Subskrybuj
Joan Didion / fot. Lisa Carpenter/Writer Pictures
Brytyjska pisarka i eseistka, autorka m.in. wielokrotnie nagradzanych, bestsellerowych Białych zębów (wyd. pol. 2002). Ostatnio po polsku wyszły jej opowiadania pt. Grand Union (2019).

Joan Didion i przeciwieństwo magicznego myślenia

W wielu kwestiach: osobistych, politycznych, estetycznych, można się z Didion nie zgadzać. Pozostaję natomiast jej wdzięczna za Dryfując do Betlejem, które mi pokazało, że kobieta może się wypowiadać bez asekurowania się, bez pozyskiwania sympatii, bez dbałości o miłe wrażenie, a nawet bez wątpliwości.

Twórczość Joan Didion ma tę szczególną cechę, że najbardziej ironiczne sformułowania autorki są dzisiaj odczytywane na serio, a  prowokacje dokonywane jak najbardziej na serio są traktowane z  przymrużeniem oka. Całkiem możliwe, że kiedy przedmiotem naszego zainteresowania jest ludzka skłonność do złudzeń, z czasem zaczynamy tę predyspozycję wyzwalać w innych, chociaż staraliśmy się ją przecież zdefiniować i objaśnić. Bo jak inaczej wytłumaczyć to przedziwne przekręcanie sensu? „Opowiadamy sobie historie, żeby żyć”. Zdanie, które miało być oskarżeniem, zmieniło się w osobiste credo. Podobnie jest z „myśleniem magicznym”. Myślenie magiczne to myślenie zaburzone, które widzi przyczynowość tam, gdzie jej nie ma, myli jednostkowe emocje z rzeczywistością, nakłada – Didion ujmuje to znakomicie w White Album – „linię narracji na całkiem odmienne obrazy”. Pomijając jednak krańcowość żałoby, zaburzenie to nie było na ogół udziałem Didion.

Jej hasło brzmiało: „Przyglądać się hasłom!”. Była nadzwyczaj czujna wobec słów, których używamy do wyrażania naszych podstawowych zamierzeń i przekonań – „czujna” w znaczeniu „podejrzliwa”.

Radykalnie unowocześniła Hemingwayowski „detektor bredni” i badała nim dyskurs publiczny, sprawdzając, ile tam prawdy, ile zaś ułudy. Posługiwała się w tym celu również własnymi zdaniami. Ponowna lektura odsłania jej bezwzględną uszczypliwość, której nie złagodził upływ lat. Może właśnie dlatego wciąż łatwiej jest patrzeć na fotografie Didion, niż ją czytać. Ze zdjęć emanuje niezaprzeczalna aura, teksty natomiast są przeprowadzaniem sekcji, bezlitosnej analizy naszych najulubieńszych zamiarów i poglądów, naszych haseł. Inaczej mówiąc, podczas gdy wszyscy zgodnie sączyli kool-aid, Didion trwała przy coca-coli i papierosach: „»Rodzic powinien wziąć na siebie zadanie interpretacji mitów – doradzała Letty Cottin Pogrebin w okazowym egzemplarzu czasopisma »Ms.«. – Każdą baśń czy opowieść można zrehabilitować, krytycznie interpretując jej partie swojemu dziecku«. Inni analitycy literaccy obmyślili metody rehabilitowania innych książek: Isabel Archer z  Portretu damy nie musi już być ofiarą własnego idealizmu. Może się stać ofiarą seksistowskiego społeczeństwa – kobietą, która »zinternalizowała konwencjonalną definicję żony«. Narratorkę powieści The Company She Keeps Mary McCarthy można z kolei postrzegać jako »zniewoloną, ponieważ uparcie poszukuje swojej tożsamości w mężczyźnie«”.

Cytat pochodzi z  bardzo zabawnego i bardzo kłopotliwego eseju The Women’s Movement (Ruch feministyczny) z 1972 r. Cóż to za ożywcze doświadczenie: patrzeć, jak Didion bierze pod nóż zestaw ideologicznych i  estetycznych banałów, które przez minionych 50 lat jeszcze się utrwaliły! Teraz jednak, kiedy takie metody odczytywania tekstów nie uchodzą już za absurdalne – a co więcej, kiedy zakorzeniły się nie tylko na uniwersytetach czy w wydawnictwach, ale też w naszych głowach – trudno dosłyszeć zgryźliwy ton eseistki: „Tym z nas, których wciąż zajmowało przede wszystkim badanie rozróżnień i dwuznaczności moralnych, analiza feministyczna mogła się wydawać nader ciasnym i niespójnym determinizmem”. Jaki los spotyka Didion, gdy ciasny i niespójny determinizm opanowuje nie tylko ruch feministyczny, ale i cały świat? Otóż zwodzimy samych siebie: przetwarzamy ją na swój obraz. „Uciśnieni mają prawo organizować się wokół swojego ucisku, tak jak go postrzegają i definiują”.

