Czy na początku mógłby Pan pokrótce wyjaśnić, jak wygląda obecnie polityka imigracyjna na świecie i jakie są główne stanowiska w kwestii imigracji?
Państwa rozwinięte uznają z reguły dwie ścieżki przyjmowania ludzi. Jedną dla migrantów ekonomicznych, a drugą dla uchodźców. W tym pierwszym zakresie prowadzą politykę migracyjną, tzn. wybierają imigrantów zależnie od swoich priorytetów. Niektóre kraje dokonują wyboru na podstawie umiejętności przybyszów, czasem za pomocą loterii, jednak zazwyczaj trzymają się pewnych wytycznych co do tego, kogo chcą przyciągnąć.
W tym drugim zakresie kraje rozwinięte przyjmują pewną odpowiedzialność za ludzi, którzy mogą wnosić o azyl, czyli za uchodźców. Jednocześnie podejmują kroki, żeby ograniczyć liczbę osób proszących o azyl bezpośrednio u nich. Zależy to w pewnym stopniu od położenia geograficznego. Niektóre państwa, jak np. Kanada, mogą sobie pozwolić na dobrze zorganizowany system azylowy i wybór, kogo chcą przesiedlić z obozów dla uchodźców. Geograficzne oddalenie Kanady sprawia, że nie ma tam problemu z bezpośrednio napływającymi ludźmi. Za to inne kraje, ponieważ mają stosunkowo łatwo dostępne granice lądowe czy morskie, są podatne na napływ większych liczb przybyszów i muszą wtedy ustalić zasady, jak się z nimi obchodzić.
Mówiłem o praktyce politycznej, ale jeśli chodzi o teorię czy filozofię, toczy się debata między zwolennikami poglądu głoszącego, że granice powinny być zasadniczo otwarte, a tymi, którzy uważają, że pewne ograniczenia są uzasadnione. Często mamy do czynienia z karykaturalnie wyolbrzymionymi wersjami tych stanowisk, przy czym nawet ludzie wierzący w idee otwartych granic przyznają, że w praktyce może zajść potrzeba ograniczenia przepływu ludzi, przynajmniej na krótką metę. A ci, którzy twierdzą, że państwa mają prawo do kontrolowania swoich granic, zazwyczaj uznają też obowiązek przyjęcia pewnego odsetka uchodźców. Jeśli więc bliżej się przyjrzeć tej debacie, to nie jest aż tak bardzo spolaryzowana, jak się to czasem może wydawać. Istnieje jednak rzeczywista różnica między rzecznikami interesów migrantów a osobami, które koncentrują się na interesach, jakie państwa i ich obywatele mają w tym, żeby ustalać, kto do nich dołączy: jacy to będą ludzie i jak wielu ich będzie.
Kiedy czytałem Pana prace na temat imigracji, zastanawiało mnie, co dokładnie może wnieść w te zagadnienia filozofia polityczna. Wydaje się, że kwestia imigracji często jest postrzegana w kategoriach prostej analizy ekonomicznych korzyści i strat.
Cóż, myślę, że filozofia polityczna może naświetlić różne aspekty tej sprawy. Z jednej strony pokazać perspektywę potencjalnych migrantów i rozważyć, czy istnieje coś takiego jak prawo człowieka do migracji. Filozofia może tutaj pomóc, przyglądając się ogólnie zjawisku praw człowieka, pytając, jak są one ugruntowane, a następnie oceniając, czy prawo do imigracji jest jednym z nich.
Z drugiej strony filozofia stawia też pytania o prawa terytorialne państw i o to, czy obejmują one kontrolę granic. Istnieje np. bardzo stara tradycja filozoficzna, sięgająca czasów starożytnych, mówiąca o świecie jako powszechnie posiadanym przez istoty ludzkie, ale też o sposobach, w jakie, mimo wszystko, poszczególne społeczności mogą uzyskać prawa do części globu. I wtedy nasuwa się pytanie: zakładając, że społeczności nabywają takie uprawnienia, to czy są one w jakiś sposób ograniczone? Czy osoby z zewnątrz mogą rościć sobie prawo do wjazdu: może na krótko, może do skorzystania z obecnie niezamieszkanych części kraju, a może nawet do tego, żeby przyjechać na stałe jako imigranci? Myślenie o kwestiach prawa własności i przynależenia terytorium pozwala lepiej zrozumieć, czy państwa mają prawo kontrolować napływ ludzi.
