Subskrybuj
Joan Didion przed corvette stingray, 1968 r. / Forum
Dr hab. literaturoznawstwa, prof. UJ, amerykanista, poeta, pracuje w Instytucie Filologii Angielskiej UJ. Jego druga monografia poświęcona literaturze amerykańskiego Południa, Southern Hyperboles, ukazała się nakładem Louisiana State University Press w 2020 r. Stypendysta Fulbrighta na Yale...

Kronikarka Ameryki

Prezydent Barack Obama nazwał ją „jedną z najbardziej szanowanych i najbystrzejszych obserwatorek amerykańskiej kultury i polityki”. Joan Didion przez blisko 60 lat swojej pracy pisała o najważniejszych tematach w USA: ruchu hipisowskim i wojnie w Wietnamie, feminizmie i konfliktach rasowych.

Joan Didion to marka. I to nie tylko, jeśli chodzi o dziennikarstwo. Siedem lat temu seria skórzanych kurtek motocyklowych z jej podobizną namalowaną przez nowojorską artystkę Alice Lancaster wyprzedała się na pniu mimo relatywnie wysokiej ceny 1200 USD za sztukę. Popularnością cały czas cieszą się torby z okładką książki The White Album, podkoszulki oraz kubki Didion. Sprzedaż podobnych produktów stanowi część globalnego procesu, który Christine Smallwood określiła na łamach „New Yorkera” jako „handlowanie czytaniem” (ang. merchandising of reading), jednak w zestawieniu z gorzkim stwierdzeniem Hermione Hoby z „The Guardian”, że Didion jest „częściej cytowana niż czytana”, zachęca do refleksji nad źródłem i trwałością jej fenomenu oraz obrazem przemian historycznych w USA, które opisywała przez niemal 60 lat.

Pisząc z obrzeży

Śmierć Didion tuż przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia spowodowała w amerykańskich mediach potężny wysyp artykułów wspominających i podsumowujących jej karierę pisarską. Już same tytuły pośmiertnych tekstów nie pozostawiają cienia wątpliwości, że odeszła ikona amerykańskiej kultury: „The New York Times” pisał o dziennikarce, która „eksplorowała kulturę i chaos”, i o „kulcie świętej Joan”, a „Vanity Fair” o śmierci „literackiego tytana”. Można jednak powiedzieć, że okres podsumowań zaczął się nieco wcześniej, wraz z premierą na Netflixie w 2019 r. filmu dokumentalnego Wszystko w rozpadzie, wyreżyserowanego przez bratanka jej męża. Film zdecydowanie przyczynił się do wzmożonego zainteresowania Didion w Polsce, a dwa lata po jego premierze ukazał się słynny zbiór esejów Dryfując do Betlejem w przekładzie Mikołaja Denderskiego. Wszystko to podniosło rozpoznawalność jej nazwiska i dorobku. Na pewno w przypadku Didion jest co podsumowywać – to twórczość, w skład której wchodzą powieści, eseje, dramaty i reportaże eksplorujące gigantyczne spektrum zjawisk społecznych i politycznych w USA.

Początek kariery dziennikarskiej Didion przypada na rok 1961 – po skończeniu studiów filologicznych w  Berkeley trafiła do „Vogue’a” jako laureatka konkursu pisarskiego. Gdy autor, który miał napisać tekst o tytule Self-respect: Its Source, Its Power, nie wywiązał się z zadania, podjęła rękawicę. Artykuł musiał zostać napisany błyskawicznie, bo numer miał iść do druku za kilkanaście godzin. W pierwszym zdaniu powstałego wówczas tekstu Didion pisała: „Niewinność kończy się z chwilą, gdy człowiek zostaje odarty ze złudzenia, że lubi siebie”. Esej, który pojawił się w „Vogue’u”, był tekstem osobistym, ale trzymającym dystans, eksplorującym proces budowania szacunku do siebie niejako „z zewnątrz”. Nade wszystko jednak to pierwsze doświadczenie pokazało dziennikarkę jako osobę, która jest w stanie sprawnie reagować na zmieniające się okoliczności i uchwycić momentum.