Rzecz jasna, stanowisko to, które młoda Didion cytowała z ironią jako jałową próbę wypracowania polityki z samych emocji, niedorastającą do marksistowskich ideałów praktycznego feminizmu, nie tylko odczytano by dzisiaj całkowicie na serio, ale też uznano by za uprawomocnione.

Wwiercanie się w grunt

Bez względu na przedmiot analizy: nową ideę kobiet jako „klasy”, dzielnicę Haight-Ashbury, Johna Wayne’a, śmierć bliskich czy własne załamanie nerwowe, celem Didion był zawsze „twardy grunt psychiki” umiejscowiony tuż pod pozornie racjonalną lub ideologiczną warstwą wierzchnią, a zapełniany przez „przesądy i kieszonkowe sofizmaty, zaspokajanie pragnień, nienawiść do samych siebie i gorzkie fantazje”. Jeszcze innym przejawem ironii w literaturze jest doszukiwanie się w tych esejach charakteru osobistego, a przecież nawet pisząc o sobie, Didion nie przestawała być reporterką, i to ani trochę bardziej wyrozumiałą wobec własnych uczuć niż wobec uczuć Joan Baez, Nancy Reagan czy dzieciaka po LSD. Była jednym tematem spośród wielu, kimś podatnym na małostkowe złudzenia jak każdy człowiek, a także – i to najistotniejsze – kimś, kto był szczerze zainteresowany wwiercaniem się w ów twardy grunt, cokolwiek się tam kryło. Nie szukała aprobaty. Nie przejmowała się tym, co „wszyscy” mówią i co „wszyscy” sądzą. Nie znosiła myślenia blokującego myślenie. W eseju Fixed Opinions, or the Hinge of History (Utrwalone opinie, czyli przełom dziejowy) z 2003 r. ujawniała takie blokady wszędzie w Ameryce: w celowo nieanalizowanych „relacjach USA z Izraelem”, w publicznym potępieniu podobnie bezkompromisowej kobiety, Susan Sontag, która ośmieliła się rozpatrywać motywacje Al-Kaidy („Innymi słowy, namysł nad naturą naszego wroga należało interpretować jako sprzyjanie temu wrogowi”). Tekst dotyczy wprawdzie bezpośrednich następstw 11 września, lecz dla współczesnego czytelnika – atakowanego zewsząd przez utrwalone opinie – poniższe uwagi mogą mieć zastosowanie bardziej uniwersalne: „Samo to pytanie (…) zaczęto postrzegać (…) jako niezadawalne, potencjalnie zabójcze, jako konwersacyjny odpowiednik torby porzuconej w autobusie. Kryjemy się. Czekamy, aż cały ten temat zostanie rozbrojony, zabezpieczony deflektorami inwektyw i kontrinwektyw. Wyrażamy wiele opinii. Niewielu z nich pozwalamy się rozwinąć. Jeszcze mniej ulega zmianie”.

Didion była kobietą, która (z godnymi uwagi wyjątkami) nie tyle wyrażała opinie – lub emocje – ile badała jedne i drugie. Jeszcze dzisiaj może się to wydawać niezwykłe, lecz pod koniec lat 80., kiedy czytałam ją po raz pierwszy, było to dla mnie czymś niespotykanym. Olbrzymie znaczenie miała jej płeć.

Kiedy autorki z mojego pokolenia mówią z respektem o „stylu” Didion, nie chodzi im raczej o luźne sukienki ani okulary przeciwsłoneczne, o papierosy, przecinki czy nawet myślniki, choć to wszystko było naprawdę fantastyczne. Chodzi o autorytet. O autorytatywny ton.

W wielu kwestiach: osobistych, politycznych, estetycznych, można się z Didion nie zgadzać. Nigdy nie pokocham Doorsów. Pozostaję natomiast jej wdzięczna za Dryfując do Betlejem, które mi pokazało, że kobieta może się wypowiadać bez zawahań, bez asekurowania się, bez pozyskiwania sympatii, bez poetyzmów, bez dbałości o miłe wrażenie, bez skromnej postawy, a nawet bez wątpliwości. Dzisiaj zapewne trudno sobie wyobrazić, w  jak wielu sprawach kobiety z mojego pokolenia obawiały się własnej niekompetencji – a proszę mi wierzyć, jedną z tych spraw było pisemne zabieranie głosu z przekonaniem o swojej racji. Chciałyśmy wierzyć, że takie pisarstwo jest możliwe. Potrzebowałyśmy dowodu, i to nie dowodu z epoki wiktoriańskiej. Didion – podobnie jak jej rówieśniczka Toni Morrison – stała się takim dowodem rzeczowym najwyższej kategorii. Co istotne, można było ją nosić przy sobie jak nóż sprężynowy, wciśniętą do tylnej kieszeni, ze względu na cienkość i poręczność jej książek. Dodawała nam pewności siebie. Podnosiła nas na duchu. A robiła to nie przez odrzucenie rzekomej domeny kobiet, lecz właśnie przez jej eksplorację: „Ów jak najbardziej realny lęk przed tym, co to znaczy być kobietą, przed nieusuwalną odmiennością – przed poczuciem, że nasze najgłębsze życie toczy się pod wodą, przed mrocznym powiązaniem z krwią i narodzinami, i śmiercią”.