Jak Pan wspomniał, można twierdzić, że prawo do migracji jest prawem człowieka. W końcu możemy przemieszczać się po kraju, w którym żyjemy. Dlaczego nie mielibyśmy też mieć możliwości przekroczenia granicy naszego kraju, handlu z ludźmi po drugiej stronie, a może nawet pojechania tam na stałe?
Niektórzy ludzie tak argumentują. Czy jest to dobry argument, będzie oczywiście zależeć od tego, na jakiej podstawie oparte są prawa człowieka. Ja opowiadam się za ich zakorzenieniem w ludzkich potrzebach. A zatem postrzegam prawa człowieka – wzięte razem – jako zestaw zabezpieczeń, który pozwala ludziom na zaspokojenie – na ile to możliwe – wielu potrzeb, które mają. Dlatego prawa człowieka nie powinny wykraczać poza to, co jest konieczne dla zaspokojenia tychże potrzeb. Jednocześnie bardzo ważne jest spełnienie kryterium możliwego współistnienia, tak aby prawo przyznane jednej osobie nie naruszało równych praw innych ludzi.
Z tego punktu widzenia kwestie migracyjne prowokują do zadania dwóch pytań. Po pierwsze: czy szeroka swoboda przemieszczania się jest konieczna, aby zaspokoić nasze potrzeby? Po drugie: czy takie prawo nie będzie kolidowało z prawami innych ludzi?
Zgadzam się, że istnieje prawo do przemieszczania się, ale uważam, że obowiązuje ono w stopniu, jaki jest konieczny do zaspokojenia potrzeb, takich jak: zdobywanie środków na życie, korzystanie ze swobód politycznych, poznawanie innych ludzi, przebywanie w ich towarzystwie, poszukiwanie partnerów itd. W normalnych przypadkach wszystkie te potrzeby można zaspokoić dzięki możliwości przemieszczania się w granicach danego społeczeństwa. I tak ruch transgraniczny staje się, że tak powiem, rodzajem luksusu, który oczywiście dobrze mieć – wszyscy wszak doceniamy możliwość odwiedzenia innych miejsc – jednak sądzę, że nie da się go przedstawić jako czegoś niezbędnego do zaspokojenia ludzkich potrzeb.
A kiedy migracja koliduje według Pana z prawami innych ludzi? I o jakie prawa w tym przypadku chodzi?
Myślę o prawie do stowarzyszania się ze sobą i tworzenia wspólnot politycznych. A w ramach tych wspólnot konkretnie o prawie do samostanowienia, które – ogólnie rzecz biorąc – obejmuje możliwość decydowania, kto jeszcze dołączy do wspólnoty, a kto nie.
Jeśli my – ty i ja – stworzymy w jakimś celu klub, istnieje pewnego rodzaju domniemanie, że powinniśmy dać szansę innym ludziom, którzy chcą do nas dołączyć. Jeśli jednak ustalimy, że cele naszego klubu są takie a takie i że wymagają pewnego rodzaju zamknięcia, to mamy odpowiednie prawo samostanowienia.
###banner###
Myślę, że dotyczy to również państw, ponieważ wszystkie plany, jakie można mieć w odniesieniu do danego terytorium – jak będzie zabezpieczone, jak będzie się rozwijało, jakie zmiany będzie można wprowadzać – nie będą mogły zostać zrealizowane bez pewnej kontroli nad tym, kto faktycznie, fizycznie zamieszkuje dane terytorium. Powiedzmy sobie np., że mamy zaplanować system transportu, system mieszkaniowy albo ochrony środowiska. Musimy mieć jakieś pojęcie o tym, ilu mniej więcej ludzi trzeba uwzględnić w swoich długoterminowych planach. Uważam zatem, że są pewne potrzeby związane z tworzeniem wspólnoty terytorialnej, które sprawiają, że niezbędna jest kontrola nad tym, kto może znaleźć się na jej terenie.
Czy mógłby Pan powiedzieć nieco więcej, dlaczego samostanowienie jest na tyle ważne, że może być podstawą do zamknięcia granic kraju i uniemożliwienia przyjazdu innym ludziom? Można przecież pomyśleć, że nie ma ono większej wartości, skoro nawet oddawanie głosu w wyborach przez mieszkańca państwa demokratycznego może nie mieć żadnego przełożenia na działania polityków albo ma nikłe na wybór kandydata?
