Subskrybuj
Kadr z klasyki kinowego konspiracjonizmu, filmu "Oni żyją" (1988). Fot. East News
Socjolog, doktorant na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, stały współpracownik „Magazynu Kontakt”. Twórca facebookowej strony „Pozytywistyczna wibracja”

Praktyki spiskowe

Spiskowy światopogląd opiera się na trzech zasadach: nic nie dzieje się przypadkiem; nic nie jest takie, jakie się wydaje; wszystko jest powiązane.

Po pierwszym tygodniu wojny w mediach między artykułami prezentującymi w przerażających detalach jej przebieg pojawiać się zaczęły teksty opisujące zgoła inne zjawisko. „Wojna w Ukrainie: »Moje miasto jest pod ostrzałem, ale mama mi nie wierzy«” – głosił nagłówek tekstu w BBC z 5 marca autorstwa Marii Korenyuk i Jacka Goodmana. „Ukrainiec traci rodziców przez rosyjską propagandę: »Mogę uważać się za sierotę«” – pisała tego samego dnia Thaisa Semenova, reporterka „Kyiv Independent”. „Ukraińcy dowiadują się, że ich bliscy nie wierzą w wojnę”, donosiła 6 marca w „The New York Timesie” Valerie Hopkins. Zanim jeszcze Roskomnadzor podjął próbę zamknięcia w Rosji internetu, krajowe media skutecznie zamknęły część społeczeństwa w alternatywnej rzeczywistości.

Przekonanie o sile rosyjskiej propagandy sprawia jednak, że rewelacje te nie brzmią tak szokująco. Czy zachodnie, liberalne demokracje mogą więc spać spokojnie, wyliczając sobie przed zaśnięciem prawa i swobody swoich obywatelek? Czy wolność słowa dostatecznie chroni przed dezinformacją? Niech ponownie przemówią nagłówki. „Ukraina to fałszywa flaga! Nie, to koniec Deep State’u! Oszołomy nie mogą się zdecydować” – ostrzegał 28 lutego publicysta „Rolling Stone” Peter Wade. „Inwazja na Ukrainę: Fałszywe twierdzenia nadal stają się wiralami” – pisali tego samego dnia Kayleen Devlin i Shayan Sardarizadeh, dziennikarze portalu BBC. „Proputinowska dezinformacja na temat Ukrainy kwitnie w internetowych grupach antyszczepionkowych” – donosiła 2 marca Kiera Butler na łamach „Mother Jones”.

Alchemicy autokratów opracowujący proszki do prania mózgów. Instagramowi influencerzy wypływający na szerokie wody na fali kontrowersji. Populistyczni politycy spragnieni upajających procentów poparcia. I setki tysięcy osób wierzących zupełnie szczerze, że świat ich okłamuje, chłonący jak gąbka prawdziwszą prawdę, która, jak w Archiwum X, jest „gdzieś tam” – w tekstach sprzed setek lat czy postach na forum sprzed kilku miesięcy. Z rezerwuaru konspiracjonizmu korzystają różni ludzie, w  różnych celach, na różne sposoby. Teorie spiskowe są w końcu niezwykle praktyczne.

Wciągnięci w spisek

Choć o  teoriach spiskowych mówi i  pisze się  sporo, to ich wątek zbyt często ucinany jest jedną z dwóch brzytew, noszących nazwiska Ockhama i Hanlona. Ta pierwsza każe ciąć, gdy znajdzie się najprostsze wyjaśnienie problemu, np.: skoro nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o  pieniądze. Według takiego wyjaśnienia głosiciele teorii spiskowych to nic więcej jak opłacane trolle, zawodowi siewcy zamętu i guru bogacący się na tragediach. Druga brzytwa znajduje z kolei zastosowanie, gdy pierwsza okaże się zbyt tępa. Zasada jej użycia jest następująca: owszem, może i większość przypadków da się wyjaśnić złą wolą, ale nie należy jej domniemywać, jeśli zadowalającą eksplikacją jest ludzka głupota. Ta heurystyka prowadzi do wniosku, że konspiracjonizm to domena nie tylko cyników, lecz przede wszystkim kowidiotów, odklejeńców i innych szurów (termin ten pochodzi najpewniej od słowa „szurnięty”).