Pisarstwo Didion zalicza się do nurtu nowego dziennikarstwa. Eksperymentalne przekraczanie granic między klasycznym reportażem a powieściopisarstwem rozwijało się w USA dynamicznie na przełomie lat 60. i 70. Kamieniem milowym dla tej nowej formy opisu rzeczywistości była publikacja książki Z zimną krwią Trumana Capote’a w 1965 r. Jego opis brutalnego morderstwa w Kansas wykorzystywał techniki literackie, które Capote czerpał z kultury literackiej amerykańskiego Południa. Śledztwo literackie, które przeprowadzał w Kansas z pomocą Harper Lee, autorki Zabić drozda, eksplorowało nowe horyzonty budowania skomplikowanej relacji z bohaterami powieści reportaży, zacierając klarowną dotychczas różnicę między fikcją i faktem. Narrator dziennikarski nie musiał już być schowany za pozorem obiektywizmu. Podobne, „nowe” formy pisania – jak obiecywał na łamach pisma „New York” Tom Wolfe, jeden z pionierów nowego dziennikarstwa – miały zmienić świat literacki: „Wywołają [one] panikę, zdetronizują powieść jako dominujący gatunek literacki, w połowie wieku pokierują amerykańską literaturę w nowym kierunku”. I rzeczywiście, co najmniej do ery Reagana nowe dziennikarstwo wytyczało kierunek pisarstwa w USA.

Pod względem stylu samej Didion nie było po drodze ze szkołą południowej groteski Capote’a.

Przyznawała w wywiadach, że uczyła się pisać, naśladując prozę Ernesta Hemingwaya. Jak tłumaczyła w 1998 r. w eseju Last Words, na łamach „New Yorkera”, „zapominamy, że Hemingway był pisarzem, który odnowił język angielski, zmienił jego rytmikę i to, jak pisało i myślało jego pokolenie i pokolenia następne”.

Didion z podziwem zwracała uwagę na to, jak Hemingway oszczędnie konstruuje narrację i jak ukrywa bogactwo emocjonalne pod powierzchnią starannie skalibrowanych i rozbudowanych zdań. Podkreślała, że zmiany organizacji zdania w tekście przypominają jej zmiany ustawienia reporterskiej kamery – każdy ruch spójnika moduluje perspektywę opisującą świat. Taki sposób ekspresji stał się jednym z istotnych elementów warsztatu pisarskiego Didion – był też jednak często poddawany krytyce. Brytyjski pisarz Martin Amis podkreślał ironicznie w „London Review of Books”, że proza Didion zawiera więcej spójników „and” niż teksty piosenek Leonarda Cohena. Z hemingwayowskim dystansem Didion wiązała się też pewnego rodzaju beznamiętność, która dla pewnych czytelników była zniechęcająca. Amerykańska pisarka Daphne Merkin, podkreślając dystans, który zachowywała Didion, nawet w takich sytuacjach jak spotkanie z Jimem Morrisonem, nazywała ją na łamach „The New York Times” „arcykapłanką chłodu”.

Ta specyficzna surowość jest związana z pozycją, jaką przyjmowała Didion jako kronikarka i obserwatorka otaczającego świata – nie zaś jego reformatorka. Jak mówiła, lubiła operować z peryferii, „podłapując wibracje” historii, naprzemiennie zbliżając się do centrum wydarzeń i wycofując się z niego. Centralna pozycja obserwatorki biegu wydarzeń była dla niej niepewna, naznaczona nieuniknionym rozpadem, jak przypomina tytuł jej biograficznego filmu. W konsekwencji Didion pisała zawsze niejako z obrzeży, zachowując przy całej swojej wnikliwości odpowiedni dystans. Zapożyczając tytuł Why I Write od George’a Orwella, podkreślała w 1976 r. w „The New York Times Magazine”, że pisanie ma w sobie taktykę skrytego oprawcy, jest inwazją z daleka, narzuceniem wrażliwości pisarza na prywatną sferę czytelnika.

Czasami wreszcie to inwazyjne, dociekliwe spojrzenie Didion kierowała też na samą siebie – jej eseje pełne są surowych ocen i autokrytycznych stwierdzeń. Rozpad czasami dotykał ją samą.

