„Prawdziwa” demokracja ma być zatem zgromadzeniowa, stowarzyszeniowa, komunikacyjna, kosmopolityczna, deliberatywna, bezpośrednia, dyskursywna, ekologiczna, przemysłowa, uczestnicząca, pluralistyczna, radykalna, referendalna, refleksyjna, społeczna wreszcie wirtualna (e-demokracja). (…)
Ta długa lista nie świadczy bynajmniej o bogactwie alternatyw wobec ustroju określanego najdelikatniej jako demokracja elitarna czy partyjna, lecz jedynie o stopniu niezadowolenia z jej stanu. Fundamentalną wadą, grzechem pierworodnym tego ustroju, ma być to, że został on zdominowany przez ideologię co najmniej ambiwalentną wobec politycznego zaangażowania obywateli bądź też to, że „władzę ludu” zinstytucjonalizowano w nim w sposób zupełnie wypaczający jej istotę, za co zresztą obarcza się odpowiedzialnością tę samą ideologię. Pierwszy nurt tej krytyki datuje się od czasu, kiedy demokracja była jeszcze ideą wiodącą lud na barykady, drugi ma swe źródło w rozczarowaniu, jakie przynoszą jej rządy.
Różniąc się co do diagnozy obecnej sytuacji, krytycy obu nurtów zgodnie odsyłają swoich czytelników do antycznej Grecji, do Aten złotego wieku, aby tam mogli odnaleźć właściwą „obietnicę polityki”, którą przypomniała Hannah Arendt i inni XX-wieczni filozofowie, poszukujący w starożytności rozwiązania problemów współczesności. To nowożytne idee liberalizmu i instytucje reprezentacji miały pozbawić obywateli doświadczenia wspólnego działania na forum publicznym, czyniąc ich ledwie klientami administracji państwowej, zazdrośnie pilnującymi swoich indywidualnych uprawnień. Demokracja XXI wieku, z wszystkimi patologiami, z którymi zmaga się od ponad 100 lat…