Brzytwy Ockhama i Hanlona bywają wygodnym narzędziem do codziennego stosowania w kontaktach z myśleniem spiskowym. Wchodzenie z nim w polemikę czy dogłębne weryfikowanie na własną rękę wątpliwych tez nie zawsze jest bowiem pożyteczną strategią. Jak dowodził Charlie Warzel w zatytułowanym Don’t Go Down the Rabbit Hole (Nie zagłębiaj się w króliczą norę) eseju, opublikowanym w lutym 2021 r. w „NYT”, głoszący fałszywe twierdzenia często chcą przede wszystkim ukraść uwagę. Kradnąc ją, zyskują szansę, by zasiać wątpliwość. Stąd też najlepszą metodą weryfikowania informacji bywa często ta, która ogranicza do minimum kontakt z zatrutym dyskursem. Podejście to może się wydawać nieintuicyjne czy wręcz szkodliwe. Warzelowi zarzucano dywersję, nakłanianie do dezercji z pola walki o fakty. Jednak czy na pewno dogłębne studiowanie napotykanych twierdzeń jest zawsze najlepszą na nie reakcją? Zachęty do „włączenia myślenia”, „szukania prawdy na własną rękę” i „kwestionowania wszystkiego” należą wszak – paradoksalnie – do arsenału taktyk konspiracjonistów. Namawiając do zejścia z utartych szlaków, szukają szansy, by przeciągnąć na swoją stronę osoby pozbawione kompetencji (cyfrowych, medialnych, akademickich) niezbędnych do przetrwania w informacyjnej dziczy.

Nie znaczy to, że wątki spiskowe należy zawsze kategorycznie ucinać, gdy tylko się pojawią. Po pierwsze, dlatego że spiski bywają prawdą. Po drugie zaś, dlatego że fałszywe teorie dają wgląd w ważne obszary społecznej świadomości: w sfery lęków i nadziei, w źródła rezygnacji i spełnienia.

Jednakże ciągnąć te wątki trzeba ze świadomością, że nie prowadzą do idealnie kulistego kłębka, tylko do chaotycznej plątaniny obaw i frustracji, nienawiści czy nawet zbrodni.

Przeteoretyzowanie

Pierwszy supeł napotkać można już na etapie definiowania teorii spiskowych. Pozornie nie jest to trudne. Jedna z popularniejszych definicji, autorstwa Michaela Barkuna, autora pracy A Culture of Conspiracy (Kultura spisku), głosi, że spiskowy światopogląd opiera się na trzech zasadach: nic nie dzieje się przypadkiem; nic nie jest takie, jakie się wydaje; wszystko jest powiązane. Nieco więcej cech, w tym wymienione wyżej, zawiera definicja proponowana przez Komisję Europejską i UNESCO. Teoria spiskowa, oprócz istnienia sekretnej zmowy, zakłada obecność grupy spiskowców, opiera się na wątpliwych dowodach, dzieli świat na dobrych i złych, a pewną kategorię podmiotów traktuje jako kozły ofiarne.

Te i podobne definicje oparte na wyliczeniu charakterystyk zgrabnie ujmują kluczowe wyróżniki najpopularniejszych teorii spiskowych. Na gruncie uniwersyteckim są jednak często kontestowane. Próbę podsumowania spektrum rozważań akademickich podjął w pracy Conceptual History and Conspiracy Theory (Historia pojęć i teoria spisku) Andrew McKenzie-McHarg. Na jednym krańcu spektrum kładzie podejście postrzegające konspiracjonizm jako „antropologiczną stałą”, towarzyszącą ludzkości od zawsze praktykę tworzenia alternatywnych wizji rzeczywistości ze świadomością, że idą w poprzek temu, co powszechnie uważa się za fakty. To podejście opiera się na założeniu, że rozróżnienie między prawomocnymi a nieprawomocnymi wersjami wydarzeń istniało zawsze w świadomości społecznej  – co jednak wiele badaczek podważa. Choć nie brak prac poświęconych teoriom spiskowym w antycznym Rzymie czy średniowiecznej Europie, to z reguły celowo używają tej kategorii anachronicznie, by ukazać podobieństwa i różnice względem współczesności.