Zachodnie Wybrzeże: zakurzone Sacramento i kwasowe tripy

Didion urodziła się na Zachodnim Wybrzeżu, w Sacramento, w rodzinie z długimi tradycjami pierwszych pionierów i ranczerów. Jej pisarstwo jest nierozerwalnie powiązane z Kalifornią, ale nie zawsze jest to Kalifornia tych największych metropolii stanowych: Los Angeles, San Diego i San Francisco. Nie jest to też Kalifornia, jaką znamy z pocztówek i filmów Hollywood. Sacramento, gdzie mieszkała Didion, to małe miasto pokryte kurzem, naznaczone niepokojem i nieustępliwym konserwatyzmem. Jak wspominała sama pisarka, nie brak tam numerów telefonów, pod którymi automatyczna sekretarka odczyta modlitwę, za to poważny problem może sprawić próba kupienia książki. Przemieszczając się gdzieś między Sacramento a San Francisco, Didion w późniejszej twórczości eksploruje rozłam między tą dawną i nową Kalifornią, pokazując czasy niepewności i zmiany, gdzie ścierają się różne rzeczywistości – prowadzące do tak silnej obecnie w USA, wszechobecnej polaryzacji społecznej.

Przeprowadzka do Nowego Jorku w 1956 r. była dla niej całkowitą zmianą otoczenia. Nowy Jork oferował wszystko, czego mogła chcieć jako początkująca pisarka – kusił obietnicą sławy i pieniędzy. Jednak Didion nigdy nie wyzwoliła się z nostalgii za Sacramento. Jej pierwsza powieść, Run River, historia rozpadającego się związku, osadzona jest właśnie w Kalifornii. Ta sentymentalna podróż pisarska uświadomiła jej, że mimo pracy w „Vogue’u” to właśnie na Zachodnim Wybrzeżu zarzuciła kotwicę i to za tamtejszym krajobrazem – naturalnym i kulturowym – bardzo tęskniła. Wyprowadziła się do rodzinnego stanu w 1967 r. wraz z mężem Johnem Gregorym Dunne’em, dziennikarzem, którego poznała na randce w ciemno trzy lata wcześniej. Początkowy plan był taki, by zostać na Zachodnim Wybrzeżu pół roku. Ostatecznie Didion i Dunne mieszkali tam prawie 25 lat, tworząc duet pisarski, inspirując się nawzajem i redagując swoje teksty.

Przeprowadzka do Kalifornii pod koniec lat 60. dała Didion szansę obserwowania rozkwitu hipisowskiej kontrkultury i pisania tekstów, które potem weszły w skład zbioru Dryfując do Betlejem. Powszechna kontestacja establishmentu i modeli społecznych propagowanych w latach 50., sprzeciw wobec wojny w Wietnamie oraz Ruch Praw Obywatelskich walczący o zniesienie segregacji rasowej – wszystkie te procesy społeczne wpływały niezwykle silnie na kształtowanie się kulturalnego krajobrazu Kalifornii. Didion opisuje w tym okresie przede wszystkim zamęt społeczny towarzyszący erze dzieci kwiatów. Jej teksty pełne są posępnych historii antysystemowców, w których nieuporządkowanym życiu Didion widzi rozpad tkanki społecznej. Symbolem tego rozpadu są dla niej dzieci: Max, trzylatek, nie potrafi jeszcze mówić, oraz Susan, pięciolatka, która dostaje od swojej matki LSD i na haju czyta komiksy. Dziennikarka pisze historie o tym, co się dzieje w zaułkach San Francisco i na zamkniętych imprezach w kalifornijskich klubach. Pokazuje, że rzekome wyidealizowane samooświecenie hipisów często przemienia się w hedonizm i narcyzm.

Poprzez takie historie Didion odsłaniała rozpad kryjący się za mirażem amerykańskiego mitu o kalifornizacji, ujawniając kryzys społeczny, w którego ramach społeczeństwo, zachwycone nowymi ideami, nie zwraca uwagi na postępującą atomizację i odosobnienie. Niezmiennie zdystansowanym, reporterskim głosem Didion opisuje czas rozpadu i zmiany marzenia o utopii w amerykańską dystopię. Sukces Dryfując do Betlejem utwierdził jej reputację jako czołowej dziennikarskiej interpretatorki Kalifornii. Osiągnęła go, pisząc niemal na przekór wszystkiemu: walce z depresją, z uporczywymi, fatalistycznymi myślami i nawracającymi migrenami. W 1968 r. Didion trafiła na krótko do szpitala psychiatrycznego St. John Hospital w Santa Monica. W tym samym roku „Los Angeles Times” przyznał jej tytuł Kobiety Roku.