Trudno jest to wyrazić – to kontrowersyjna kwestia. I może być tak, że w tej konkretnej sprawie ludzie będą mieli różne intuicje.
Kiedy należymy do różnych grup i identyfikujemy się jako ich członkowie, to naprawdę ma dla nas znaczenie, czy nasza grupa może sama o sobie stanowić, nawet jeśli – jak słusznie Pan powiedział – jako jednostki mamy małe szanse na rzeczywisty wpływ, powiedzmy: przez głosowanie. Chodzi tu o wrażenie kontroli nad naszym losem i uczestnictwa we wspólnocie, która daje poczucie bezpieczeństwa i sprawczości. Oczywiście to dążenie podlega pewnego rodzaju ograniczeniom: nie możemy korzystać z tych uprawnień ze szkodą dla innych ludzi. Musimy też szanować prawa innych do równoważnych form samostanowienia.
Wydaje mi się, że wielu ludzi myśli podobnie. Wyobraźmy sobie np., że Szwecja decyduje się zaanektować Polskę i że Polską będą teraz rządzili Szwedzi, którzy – jak wszyscy wiedzą – są bardzo odpowiedzialnymi i rozważnymi ludźmi. Mimo to sądzę, że Pana rodacy czuliby się w takiej sytuacji upokorzeni i pokrzywdzeni, bo oddanie władzy innej nacji sugeruje, że jest w samych nich jakaś niedoskonałość lub ułomność.
Innymi słowy, uważam, że nie można sprowadzić pragnienia do samostanowienia tylko do tego, żeby jako jednostka miało się bezpośredni wpływ na obecne i przyszłe decyzje wspólnoty. Istnieje również rodzaj kolektywnej sprawczości, który jest moim zdaniem ważny dla ludzi. Ale wiem, że jeśli ktoś nie dzieli tego odczucia, to bardzo trudno jest takiej osobie udowodnić, że powinna je mieć. Albo się takie wewnętrzne przekonanie ma, albo nie.
Wspomniał Pan, że samostanowiąca grupa nie może robić wszystkiego, czego chce, wobec innych ludzi, że są pewne ograniczenia. W praktyce kontrole imigracyjne wiążą się z dużą ilością przymusu i przemocy: ludzie mogą ucierpieć, próbując przekroczyć granicę, mogą być deportowani siłą. Czy samostanowienie jest na tyle ważne, że mimo to kontrole imigracyjne wciąż są dopuszczalne?
Myślę, że wykorzystanie środków przymusu zależy w dużej mierze od zachowania potencjalnych migrantów. Jeśli są w stanie dostosować się do reguł imigracyjnych danego kraju i jeśli będą potrafili pogodzić się z odmowną decyzją, to nie ma potrzeby stosowania przymusu.
Jednym z problemów obecnego systemu kontroli granic jest to, że trudno sprawiedliwie wdrożyć w życie reguły dotyczące wstępu. Wiąże się to ze sporą złożonością prawa, przez co często ludzie są długo pozostawieni w sytuacji zawieszenia.
Najtrudniejsze są przypadki tych ludzi, którzy migrują w sytuacji bezpośredniej konieczności, którzy rzeczywiście uciekają z miejsc, gdzie narażeni są na przemoc. Myślę, że przysługuje im prawo wyższej konieczności, które pozwala na naruszenie reguł imigracyjnych. A więc użycie przez państwo środków przymusu, aby uniemożliwić im przyjazd, byłoby niesprawiedliwością.
Trudność polega na oddzieleniu takich przypadków, które polegają rzeczywiście na działaniu w stanie wyższej konieczności, od przypadków, gdzie ludzie z małą szansą na legalny wjazd do danego kraju decydują się na bezpośrednie działanie i fizyczne przekroczenie granicy.
Praktyczny problem dotyczy tego, że kiedy patrzymy na ludzi próbujących obecnie przekraczać granice, to widzimy grupę łączącą te dwie kategorie. Są tam osoby, które naprawdę działają w stanie wyższej konieczności, i inni, którzy po prostu chcą się gdzieś przenieść, korzystając z dostępnych środków. I to rzeczywiście bardzo komplikuje sytuację, jak w przypadku ludzi obecnie przekraczających akweny takie jak Morze Śródziemne czy kanał La Manche, a także granice lądowe, tak jak dzieje się teraz na granicy polsko-białoruskiej.
