Zjawisko naszego zaufania do „wszystkiego, co neuro”, świetnie ilustrują wyniki dwóch eksperymentów. Diego Fernandez-Duque i współpracownicy w swoich badaniach z 2014 r. przedstawili grupie kilkuset studentów krótkie opisy zjawisk psychologicznych. Każdemu opisowi towarzyszyły – całkowicie zbędne do zrozumienia tekstu – profesjonalne terminy związane odpowiednio z neuronauką (np. „kora przedczołowa”), naukami społecznymi, a w końcu ścisłymi, takimi jak fizyka. Jak się okazało, odegrały one kluczową rolę. To właśnie wyjaśnienia zawierające w sobie zwroty „neuro” były konsekwentnie oceniane jako najbardziej przekonujące, nawet jeśli te „dodatkowe informacje” nie dostarczały tak naprawdę żadnej treści. Autorzy doszli do wniosku, że dla uczestników eksperymentu neuronauka jest najbardziej przekonującym wyjaśnieniem zjawisk psychologicznych, niezależnie od tego, czy tak było w danym przypadku, czy nie.
Jeszcze bardziej dobitny jest przykład kolejnych badań – Davida MacCabe’a i Alana Castela z 2008 r. Wykazały one, że już samo zobaczenie obrazka ludzkiego mózgu potrafi zmienić nasz odbiór wiadomości. Badacze poprosili kilkaset osób o przeczytanie artykułu naukowego – dla połowy z nich był na nim umieszczony obrazek mózgu, a dla połowy nie. Na końcu mieli wypowiedzieć się, czy zgadzają się z wnioskami płynącymi z przeczytanego tekstu. I znów – osoby badane, które czytały artykuł z obrazkiem, uważały, że wnioski płynące z badania są bardziej rzetelne i przekonujące, niż uważały osoby, którym zaprezentowano tylko sam tekst.
Skąd się w zasadzie bierze ta fascynacja mózgiem i wiara w to, że neuronaukowcy potrafią najlepiej objaśnić nasze zachowania?
Kiedyś statystyka, dziś neurożargon
Zanim odpowiemy na to pytanie, spróbujmy zarysować szersze tło. Neuronauka, czyli zbiór dziedzin badających mózg oraz zachodzące w nim procesy, ich wpływ na nasz organizm i nasze decyzje, ostatnio ogromnie się rozwinęła. Wzbudza też duże społeczne zainteresowanie – eksperymenty i teorie neuronaukowe opisywane są przez media, a książki neuronaukowców często zajmują wysokie miejsca na listach bestsellerów. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że badania dotykają problemów takich jak natura naszej świadomości, istnienie wolnej woli czy podstawy moralności. Co więcej, w ostatnich latach neuronauka wchodziła w nowe obszary, tworząc coraz to bardziej zaskakujące dyscypliny – mamy już nie tylko neuropsychologię czy neurokognitywistykę, ale także neuroestetykę, neuroekonomię, neurofilozofię, neuroetykę, neuroteologię, a nawet neurofeminizm.
Jeszcze nie tak dawno temu w debatach, rozmowach czy wręcz ideologicznych kłótniach funkcję, jaką dziś spełnia neurożargon, pełniła statystyka.
Powszechne było używanie liczb do podkreślenia naszego przekazu, i tak naprawdę dopóki mówiliśmy to z pewnością siebie, dopóty z reguły mało kto z naszych rozmówców to podważał. Jednak wraz z rozwojem technologii – a co za tym idzie, coraz łatwiejszą formą weryfikacji danych, za dotknięciem smartfona – sprawdzenie zasłyszanych argumentów stało się niezwykle łatwe. Potrzebne było więc coś, co jest trudniej weryfikowalne, mniej konkretne, wciąż mało poznane, kontrowersyjne i – co ważne – pociągające. Odpowiedź nasuwa się sama: „neuro”. Neuronauka, jako stosunkowo młoda dziedzina, na której niewielu znało się dobrze, zaczęła mieszać się z neurobełkotem, głoszonym przez samozwańczych naukowców i specjalistów od wszystkiego.