Analizując w  pracy Conspiracy Theories in the Roman Empire (Teorie spiskowe w  starożytnym Rzymie) starożytne narracje na temat pożaru Rzymu z 64 r., Victoria Emma Pagán wskazuje kilka znanych współcześnie cech myślenia konspiracjonistycznego. Krążące w I w. n.e. teorie obarczające winą za katastrofę cesarza Nerona bądź wspólnoty chrześcijańskie służyły paru ważnym celom. Nadawały sens rzeczywistości, tłumacząc, dlaczego bogowie nie uchronili Wiecznego Miasta. Odsuwały obawy, że z powodu ludzkich zaniedbań podobne katastrofy mogą powracać. Pozwalały rozładować napięcie wywołane przez kryzys, wskazać odpowiedzialnych za jego powstanie i nie dopuścić, by naruszył reguły funkcjonowania społeczeństwa.

Jednocześnie protokonspiracjonizm opisywany choćby w Rocznikach Tacyta dzielą od współczesnego istotne różnice. Pierwszą jest choćby to, że antyczny historyk nie dyskredytuje prezentowanych teorii, ale postrzega je jako dopuszczalne. Do tego dochodzą warunki kulturowe. Kultura oralna tworzy środowisko, w którym plotki i pogłoski krążą inaczej niż w kulturze opartej na druku i nowych mediach. Antyczna sfera publiczna była ograniczona przestrzennie, oparta na relacjach bezpośrednich, cenzurowana, wykluczająca z uczestnictwa większość społeczeństwa. W  takich warunkach dzisiejsze teorie spiskowe, nawet gdyby wykiełkowały, zapewne szybko by obumarły.

Przeciwne, reprezentowane szczególnie przez Jacka Braticha podejście wiąże nieostrość pojęcia z jego dyskursywną rolą we współczesnym społeczeństwie. Opierając się choćby na koncepcji „reżimów wiedzy / władzy” Michela Foucaulta, sugeruje, że „teorie spiskowe” nie istnieją jako zjawisko, lecz jedynie są narzędziem służącym do uprawomocniania jednych poglądów i dezawuowania innych. Ich cechy zmieniają się więc w zależności od kontekstów, potrzeb konkretnych podmiotów czy instytucji.

To, jak zarzut konspiracjonizmu służy tworzeniu podziałów, zaobserwować można było niedawno na przykładzie tzw. hipotezy wycieku laboratoryjnego. Funkcjonująca w różnych wersjach teoria, zgodnie z którą wirus SARS-CoV-2 wydostał się z laboratorium w Wuhan, została w pierwszych miesiącach pandemii przechwycona, zwulgaryzowana i doprawiona rasistowskim podtekstem przez skrajnie prawicowe środowiska szukające winnych tragicznej sytuacji. Sięgnął po nią również Donald Trump nazywający COVID-19 „chińską grypą” i sugerujący otwarcie, że ewentualny wyciek nie był przypadkiem, lecz elementem spisku Pekinu. Piętno konspiracjonizmu na hipotezie wycieku laboratoryjnego sprawiło, że została szybko zdyskredytowana – nawet w najłagodniejszych wersjach. Tym najostrzejszym i najgroźniejszym przysporzyło to z kolei popularności w skrajnych środowiskach. Trafiły bowiem do, używając pojęcia Michaela Barkuna, kategorii „wiedzy stygmatyzowanej”, zbioru narracji zasilających współczesne teorie spiskowe.