W  wydanym dziesięć lat później White Album zebrane zostały teksty Didion publikowane w „Life”, „Esquire”, „The New York Times” oraz „The New York Review of Books”. Tytuł zbioru nawiązuje do twórczości Beatlesów. Dla Didion ta płyta miała w sobie coś niepokojącego – łączyła się w dziwny sposób ze sprawą Charlesa Mansona i rozpadem tkanki społecznej, którą opisała w Dryfując do Betlejem. Jak pisała w tytułowym tekście zbioru, „opowiadamy sobie historie, żeby żyć”. I rzeczywiście, pisząc historie w duchu nowego dziennikarstwa, w White Album Didion dotykała niezwykle szerokiego spektrum tematycznego – właściwie to wszystkiego, na co składa się życie Kalifornii.

Jej teksty traktują o spotkaniach Czarnych Panter, sesjach nagraniowych The Doors i morderstwach Charlesa Mansona. Pisarstwo Didion maluje fascynujący obraz kultury i wydarzeń, które tworzyły tak istotne dla nas do dziś konteksty kultury.

Dzięki jej esejom Kalifornia staje się metaforą Ameryki, rezonującą na cały świat.

Wschodnie Wybrzeże: feminizm i rasizm

Zarazem mimo upływu półwiecza esejów z Dryfując do Betlejem i White Album nie czyta się bez chwilowego uniesienia brwi. Przebija z nich konserwatyzm Didion i brak zrozumienia dla tego, w jakim stopniu – zwłaszcza w Kalifornii – kwestia przywileju i klasy determinowała życie ludzi na różnych stopniach drabiny społecznej. Podobnie trudno nie wyczuć jej ambiwalentnego stosunku do ruchów feministycznych. Zresztą Didion sama specjalnie go nie ukrywała. W 1972 r. na łamach „The New York Times” napisała, że druga fala feminizmu wykreowała kobiety jako osobną „klasę” – same zaś feministki przyrównała do „papierów pośpiesznie wysyłanych na powielacze, herbaty w papierowych kubkach zamiast obiadów, cienkich płaszczy przeciwdeszczowych w mroźne noce”. W wywiadzie dla „Vogue’a” kilka lat później mówiła o absurdach ruchów kobiecych i narzekała, że w Nowym Jorku nie można już nawet „poprosić sekretarki o zrobienie kawy”. Mimo tych wypowiedzi, które niechętnie przytaczane są przez entuzjastów twórczości Didion, a na których specyficzny historyczny kontekst zwracała uwagę pisarka Zadie Smith, nie sposób nie wspomnieć o tym, że w męskim klubie adeptów nowego dziennikarstwa była jedną z bardzo nielicznych kobiet z bardzo silną pozycją dziennikarskiego autorytetu. Samo to w patriarchalnym świecie amerykańskiego dziennikarstwa lat 70. stanowiło już pewien fenomen i powodowało, że często utożsamiano ją ze wzmocnieniem pozycji kobiet.

Co ciekawe, mimo powściągliwości Didion i jej niechęci do pisania z większym zaangażowaniem o przemianach społecznych to właśnie jej teksty odegrały kluczową rolę w jednym z najgłośniejszych procesów na tle rasowym w Nowym Jorku. Gdy Didion ponownie przeprowadziła się na Wschodnie Wybrzeże w 1988 r., miasto zmagało się ze wszechobecną przestępczością i pretendowało do niechlubnego miana „amerykańskiej stolicy morderstw”. W kwietniu 1989 r. w Central Parku na Manhattanie została napadnięta i zgwałcona biała kobieta. Policja nowojorska szybko powiązała brutalną napaść z grupą kilkudziesięciu czarnoskórych i latynoskich chłopców, którzy w tym czasie w parku zaczepiali przechodniów. Aresztowano pięciu podejrzanych, poniżej 16. roku życia. Chłopcy zostali przesłuchani bez adwokatów i rodziców – czterech z nich przyznało się do winy, najprawdopodobniej na skutek zastraszenia przez białych policjantów. Zostali potem skazani na podstawie nagrań zeznań, w których przyznają się do winy – pomimo faktu, że dowody DNA świadczyły o ich niewinności.