Nigdy wcześniej w historii mózg nie był przedmiotem tak intensywnej publicznej debaty ani nie angażował w takim stopniu naszej wyobraźni. Oczywiście w dużej mierze ma to związek z możliwościami, jakie daje współczesna neuronauka, w szczególności funkcjonalny rezonans magnetyczny (fMRI), czyli metoda obrazowania, która pokazuje te piękne i fascynujące obrazki ludzkiego mózgu, tak często pojawiające się w mediach. Neuroobrazowanie stało się więc poniekąd symbolem współczesnej nauki i choć niewątpliwie jest to metoda rzetelna i fascynująca, ma swoje ograniczenia. Dodatkowo w rękach laików bardzo łatwo o błędne wnioski czy nadinterpretację. Główna zaleta tej metody wiąże się z możliwością „podglądania”, jak aktywność mózgu zmienia się w czasie wykonywania rozmaitych zadań, ponieważ co kilka sekund robione jest nowe zdjęcie.
Jednak obrazy naszego mózgu, które otrzymujemy, nie są tym, czym się wydają. Sama aktywność mózgu mierzona jest pośrednio, a piękne kolorowe zdjęcia nie pokazują jego przetwarzania w czasie rzeczywistym. To, co otrzymujemy w badaniach neuroobrazowania, to reprezentacja obszarów mózgu, które pracują najciężej (co jest mierzone zwiększonym zużyciem tlenu) w danej sytuacji. Obszary mózgu, które są bardziej zaangażowane w wykonywanie konkretnych zadań, mają zapotrzebowanie na większą ilość paliwa – stąd transportowana powinna być do nich większa ilość tlenu niż do obszarów mózgu, które nie uczestniczyły tak intensywnie i bezpośrednio w przetwarzaniu danego bodźca lub rozwiązywaniu danego problemu. Nie da się więc, tak po prostu, zajrzeć do naszego mózgu i zobaczyć, co robi w danej chwili.
Intrygujące tytuły, takie jak „Twój mózg na zakupach”, niezmiennie opatrzone zdjęciami ludzkiego mózgu, na dobre zagościły nie tylko w pracach popularnonaukowych, ale też w szerzej pojętej popkulturze. Jest w nas nieodparta chęć, aby to właśnie dzięki neuronauce znaleźć odpowiedzi wyjaśniające ludzkie zachowania i emocje, takie jak uzależnienie od telefonów komórkowych, preferencje polityczne, decyzje zakupowe, chęć współpracy z innymi bądź, wręcz przeciwnie, zróżnicowany poziom empatii i wiele, wiele innych. Jednak niektóre neuroodpowiedzi prowadzą na manowce.
###banner###
Mit neuronów lustrzanych jako klucza do człowieczeństwa
We współczesnej neuronauce nie było chyba nigdy gorętszego tematu niż neurony lustrzane – wywoływały one szum, ekscytację i kontrowersje. Coś, w czym pokładano ogromne nadzieje, od zrozumienia zjawisk imitacji, empatii, a na autyzmie kończąc, okazało się jedną z teorii najbardziej „na wyrost”.
Neurony lustrzane zostały po raz pierwszy zaobserwowane na początku lat 90. Grupa badaczy z Włoch, która je odkryła, była zainteresowana kontrolą ruchową, czyli odpowiedzią na pytanie, jak to możliwe, że małpy (a w późniejszych badaniach także ludzie) są w stanie wykorzystać wizualne aspekty środowiska, w tym wielkość czy lokalizację obiektów w przestrzeni, w celu nakierowania ruchów na te obiekty. Gdy widzimy na stole filiżankę z kawą, to w jakiś sposób informacja o jej wielkości, kształcie czy położeniu pomaga nam w obraniu celu. Chcąc podnieść filiżankę ze stołu, nie ruszamy przecież naszymi rękami po omacku z nadzieją, że w końcu na nią natrafimy, lecz korzystamy z dodatkowych informacji, które nakierowują nas na właściwy tor. Mózg te wszystkie informacje musi jakoś przetwarzać, by nasze ruchy były celowe, szybkie i efektywne.
Prowadząc eksperymenty z udziałem małp, włoscy uczeni przypadkowo zauważyli, że niektóre neurony wydawały się aktywne nie tylko, gdy małpa sięgała po jakiś przedmiot, lecz również wtedy, gdy wyłącznie obserwowała badacza sięgającego po niego.