Mimo to po czasie hipoteza wycieku wróciła do głównego nurtu debaty publicznej. Tym razem nie za sprawą Trumpa i alt-rightu, lecz eseju w kulturalnym czasopiśmie. W styczniu 2021 r. „New York Magazine” opublikował tekst Nicholsona Bakera zatytułowany po prostu The Lab-Leak Hypothesis (Hipoteza wycieku laboratoryjnego). Można spekulować, czy przegrana republikanina kilka miesięcy wcześniej i pozorne słabnięcie jego wpływów sprawiły, że temat zaczął być postrzegany jako bezpieczniejszy. Nie ma natomiast wątpliwości, że sprawną retorycznie argumentacją za teorią, iż w Wuhan dojść mogło nie do spisku, ale nieszczęśliwego wypadku, Baker dokonał wyłomu w dyskursie. W maju Jeremy Page, Betsy McKay i Drew Hinshaw donosili na łamach „The Wall Street Journal” o wątpliwościach naukowców wcześniej kategorycznie odrzucających hipotezę. Do końca roku obszerne analizy argumentów za możliwością wycieku opublikowały najbardziej opiniotwórcze amerykańskie media. Choć, jak dowodzili niedawno w „Scientific American” Stephan Lewandowsky, Peter Jacobs i Stuart Neil, hipoteza nie doczekała się przekonywających dowodów i traci na znaczeniu, to mimo wszystko granice dopuszczalności jej formułowania w debacie – publicznej i akademickiej – radykalnie się przesunęły.

Mroki oświecenia

Zgłębiając teoretyczną literaturę akademicką i meandry konkretnych studiów przypadku, nie sposób nie dojść do wniosku, że istnienie teorii spiskowych pozostaje teorią. To problem każdej debaty na temat statusu ontologicznego pojęć używanych w naukach społecznych – społeczeństwa, klas i ról. Refleksji nad nimi zawsze towarzyszy pytanie, czy są odkrywane, czy też konstruowane. Pod tym względem przypominać może wręcz dociekania poszukiwaczy spisków – konstruujących piętrowe układy w przekonaniu, że jedynie ujawniają prawdę. Z tego napięcia rodzą się także zarzuty spiskowych tendencji wobec samych badaczy społecznych. Pierre’owi Bourdieu, prawdziwemu Indianie Jonesowi poszukiwań ukrytych sił rządzących życiem społecznym, zarzut konspiracjonizmu stawiał krajan, filozof Pierre-André Taguieff. Może więc koncepcja teorii spiskowych to spisek badaczek szukających nowych obiektów badań?

McKenzie-McHarg proponuje ciekawe wyjście z pułapki przeteoretyzowania. Zauważa, że istnieje konsensus co do okresu, w którym „teoria spiskowa” weszła do słownika pojęciowego społeczeństw – przynajmniej zachodnich. Zdaniem badacza wydarzyło się to mniej więcej między II poł. XIX w. a I poł. XX w. Obserwacja ta prowadzi go do konkluzji, że określenie warunków, które wzbudziły tę świadomość, da lepsze zrozumienie samego fenomenu.

Oznacza to, że by scharakteryzować naturę teorii spiskowych należy przyjrzeć się nowoczesności. To jej wytworem jest współcześnie rozumiany konspiracjonizm. Weberowski proces odczarowywania świata podważył dotychczasowe autorytety, przede wszystkim kościelny i monarszy, a w ich miejsce wejść miał rozum dający odpowiedzi lepsze od tych, których dostarczały wcześniej religia i tradycja. Towarzyszyła temu wiara, że przyszłość urządzona według zasad nauki, racjonalnie, będzie przyszłością najlepszą z możliwych. Dzieje ludzkości przestały toczyć się ku apokalipsie, czasom ostatecznym. Ich horyzontem stała się powszechna szczęśliwość. Jak jednak piszą Andrzej W. Nowak, Krzysztof Arbiszewski i Michał Wróblewski w książce Czyje lęki? Czyja nauka?, była to w dużej mierze propaganda sukcesu: „Grzechem nowoczesności i oświecenia było to, że mechanizm legitymizowania praktyki polegający na wyparciu lęku i apokalipsy był często silniejszy niż realna możliwość usunięcia zagrożeń. Narracja okazywała się silniejsza niż praktyka. Problemem nowoczesności okazało się to, że nie potrafiła ona dopełnić swej obietnicy. Co więcej, sama zaczęła produkować własne zagrożenia i nie dość, że nie mogła w pełni wypełnić obietnicy ich usunięcia, to sama zaczęła wywoływać lęki”.