Mógłby Pan powiedzieć trochę więcej o tym, jakie przypadki prowadzą do uchylenia prawa do samostanowienia?
Mam na myśli już wcześniej wspomnianą grupę ludzi, którzy znajdują się w bezpośrednim niebezpieczeństwie, są w sytuacji zagrożenia dla życia i integralności cielesnej. Powiedzmy, że jakaś armia dokonuje masakry albo ludobójstwa, tak jak robiła to armia birmańska wobec Rohingjów. Mają oni jasne prawo do przekroczenia granicy, np. z Bangladeszem, żeby uniknąć niebezpieczeństwa.
Jest też szersza grupa ludzi, których prawa są jakoś zagrożone. W stosunku do nich, mimo że mamy pewne zobowiązania, możemy zdecydować, jak się z nich wywiązać: czy to w formie zezwolenia na migrację, czy bezpośredniej interwencji na miejscu. Na ogół lepiej pomagać ludziom na miejscu, częściowo dlatego, że migracja nie zawsze pomaga najsłabszym, bo najbardziej potrzebujący mogą nie mieć niezbędnych środków, żeby sami wyemigrować.
Ludzie, którzy mają prawo do działania z wyższej konieczności – jak to Pan ujął – to uchodźcy, prawda?
Sytuacja jest bardziej skomplikowana, bo są też osoby, które w myśl konwencji genewskiej są uchodźcami, ale mieszkają obecnie w obozach w bezpiecznym miejscu albo np. przeniosły się do krajów trzecich. Takie osoby nie mają według mnie prawa wyższej konieczności, choć wciąż są uchodźcami. Należy więc brać je pod uwagę w ramach polityki uchodźczej, która – moim zdaniem – powinna być wypracowywana wspólnie między państwami.
Sprawdziłem, że jest na świecie mniej więcej 700 mln ludzi znajdujących się poniżej granicy ubóstwa, tzn. żyjących za mniej niż ok. 2 dolary dziennie. Wygląda na to, że według Pana definicji prawo wyższej konieczności dotyczy znacznie węższej kategorii ludzi.
Tak.
Nie wydaje się, żeby była jakaś moralnie istotna granica między osobą, która żyje w skrajnym ubóstwie z powodu, powiedzmy, jakiejś klęski żywiołowej, suszy czy powodzi, a osobą uciekającą przed armią dokonującą masakry albo dopuszczającą się ludobójstwa. Czemu ta druga osoba miałaby prawo wyższej konieczności, a ta pierwsza nie?
Kiedy mówiłem o prawie wyższej konieczności, chodziło mi o prawo, które pozwoliłoby na nielegalne przekroczenie granicy. A zatem pytanie brzmi: czy z powodu wyższej konieczności wolno tym osobom naruszyć zasady imigracyjne kraju przyjmującego? Ludzie żyjący w skrajnym ubóstwie mają prawo do środków do życia i w związku z tym do różnych działań w ramach ich własnych krajów, a z pewnością także do tego, żeby domagać się pomocy od innych państw, które są w stanie ją zapewnić. Ale nie daje im to bezpośrednio uprawnienia do wjazdu wbrew prawom imigracyjnym danego kraju, o ile są dostępne inne rozwiązania np. z zakresu pomocy humanitarnej, które są lepsze w tym sensie, że obejmują większą liczbę ludzi.
Wspomniał Pan o migrantach próbujących przekraczać granice morskie, a także granice lądowe, jak w przypadku Polski. Jak Pana poglądy na temat imigracji i uchodźców odnoszą się do tej konkretnej sytuacji?
Myślę, że to bardzo trudny przypadek z tego powodu, iż uchodźcy są tu najwyraźniej wykorzystywani przez Białoruś jako pionki w grze politycznej, a być może nawet przez stojącą za Białorusią Rosję.
Stawia to Polskę w kłopotliwej sytuacji, ponieważ – z jednej strony – ma ona prawo do tego, żeby nie być wykorzystywana jako narzędzie do prowadzenia polityki zagranicznej innego państwa, lecz – z drugiej strony – migrantów zebranych na polskiej granicy trzeba wpuścić, jeśli ich życie jest w bezpośrednim niebezpieczeństwie.
