyż w przeciwnym razie zmieniłby ją w strych pełen rupieci. Herodot podawał różne osobliwości – ale jednocześnie je porządkował, a także oceniał. Historia jednak zaczyna się z Tukidydesem – historyk bowiem nie zapisuje mitów, nie utrwala ich jako możliwych faktów: jego zadanie polega na demitologizacji. Bywa ona z natury niemiła, szczególnie przy pracy nad historią najnowszą. Historyk nie jest jednak ani prokuratorem, ani obrońcą: pracując uczciwie, nie powinien nikogo w tej demitologizacji wyróżniać – pomijając.
Należy zatem pokazywać kontekst, a nie patrzeć na historię ahistorycznie. Społeczeństwo PRL było, używając trafnej formuły Andrzeja Friszke, między „przystosowaniem a oporem”. Tymczasem, jak napisała Teresa Bogucka we wstępie do niedawno wydanego zbioru tekstów Anki Kowalskiej o opozycji przedsierpniowej (Folklor tamtych lat), w wyniku ahistorycznego czytania historii „tylko ci, którzy zginęli, walcząc, wyszli obronną ręką. Wszyscy pozostali byli uwikłani. (…)”; „w potocznym przekazie powojenne 44-lecie to okupacja, zbrojny opór podziemia, tłumione zrywy robotnicze. Można by rzec – cały naród zmagał się ze Służbą Bezpieczeństwa, niektórzy niestety weszli z nią w bliższy kontakt. A wolność przyszła, bo był polski papież, upadł ZSRR, komunizm się rozsypywał sam z siebie”. Historyk przypomni tu jednak np. słowa Stefana Kisielewskiego z tamtego czasu, kiedy w swoim dzienniku aż do zawiązania KOR-u zmagał się z obawą, że Polska jest już kompletnie zsowietyzowana i nigdy się nie odrodzi… Dopiero powstawanie ruchu obywatelskiego na fali protestów przeciwko zmianom konstytucji w 1976 r. i powstanie KOR-u utorowało drogę do Solidarności – i tego, co mamy dzisiaj.
Widzimy zatem, że opisując np. postawy pisarzy w czasach Polski Ludowej, znajdujemy się na terenie szczególnie wrażliwym z uwagi na problemy metodologiczne (i moralne) zasygnalizowane powyżej. Ogranicza nas już sam język opisu. Czy pisarz X „kolaborował”, był „zaangażowany”, czy też może chciał stać się Wallenrodem? (A może czasem wszystko po trochu? Życie jest dynamiczne, a liczy się przecież całość, to, co się robi ze swoimi błędami, a nie tylko popełnione wcześniej błędy). Niebezpieczne bywają zbyt łatwe słowa i oceny (np. interpretacje postaw); kuszące jest choćby cytowanie źródła, jakim są archiwa IPN – i w ten sposób badacze często popadają w niewolę języka służb represji, zawierzając zarówno samym faktom, przedstawionym w dokumentach MSW, jak i sposobowi opisu rzeczywistości. Fascynacja tym źródłem jest niebezpieczna, bo bywa ono bardzo zwodnicze. O ile w dokumentach MSW podawane są fakty („X o 14:25 zakupił paczkę papierosów”), można próbować je weryfikować w innych źródłach (albo zaznaczyć, że jest to informacja jednoźródłowa; z pracy w archiwum wiem, jak wiele w dokumentach MSW bywa literówek czy błędów rzeczowych). Natomiast oceny są już czystą propagandą, składają się na nie interpretacje bliskie paranoicznej wizji świata. Czy naprawdę „jedynym powodem krytykowania realnego socjalizmu jest podżeganie przez wrogie ośrodki zagraniczne, podżeganie, które trafia do osób z różnych powodów – jak pochodzenie czy naganne kontakty – podatnych na te miazmaty”, jak streściła te oceny Bogucka we wstępie do Folkloru tamtych lat? Dokumenty są źródłem, podobnie jak są nimi wspomnienia świadków. Źródłem są zarówno archiwa, jak i ludzie: nie absolutyzujmy żadnego z nich, starajmy się te źródła – jeśli to tylko możliwe – weryfikować.
Historyk jako śledczyBardzo dobrze, że została napisana taka książka, jak ta Konrada Rokickiego Literaci. Relacje między literatami a władzami PRL w latach 1956–1970. Autor wykorzystuje w niej zarówno źródła archiwalne (w podobnym stopniu czerpiąc z archiwów pisarzy jak i MSW; sięgając też do materiałów wytworzonych przez aparat PZPR), jak też relacje świadków (w mniejszym jednak zakresie, przeważnie cytując dzienniki czy wspomnienia – nie ma tu, może szkoda, wykorzystania relacji bezpośrednio udzielonych autorowi książki przez jeszcze żyjących uczestników zdarzeń). Konrad Rokicki ze źródeł archiwalnych korzysta odpowiedzialnie, co przypomina nam, że to nie IPN, a badacze korzystający…