Dziś to nauka i technika są obiektem oskarżeń o spisek, to ich autorytet jest celem ataków. Błędem jest jednak bronienie ich w sposób, w jaki czyniły to Kościół czy monarchie, mierząc się z sekularyzacją oraz demokratyzacją: po prostu każąc ludziom wierzyć. Istnieją poważne powody do krytyki świata nauki, poczynając od zamykania się naukowców w wieży z kości słoniowej, z której wysyłają społeczeństwu pisane niezrozumiałym żargonem komunikaty, a na motywowanych finansowo oszustwach czy nieetycznych eksperymentach kończąc.

Błędnie adresowana krytyka to pożywka dla głosicieli teorii spiskowych, przekształcających słuszne wątpliwości w konspiracjonistyczny światopogląd. Co gorsza, w ich rolę wchodzą czasem sami badacze czy lekarze, stając się „handlarzami złudzeń”. Są tytułowymi bohaterami głośnej książki Naomi Oreskes i Erika M. Conwaya opisującej, jak pojedynczy naukowcy na zlecenie przemysłu tytoniowego czy wydobywczego podważali przez lata akademicki konsensus na temat szkodliwości palenia bądź antropogenicznego charakteru zmian klimatu. Przypadki siania wątpliwości przez naukowców można znaleźć także na rodzimej ziemi. Denialistów klimatycznych autorytetem i medialną aktywnością wspierał przez lata zmarły w 2011 r. prof. Zbigniew Jaworowski, a obecnie antyszczepionkową dezinformację sieje Polskie Stowarzyszenie Niezależnych Lekarzy i Naukowców.

Klimatyczny denializm nie rozwinąłby się jednak tak dobrze, gdyby nie dekady zaniedbań w naukowej alfabetyzacji społeczeństwa. Problemem jest niekoniecznie brak wiedzy na konkretne tematy, ale brak wiedzy na temat samej wiedzy: procesów jej wytwarzania, zarówno społecznych, jak i technicznych. Brakuje kontaktu z laboratoriami, pracowniami. Skuteczną kontrą na konspiracjonistyczny postulat „otwarcia oczu” może być otwarcie uniwersytetów, placówek badawczych, laboratoriów przedsiębiorstw farmaceutycznych. Nowak, Arbiszewski i Wróblewski zwracają jednak uwagę, że takie działanie narusza liczne interesy: „Procesy technologiczne, naukowe, procedury medyczne z powodu wymogów rynku nie są poddane prawu patentowemu, zastrzegane etc. Wzmaga to proces alienacji i sprzyja produkcji społecznego lęku”.

Rządzone nie ludzką, lecz rynkową logiką mechanizmy funkcjonowania gospodarek kapitalistycznych tylko wzmagają wiarę w spiski. Gdy w Stanach Zjednoczonych zaczęto oferować za darmo szczepionki na COVID-19, wielu zwolenników publicznego systemu ochrony zdrowia ironizowało, że u przeciętnego Amerykanina zabieg medyczny dostępny powszechnie i za darmo z pewnością wzbudzi wątpliwości. Otwarta rozmowa na temat meandrów nauki, techniki, medycyny wymaga od dzierżących różną władzę podmiotów stanięcia przed pytaniami, na które wolałyby nie odpowiadać – o czym cyniczni „handlarze złudzeń” doskonale wiedzą.

NauQowcy

Relacje między nauką a teoriami spiskowymi dodatkowo plączą aspiracje tych drugich do miana teorii właśnie. Współczesny konspiracjonizm nie jest zaprzeczeniem nauki, lecz jej parodią, aberracją. Głosiciele hasła „wyłącz telewizor i włącz myślenie” wydają się przecież iść w kierunku, w którym racjonalnemu człowiekowi iść wypada – ku refleksji nad dogmatami, ku niezależności sądzenia. Problem w tym, że nie wiedzą zazwyczaj, w którym miejscu się zatrzymać.

Dziś nawet płaskoziemców, ruch o korzeniach religijnych, cechuje radykalny empiryzm. Kelly Weill w książce Off the Edge (Poza krawędzią) opisuje m.in. historię Mike’a Hughesa – kaskadera, który zginął, wystrzeliwując się w kosmos, by sfotografować ziemski dysk.