Moje stanowisko jest więc następujące: o ile migranci próbują się przedostać przez granicę, ale wciąż mają schronienie i środki do życia, wtedy twierdziłbym, że Polska może ich nie wpuścić, ponieważ w przeciwnym razie stałaby się narzędziem w rękach obcego państwa, a każdy kraj ma prawo, żeby się takiej instrumentalizacji przeciwstawić. Sprawa wygląda jednak inaczej, jeśli okaże się, że sytuacja migrantów staje się beznadziejna. A więc wszystko zależy od tego, jak w danym momencie wygląda sytuacja na miejscu.
W swoich rozważaniach nad migracją bierze Pan pod uwagę różne strony: nie tylko imigrantów i kraju przyjmującego, ale także kraju „wysyłającego” migrantów.
Tak, ma Pan rację, istnieją trzy strony, które mają tutaj jakiś interes. Migranci uważają, że tylko przez opuszczenie swojego kraju mogą poprawić warunki życia czy zrealizować swoje ambicje. W interesie państwa przyjmującego jest przyciągnięcie ludzi, którzy będą produktywnymi członkami społeczeństwa, wypełnią luki w rynku pracy, może wprowadzą nowe elementy kulturowe wzbogacające życie w danym kraju.
W przypadku państwa wysyłającego sprawy są bardziej skomplikowane. Z jednej strony emigracja przynosi pewne korzyści, szczególnie jeśli nie jest to migracja długookresowa, ale tzw. cyrkulacyjna, kiedy ludzie wyjeżdżają, mieszkają za granicą przez parę lat, a potem wracają, przywożąc ze sobą kapitał czy nowe umiejętności. Z drugiej strony istnieje oczywiście obawa „drenażu mózgów” (brain drain), tego, że ludzie wykształceni wyjadą za granicę na stałe. I tak w kraju może zabraknąć lekarzy, inżynierów czy naukowców. Może się to wydawać zaskakujące, lecz podobno dla Włochów wyrażenie brain drain odnosi się do wyjazdu najlepszych włoskich naukowców do krajów takich jak Niemcy czy Wielka Brytania.
Koszty i korzyści są zatem bardziej wyrównane dla krajów wysyłających i dlatego uważam, że mają one powody, żeby zniechęcać do emigracji. Kraje przyjmujące mogą w związku z tym też mieć argument, żeby nie przyjmować imigrantów, jeżeli stanowiłoby to pewnego rodzaju wyzysk kraju wysyłającego.
Jak zmienił się stosunek do imigracji w Wielkiej Brytanii i na świecie, od kiedy zaczął Pan zajmować się tym tematem blisko 20 lat temu?
Cóż, nie wydaje mi się, żeby zaszła jakaś zasadnicza zmiana. Większość ludzi jest zdania, że imigracja jest wartościowa i pożądana, o ile jest właściwie kontrolowana i o ile nie jest za duża. Jeśli spojrzy się na badania opinii publicznej, to widać, że Brytyjczycy uważają, ogólnie rzecz biorąc, iż imigranci są mile widziani, ale że powinny być jakieś granice tego, ilu ludzi można w danym momencie przyjąć. Imigracja przesuwa się w górę i w dół wśród politycznych priorytetów w zależności od sytuacji.
W Wielkiej Brytanii obawy związane z imigracją nasiliły się mniej więcej w tym czasie, kiedy pojawiła się kwestia brexitu, częściowo dlatego, że ludzie byli niemal codziennie wystawieni na obrazy masowej migracji przez Morze Śródziemne i na problemy na granicach różnych krajów europejskich. Przedstawiano to w mediach tak, że sprawy wymykają się spod kontroli i że migranci gotowi są użyć siły, aby przekroczyć granice. Odbierano te wydarzenia jako wrogie starcie między strażą graniczną a migrantami. W efekcie pogorszyło się wtedy ogólne nastawienie do imigracji.
Sądzę jednakże, że stało za tym wszystkim dość spójne przekonanie i byłbym zaskoczony, gdyby okazało się, że uległo ono zmianie. Czasem mówi się, że każde restrykcyjne podejście do imigracji musi być ksenofobiczne albo nawet rasistowskie i że zawsze musi dawać wyraz jakiejś głębokiej potrzebie dyskryminacji. Nie wydaje mi się, żeby tak było. Oczywiście ksenofobia i rasizm istnieją, niemniej uważam, że w tym wypadku zasadnicze nastawienie to poczucie przynależności do wspólnoty – która trwa w czasie, uosabia pewnego rodzaju wartości oraz długodystansowe projekty – i pragnienie, żeby polityka migracyjna z nim współgrała. Myślę, że wielu ludzi podziela takie odczucie.