Pisanie jako inwazja

Owszem, umocnione jej autorytetem, mogłyśmy już pozwolić sobie na obserwację, że u Didion są też poezja i wyśmienita beletrystyka, odłamki powieści ostre jak światło wschodzące nad pasmem Sutter Buttes. Nadal można było się z nią nie zgadzać. Jak to bywa w twórczości literackiej, jej pozornie zażarta logika przy bliższym oglądzie okazywała się niekiedy jedynie skrzącą się retoryką, bynajmniej niewolną od tego rodzaju emocjonalnych zniekształceń, które – według samej Didion – budziły jej niechęć. Cóż z tego? W esejach literackich liczy się przede wszystkim perswazja, a kiedy ma się do czynienia z  perswazją w  zdaniach Didion, po prostu nie można jej nie ulec. I jak dobrze Didion o tym wiedziała! „Pod wieloma względami pisanie to akt mówienia »ja«, narzucania się innym ludziom, twierdzenia: posłuchaj mnie, zobacz to na mój sposób, zmień zdanie. To akt agresywny, nawet wrogi. Jego agresywność można ukrywać jak tylko się chce pod osłoną zdań podrzędnie złożonych, przydawek i  nieśmiałych trybów łączących, za pomocą elips i  uników  – za pomocą całej tej maniery sugerowania zamiast twierdzenia, czynienia aluzji zamiast oświadczania – ale nie da się obejść faktu, że umieszczanie słów na papierze to taktyka ukradkowego tyrana, inwazja, narzucenie wrażliwości pisarza czytelnikowi w  jego najbardziej prywatnej przestrzeni” (tłum. J. Maksymowicz-Hamann).

Przyznanie się do „zapędów tyrańskich” czy choćby do zdolności dokonania psychicznej inwazji – a była to kolejna sfera, w której obawiałyśmy się własnej niekompetencji – dawało nam niezwykłe poczucie swobody. Niezależnie od tego, czy Didion utożsamiała się jakoś z „ruchem feministycznym”, czy nie, tworzone przez nią zdania odgrywały w tym ruchu zasadniczą rolę. Nigdy nie zdołałam jej za to podziękować, może tylko przez świadome i nieświadome naśladownictwo. Niewątpliwie uznałaby tę myśl za sentymentalną i niepotrzebnie uogólniającą, jednak należę do licznych zastępów autorek, które mają wobec niej wielki dług.

Mając 24 lata, bardzo niedoświadczona, trafiłam na imprezę literacką na Upper West Side. Mniej więcej w tym samym czasie palenie papierosów wewnątrz pomieszczeń uznano powszechnie za niepożądane, przez co potężną społeczną i praktyczną presję wywierano na balkony. Był to również okres myślenia magicznego, kiedy palaczki takie jak ja odstępowały od kupna papierosów, po czym spędzały wieczory na tropieniu mniej naiwnych, od których można by wysępić fajki. I tak oto ją znalazłam – jedną z tych osób niezbyt podatnych na ułudę. Stała gdzieś w kącie pomieszczenia, paląc. Była bardzo drobna i bardzo stara. Bez komentarza wręczyła mi papierosa i dopiero gdy znalazłam się na balkonie, pewna młoda autorka, Amerykanka, wyjaśniła mi podekscytowana, z kim rozmawiałam. Na tym etapie życia moja wiedza o twórcach literackich, ich mitologiach i biografiach, a nawet ich wyglądzie była znikoma. Znałam tylko ich zdania. Zastanawiałam się przez chwilę, czy nie wrócić czym prędzej do środka i nie dać gwałtownie upustu emocjom wobec tej wielkiej amerykańskiej pisarki Joan Didion – od której tyle się nauczyłam, która tyle znaczyła dla mnie osobiście – ale pomyślałam o jej zdaniach i zrezygnowałam.

 

Tłumaczyła Anna Skucińska

Śródtytuły pochodzą od redakcji

Copyright © Zadie Smith 2021

This piece was first published in „The New Yorker”. Reproduced by permission of the author c/o Rogers, Coleridge & White Ltd., 20 Powis Mews, London W11 1JN, UK

Artykuł pojawił się w numerze: Neuronauka i neurobzdury