Rzucając wyzwanie nauce, szczerzy wyznawcy irracjonalnych poglądów gotowi są ich bronić zgodnie z kanonami sztuki. Szermują artykułami z czasopism naukowych, powołują się na autorytety oraz prawa logiki. I nigdy nie przegrywają, bo spiskowy światopogląd, oferując nieskończone możliwości racjonalizowania, chroni przed porażką.

Wypływająca z konspiracjonistycznego światopoglądu skłonność do debatowania to jeden z powodów, dla których rozwój portali społecznościowych od kilkunastu lat napędza popularność teorii spiskowych. W końcu internet to jedna wielka kłótnia, nieograniczony czasem i przestrzenią klub dyskusyjny, w którym wszystko można zakwestionować. Klub ten ma też funkcję towarzyską. Wzdłuż osi sporów zawiązują się przyjaźnie, obce osoby, nierzadko z różnych krańców świata, łączą niszowe pasje – do wędkarstwa muchowego albo też tropienia wśród celebrytów jaszczuroludzi. Ważną rolę grają wreszcie algorytmy, dzięki którym radykalne, lecz angażujące treści, niegdyś skryte na nieodwiedzanych blogach i stronach domowych, lądują na samym szczycie aktualności.

Nie dziwota więc, że obserwowany w ostatnich latach zwrot ku irracjonalizmowi zbiegł się z pandemicznym zamknięciem w domach, usieciowieniem nowych grup społecznych. Co prawda, jak słusznie pisał Łukasz Najder w „Znaku” z września 2020 r.: „Nasze przeświadczenie, że w dobie COVID-19 »wszyscy« odizolowali się od wszystkich w swoich przestronnych, zaikeowanych mieszkankach – i że »każdy« oddaje się w nich kulinarno-czytelniczej pasji – było w znacznej mierze złudzeniem uprzywilejowanych (…).

Mirażem była jednak także wizja tego, jak ta odpowiedzialna, #zostającawdomu klasa średnia spędzała okres pandemicznego zamknięcia. O ile upieczonym chlebem przystoi pochwalić się na Instagramie, o tyle skrolowaniem godzinami antyszczepionkowych grup już niekoniecznie. A tymczasem chłonięcie konspiracjonistycznych treści może dać więcej satysfakcji niż ugniatanie ciasta czy szydełkowanie. Współczesne teorie spiskowe to przecież esencja rozrywki. Krwawe eksperymenty, a nie nużące opisy działania technologii mRNA. Nic dziwnego więc, że jeden z najistotniejszych – i najgroźniejszych – obecnie „superspisków” narodził się na forum obrazkowym, a rozwinął poprzez YouTube’a i inne portale specjalizujące się w dilowaniu zastrzykami dopaminy

Superspisek, termin ukuty przez Michaela Barkuna w cytowanej już A Culture of Conspiracy, „(…) odnosi się do konstruktów spiskowych, w których wiele spisków jest ze sobą hierarchicznie powiązanych. (…) Na szczycie hierarchii spiskowej znajduje się odległa, ale wszechmocna zła siła manipulująca pomniejszymi aktorami spiskowymi”. QAnon to sztandarowy przykład takiego układu. Narodził się krótko po rozpoczęciu prezydentury Donalda Trumpa – samozwańczego geniusza biznesu, a w rzeczywistości doskonałego „handlarza złudzeniami”. Od momentu jego startu w wyborach wiadomo było, że w przypadku wygranej stworzy idealny klimat polityczny dla rozwoju teorii spiskowych, wprowadzi je do głównego nurtu debaty publicznej. W  przeszłości propagował fałszywą teorię na temat pochodzenia Baracka Obamy, w trakcie kampanii zaś postawił na fasadową antyestablishmentowość. Podczas gdy Bernie Sanders stawiał na realną krytykę systemu kapitalistycznego, Trump oferował krytykę konspiracjonistyczną, skrajnie ostrą w retoryce, ale w praktyce niezagrażającą interesom miliarderów ani polityków.