Zarówno aresztowanie, jak i całe późniejsze postępowanie przed sądem miało silny kontekst rasowy. Zachowanie policji motywowane było polityką „profilowania rasowego”, wedle której osoba czarnoskóra budziła większe podejrzenia policji. Prokuratora dążyła bowiem do szybkiego zamknięcia procesu, który miał mieć pokazowy i odstraszający charakter. W 2003 r., po latach spędzonych w poprawczakach i więzieniach, wszyscy chłopcy określani zbiorczo mianem „Central Park Five” (Piątki z Central Parku) zostali uniewinnieni. Zidentyfikowano też prawdziwego sprawcę napaści i gwałtu. W 2014 r. miasto Nowy Jork przegrało sprawę sądową z adwokatami uniewinnionych i w ramach rekompensaty musiało wypłacić wielomilionowe odszkodowanie. Sprawa ta stała się koronnym przykładem uprzedzeń nowojorskiej policji względem mniejszości rasowych. Głośny proces, który wywoływał ogromne poruszenie społeczne i gigantyczne protesty, został niedawno przedstawiony w miniserialu kryminalnym Jak nas widzą w reżyserii Avy DuVernay.

Didion od początku interesowała się sprawą Piątki z Central Parku, punktowała błędy policji i zwracała uwagę na to, że oskarżenia względem chłopców są motywowane uprzedzeniami na tle rasowym. W 1991 r., na łamach „The New York Review of Books” opublikowała ostry tekst podkreślający kontekst rasowy sprawy oraz to, że jest ona powiązana z kryzysem społecznym w Nowym Jorku. Według niej to „silne emocje otaczające sprawę spowodowały, że u ani jednej osoby z ławy przysięgłych ani przez jeden moment nie pojawiły się wątpliwości. (…) Historia joggerki wpisała się w pewną narrację, a ta narracja dotyczyła tego, co złe w mieście”. Kwestia złamanych życiorysów piątki czarnoskórych nastolatków z Central Parku zeszła na drugi plan wobec politycznego planu walki z przestępczością. Potem na okładce wydanego w 1992 r. zbioru esejów After Henry, którego tytuł nawiązuje do Henry’ego Robbinsa, wieloletniego przyjaciela i redaktora Didion, pojawiło się zdjęcie uliczek w Central Parku, gdzie doszło do napaści, o którą oskarżeni zostali czarnoskórzy chłopcy. Ta okładka to świadectwo, jak ważna dla Didion była sprawa Piątki z Central Parku.

Pisarska żałoba

W późniejszym etapie kariery Didion skoncentrowała się mocniej na introspekcyjnych esejach publikowanych w zbiorach Salvador (1983), Miami (1987), After Henry (1992), Political Fictions (2001) oraz Where I Was From (2003). Patrząc na te zbiory, łatwo zrozumieć, dlaczego tak doskonale pasuje do niej angielskie określenie „writer’s writer” – pisarki docenianej nie tylko przez szeroką publiczność, ale przez inne osoby zajmujące się pisaniem. Jej eseje uosabiały modelowy warsztat pisarski i dla wielu dziennikarzy wytyczały nowe kierunki eseistyki – podobnie jak pisarstwo Susan Sontag, do której Didion czasem jest porównywana. Ten introspektywny charakter późniejszego pisarstwa Didion ciekawie rozwijał się w kontekście jej powieściopisarstwa, które na wiele sposobów nie odbiegało tematycznie aż tak bardzo od jej twórczości dziennikarskiej.

Kobiece bohaterki w sześciu powieściach wydanych przez Didion są często okaleczone i zdystansowane od swoich emocji i od emocji tych, których kochają. Same powieści Didion pokazują zaś niezmiennie moment bolesnego kryzysu i rozkład rzeczywistości. W Modlitewniku (1977) bohaterka powieści Charlotta porzuca życie w San Francisco i wyrusza do fikcyjnej republiki Boca Grande, mając nadzieję na odnalezienie córki, która dołączyła do rewolucjonistów. Czytelnicy i czytelniczki obserwują, jak Charlotta pędzi ku samozagładzie, a rozpad struktur społeczno-politycznych stanowi metaforę fundamentalnego niepokoju, który targa bohaterkę. Z kolei w Demokracji (1984), często ocenianej jako najlepsza powieść Didion, akcja osadzona jest w Wietnamie, gdzie w czasie wojny bohaterka Inez Victor, obracająca się w wysokich kręgach władzy i wpływu, doświadcza erozji życia na każdym poziomie. Sama Didion ujawnia się jako narratorka powieści, w typowy dla siebie sposób, bawiąc się dystansem między swoją prywatną perspektywą a emocjonalną warstwą opisywanej historii.