I to jest esencja neuronów lustrzanych – są to komórki zaangażowane w wykonywanie ruchów, takich jak podnoszenie filiżanki z kawą, które są aktywowane również podczas obserwacji innej osoby wykonującej taką czynność.
Początkowo uznano jednak, że są to neurony o wielkim znaczeniu – że pozwalają nam na imitację innych ludzi (kluczową choćby w procesie uczenia się, w którym dzieci naśladują rodziców), ale także zrozumienie intencji osób, które wykonują jakiś ruch. Założenie było takie, że komórki nie są odpowiedzialne jedynie za proste działania, np. zginanie łokcia, lecz także te bardziej wyrafinowane, które wykonywane są dla osiągnięcia konkretnego celu.
Ta „celowość” stała się źródłem kontrowersji. Klasyczna teoria neuronów lustrzanych zakłada, że rozumiemy daną czynność, ponieważ owe neurony pozwalają nam ją naśladować. Ale przecież tylko my sami wiemy, co mamy na myśli albo jaki mamy cel, wykonując konkretną czynność. Przechodząc przez ulicę, wiem, że idę do sklepu. Ktoś, kto mnie obserwuje, może jednak pomyśleć, że zmierzam do domu. Ta sama czynność może oznaczać coś zupełnie innego w zależności od sytuacji czy osoby. Tak naprawdę czynność sama w sobie niewiele nam mówi o intencji – wszystko zależy od kontekstu, w jakim jest wykonywana.
Jednym z czołowych krytyków klasycznie rozumianej teorii neuronów lustrzanych jest Gregory Hickok, który w swoich pracach naukowych wielokrotnie podważał związek tych komórek z „celowym” działaniem. Jeśli założylibyśmy, zgodnie z tą teorią, że rozumiemy jakąś czynność, ponieważ ma ona odzwierciedlenie w naszym mózgu dzięki naszym własnym doświadczeniom, to ludzie, którzy z różnych względów nie komunikują się za pomocą mowy, nie powinni jej rozumieć. A tak oczywiście nie jest – osoby nieme mogą używać alternatywnych form komunikacji do wyrażenia siebie, lecz nie mieć problemów z rozumieniem tego, co słyszą. Podobnie jest z ludźmi, którzy cierpią na zespół Möbiusa, wskutek czego są pozbawieni mimiki i ekspresji twarzy, jednak nie mają problemów z rozumieniem emocji, które widzą u innych, choć zgodnie z teorią neuronów lustrzanych nie powinno tak być.
Należy podkreślić, że debata dotycząca neuronów lustrzanych nie koncentruje się na ich istnieniu bądź nie, ponieważ ich obecności nikt nie neguje, ale na tym, jaki jest ich mechanizm działania, oraz co i na ile możemy przy ich pomocy wyjaśnić bądź zrozumieć.
Odkrycie neuronów lustrzanych było czymś ekscytującym intelektualnie, wydawało się, że otwierają się nowe możliwości wyjaśniania przeróżnych aspektów ludzkiego umysłu. Z biegiem lat, wskutek ogromnych pokładów nadziei, przeniknęły one do tzw. popscience i stały się jednym z argumentów używanych w codziennych dyskusjach. Powstały nawet specjalne – oczywiście płatne – kursy mające na celu pracę nad systemem własnych neuronów lustrzanych, mające prowadzić do lepszej regulacji emocjonalnej, zwiększonej empatii i krótko mówiąc – bycia lepszym człowiekiem. Tylko że tu jest haczyk. Okazało się, że neurony lustrzane nie są magicznym nośnikiem altruizmu. Są to po prostu neurony, które aktywują się, gdy obserwujemy kogoś, kto wykonuje jakąś czynność, oraz gdy my sami tę czynność wykonujemy. Tylko tyle i aż tyle.
NeuropolitykaGdy mózg łączy się z biznesem, nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem. W oczekiwaniu na wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych w 2008 r. grupa naukowców, we współpracy z firmą neuromarketingową FKF Applied Research (odpowiedzialną m.in. za analizy reklam prezentowanych podczas słynnego Super Bowl, meczu o mistrzostwo w lidze…