Na podobnych zasadach uformował się ruch QAnon. Jego fundament przez lata stanowiły przekazy od tajemniczego Q, osoby bądź grupy osób mających ponoć dostęp do najbardziej skrywanych tajemnic Stanów Zjednoczonych. Kryptyczne komunikaty Q odsłaniały kulisy działania Deep State’u – rzekomego związku potężnych sił w administracji USA, utrudniającego rządzenie Trumpowi – i amerykańskiego establishmentu, prezentowanego jako satanistyczna sekta kanibalistycznych pedofili. Szokującą wiedzą ze swoimi wyznawcami, nazywanymi często armią, Q dzielił się na kilku anonimowych, pozbawionych niemalże moderacji forach dyskusyjnych. Stały się one miejscem konstruowania niezwykle złożonej teorii superspisku.

Jak pokazuje w wyprodukowanym przez HBO dokumencie Q: Nadchodzi burza Cullen Hoback, posty Q studiowane były przez rozsianą po świecie sieć skrajnie prawicowych „badaczy spisków”, podżeganych przez szare eminencje alt-rightu pokroju Rogera Stone’a. Wiążąc interpretacje tajemniczych zapisów ze znanymi już sobie teoriami i dodając do nich własne neurozy i uprzedzenia, uczynili QAnon amalgamatem nierzadko sprzecznych narracji o długim rodowodzie. Zgłębiając ten jeden tylko fenomen, uczestniczy się w intensywnym kursie historii konspiracjonizmu, z którego każdy może wyciągnąć coś dla siebie. Podobnie jak naukowcy patrzący w przeszłość, by lepiej zrozumieć teraźniejszość i przyszłość, także konspiracjoniści stoją na ramionach gigantów. W których istnienie przed tysiącami lat często zresztą wierzą.

„Burza” z tytułu dokumentu Hobacka to dzień sądu i zagłady wszystkich wrażych sił, których machinacje odsłaniał (milczący od miesięcy) Q. Choć prognozy, że nadejdzie za prezydentury Trumpa, nie sprawdziły się, to QAnon ma się dobrze i stanowi ważną siłę w amerykańskiej polityce. Historia wielu sekt chrześcijańskich dowodzi, że raz ustaloną datę Armagedonu można przesunąć. QAnon różni się jednak od nich choćby brakiem oświeconego guru, pojedynczego autorytetu zdolnego wyjaśnić przyczyny pomyłki i wskazać, co będzie się dziać dalej. Ten superspisek to globalny eksperyment kolektywnego wytwarzania (nie)wiedzy i nakręcania paranoi, którego ostateczne rezultaty nie są jeszcze znane.

Między szturmem Belwederu a szturmem Kapitolu

Wstępne rezultaty są jednak dość przerażające. QAnon wydawać się może dziwaczną i niepokojącą, ale mimo wszystko zabawą internautów o wybujałej wyobraźni, oazą dla eskapistów szukających towarzystwa innych myślących podobnie osób, przy okazji poświęcających zwykłe więzi rodzinne. Internetowa społeczność łączy różne pokolenia – od nastoletnich trolli, którym wszystko jedno, jakie poglądy głoszą, po stateczne panie domu, fascynatki medycyny naturalnej zatroskane o los swoich dzieci, nazywane PastelAnon. QAnon już dawno wyszedł jednak poza sieć. Owładnięte wiarą w superspisek osoby nie tylko angażują się w liczne protesty, ale dokonują napadów, porwań, morderstw. Kulminacją tych dramatycznych transgresji był słynny szturm na waszyngtoński Kapitol z 6 stycznia 2021 r.

Inspirowana teorią spiskową próba insurekcji każe powrócić do rozważań o nowoczesności. Jest ona wszak okresem nie tylko rewolucji w nauce i technice, ale także rewolucji zbrojnych. Powstania te dowodziły raz za razem, że nie każdy spisek jest rojeniem szaleńców. W Polsce sprzysiężenie Piotra Wysockiego doprowadziło do wybuchu powstania listopadowego, a włoscy karbonariusze wywoływali insurekcje w kraju i wspierali ruch rewolucyjny na kontynencie. Wymieniając tajne stowarzyszenia związane z historią powstań, nie sposób wreszcie nie wspomnieć iluminatów. Zdaniem Barkuna ich model organizacji oraz cele – uwolnienie świata od wpływu autorytetów religijnych i politycznych – stanowiły ważną inspirację dla ruchów rewolucyjnych z końca XVIII i początku XIX w. Stało się tak jednak nie tyle za sprawą ich własnych działań, ile legendy, którą dopisali im reakcjoniści po rewolucji francuskiej. Wymienić tu trzeba przede wszystkim Augustina Barruela i Johna Robisona. Prace tych XVIII-wiecznych autorów wpłynęły jednak nie tylko – wbrew ich intencjom – na ruch rewolucyjny w Europie, inspirujący się opisami mechanizmów rzekomej działalności spiskowej iluminatów. Przede wszystkim stanowiły kluczowe ogniwo ewolucji koncepcji wyrażonej ostatecznie w Protokołach Mędrców Syjonu.