Osobny rozdział w historii pisarstwa Didion stanowi pisanie scenariuszy filmowych. Na tym polu intensywnie współpracowała ze swoim mężem, z którym tworzyła nierozłączny duet pisarsko-salonowy.

Didion i Dunne byli jedną z ikonicznych par Hollywood, określaną często mianem dziennikarskiej power couple Kalifornii.

Tworzyli wspólnie scenariusze do filmów, w których występowały gwiazdy amerykańskiego kina: Narkomani (1971) z debiutującym wtedy w pierwszoplanowej roli Alem Pacino czy Prawdziwe wyznania (1981) z Robertem De Niro i Robertem Duvallem; scenariusz oparty był na książce Dunne’a. Bodaj najsłynniejszym i najszerzej nagradzanym scenariuszem napisanym przez duet Dunne i Didion były Narodziny gwiazdy z Barbrą Streisand i Krisem Kristoffersonem. Film, który otrzymał kilka statuetek Oscara i Złote Globy, nawiązywał do klasycznego musicalu z lat 50., zaś na jego podstawie w 2018 r. powstał remake z Lady Gagą i Bradleyem Cooperem. W przerwach od pisania swoich własnych tekstów i wspólnego tworzenia scenariuszy filmowych Dunne i Didion pisali o życiu sławnych i bogatych w Hollywood. Żyli życiem pisarzy z Kalifornii, oddalonym już bardzo mocno od zakurzonego Sacramento.

W grudniu 2003 r. mąż Didion zmarł niespodziewanie na zawał serca. Na kilka dni przed jego śmiercią adoptowana córka Dunne’a i Didion Quintina trafiła do szpitala w Nowym Jorku z zapaleniem płuc i sepsą – w momencie śmierci ojca była w śpiączce. Z tak przytłaczającą rodzinną tragedią Didion zrobiła to, co umiała najlepiej  – usiłowała ją przepracować, pisząc. Tak powstał Rok magicznego myślenia, za który otrzymała National Book Award i była nominowana do Nagrody Pulitzera. Książka jest historią bolesnej straty partnera po czterdziestu latach małżeństwa. Didion opisuje swoją żałobę i niejako biorąc siebie samą za obiekt obserwacji, pisze o tym, jak w noc po śmierci męża zdecydowała się zostać sama w domu, bo w głębi duszy czekała na jego powrót, jak wyraziła zgodę na sekcję zwłok, ale nie mogła zdobyć się na zgodę na pobranie organów, jak porządkując ubrania, nie mogła rozstać się z butami Dunne’a. Didion pisze o oczekiwaniach wobec żałobników i o presji, by osoby w żałobie „nie rozczulały się nad sobą” i manifestowały niezłomność wobec tragedii – również dlatego, że publiczna rozpacz jest czymś niewygodnym dla osób postronnych. Rok magicznego myślenia jest niezwykle ważną książką, która na swój sposób stanowi szczerą próbę konfrontacji ze stanami nieobcymi każdemu, gdy rozkład dotyka nas nie w kontekście społecznym, ale na fundamentalnie osobistym poziomie. Tragedii rodziny dopełniło to, że 16 miesięcy po śmierci ojca Quintina zmarła na ostre zapalenie trzustki.

Wręczając Didion odznaczenie National Humanities Medal w 2012 r., prezydent Barack Obama nazwał ją „jedną z najbardziej szanowanych i najbystrzejszych obserwatorek amerykańskiej kultury i polityki”. Bez wątpienia podróż literacka Didion, prowadząca pokolenia czytelników przez niemal sześć dekad rozważań na temat mitów amerykańskich, sama w sobie stanowi fenomen kultury USA. Dziennikarka stała się dla wielu przewodniczką po światach Zachodniego i Wschodniego Wybrzeża, gdyż opisała niemal pełne spektrum stanów myśli i zjawisk. Z jednej strony znajdujemy w jej pisarstwie historyczną kronikę zmian, ale z drugiej też – ogromną dawkę uniwersalizmu. Dlatego można swobodnie założyć, że jeszcze długo będziemy oglądać przechodniów w Los Angeles i w Nowym Jorku noszących skórzane kurtki z jej podobizną.

Artykuł pojawił się w numerze: Neuronauka i neurobzdury