Wiem, że zaczyna Pan teraz pracować nad tematem migracji związanych ze zmianami klimatycznymi. Czy sądzi Pan, że ludzie, których kraje staną się w przyszłości niezdatne do zamieszkania, będą mieli wtedy prawo wyższej konieczności do przekroczenia granicy innych krajów?
Migranci klimatyczni będą oczywiście mieli prawo wyższej konieczności, żeby opuścić miejsca, które przestaną się nadawać do zamieszkania. Niektórzy z nich przeprowadzą się gdzie indziej w ramach swojego kraju. Myślę, że ich państwa będą nadal ponosiły główną odpowiedzialność za to, żeby ich ulokować w nowym miejscu.
Może jednak dojść do sytuacji, kiedy mieszkańcy będą musieli opuścić całe terytorium, tak jak w głośnych przypadkach tonących wysp. I myślę, że wówczas związane z tym obowiązki mogą się stać dość uciążliwe, ponieważ ludzie mają nie tylko prawo do środków do życia, ale także do samostanowienia. Dopiero zaczynam się nad tymi zagadnieniami zastanawiać, więc nie mam jeszcze do końca wypracowanego stanowiska. Mogą zaistnieć przypadki, w których tacy ludzie wysuną zbiorowe roszczenie do jakiegoś terytorium, na jakim mogliby sami sobą rządzić. Tak więc jeśli jest miejsce w ramach innego kraju, które nadałoby się do tego celu – może to być wyspa przybrzeżna lub nawet niezamieszkana część stałego lądu – to myślę, że migranci klimatyczni mogą zgłaszać prawa do niego.
A więc czy uważa Pan, że w przyszłości – w obliczu migracji klimatycznej – prawa krajów przyjmujących staną się mniej istotne w porównaniu z potrzebą migrantów, by mieć środki do życia i możliwość samostanowienia? Czy znaczy to, że system imigracyjny będzie musiał zostać zbudowany na nowo?
Cóż, nie sądzę, żeby samostanowienie stało się wtedy mniej ważne. To raczej kwestia tego, że inne rzeczy staną się ważniejsze. Po pierwsze, priorytetem jest oczywiście spowolnienie zmiany klimatycznej. Po drugie, należy wspierać działania adaptacyjne tak, żeby jak największa liczba ludzi mogła pozostać na miejscu, ponieważ moim zdaniem większość, jeśli miałaby wybór, wolałaby raczej zostać tam, gdzie się urodziła, i otrzymać pomoc w przystosowaniu się. Po trzecie, jeśli stanie się to niemożliwe, będziemy musieli stworzyć jakiś system przydzielenia migrantów klimatycznych z różnych miejsc do innych krajów. I jest niezwykle ważne, żeby taki system został wypracowany na poziomie międzynarodowym.
W swojej pracy stara się Pan dotrzeć do szerszej publiczności i wpłynąć na dyskusję o imigracji wśród zwykłych ludzi i polityków. Czy jest jakiś jeden filozoficzny argument albo obserwacja, o których każdy uczestnik tej dyskusji powinien wiedzieć?
Myślę, że główny przekaz jest taki, iż da się uzasadnić politykę imigracyjną – tzn. reguły, które rządzą migracją i określają, kto może do kraju wjechać, a kto nie. Bardzo ważne jest, żeby być w stanie ukazać moralne i polityczne podstawy takich reguł, żeby nie były one wyrazem bezwzględnej, egoistycznej postawy typu „chcemy zatrzymać nasze przywileje”. Trzeba przedstawić moralne podstawy przekonania, dlaczego ważna jest zarówno kontrola granic, jak i prawa migrantów. Nie mamy do czynienia ze stanem natury, gdzie obywatele danego kraju i przybysze walczą ze sobą, ale raczej z systemem, który da się moralnie uzasadnić obu stronom. Trzeba sobie i innym wyjaśnić, czemu nasza polityka imigracyjna może być właśnie taka, a nie inna.
David Miller – brytyjski teoretyk polityki, wykładowca Uniwersytetu Oksfordzkiego, specjalista w zakresie filozoficznych podstaw polityki migracyjnej. Autor książek m.in. On Nationality (1995) i Strangers in Our Midst: The Political Philosophy of Migration (2016)