Ten antyrewolucyjny pamflet z początku XX w. stworzony został ponoć na zlecenie tajnej policji carskiej, ochrany, a kolportowany był m.in. przez nacjonalistyczne czarne sotnie. Protokoły… w roli spiskowców, knujących zaprowadzenie nowego porządku światowego, osadzają nie iluminatów, lecz Żydów, czerpiąc z długiej tradycji europejskiego antysemityzmu. Przekonanie o globalnym żydowskim spisku nie było jednak na przełomie XIX i XX w. ani endemiczne dla Rosji, ani uznawane za niewłaściwe, stygmatyzowane. W  Polsce bliźniacze poglądy cechowały przecież przedstawicieli ruchu narodowego.

Michael Butter, w książce The Nature of Conspiracy Theory (Istota teorii spiskowych), przywołuje z kolei jako encyklopedyczny przykład teorii spiskowej fragment artykułu powstałego w Wielkiej Brytanii w 1920 r. Wylicza on nazwiska żydowskich rewolucjonistów – od Adama Weishaupta, założyciela Bawarskich Iluminatów, przez Lwa Trockiego, po amerykańską anarchistkę Emmę Goldman  – by dowieść tezy o ich globalnym spisku. Autorem tego artykułu był Winston Churchill. Myślenie spiskowe, a przede wszystkim spiskowa działalność przedstawicieli władzy od dekad zatruwa zaufanie do najważniejszych instytucji. Konspiracjonizm jest jednak ich bezzębną krytyką. Widząc zagrożenie we wszystkim, nie jest w stanie umiejscowić go nigdzie konkretnie. Popadając w manicheizm, nie potrafi być pragmatyczny. To „krytyka systemu” dla systemu najmniej groźna. Nic więc dziwnego, że kooptowana bywa przez siły w rzeczywistości reakcyjne.

Rosja kontra świat

Zakorzeniona w Protokołach… idea nowego porządku świata jest więc ważnym elementem opanowującego Partię Republikańską uniwersum QAnon, ruchów antyszczepionkowych żyjących w symbiozie z polską skrajną prawicą czy wreszcie propagandy putinowskiego reżimu. Przykłady użyteczności tej koncepcji dla potrzeb Kremla opisał Ilja Jabłokow w pracy Conspiracy Theories in Putin’s Russia (Teorie spiskowe w Rosji Putina). W polityce zagranicznej służy dowodzeniu, że USA dążą do globalnej dominacji, czemu należy się przeciwstawiać. Na potrzeby wewnętrzne tworzy mobilizujący społeczeństwo syndrom oblężonej twierdzy. Czyniąc jednym z podmiotów spiskujących na rzecz nowego porządku osoby LGBT+, umacnia sojusz państwa z Cerkwią. Ułatwia także społeczną akceptację radykalnych polityk, usprawiedliwiając je jako wprowadzane w stanie wyższej konieczności.

W podsumowaniu opublikowanej w 2020 r. pracy Jabłokow zwraca uwagę, że polityczne elity Rosji nie muszą na razie sięgać po potencjał teorii spiskowych, gdyż radzą sobie z kontrolowaniem społeczeństwa na inne sposoby. Dodaje jednak: „[S]tanowiąc populistyczne narzędzie, które pomaga redystrybuować władzę wśród wszystkich aktorów politycznych, antyzachodnie teorie spiskowe (w tym teorie spiskowe dotyczące Nowego Porządku Świata) mogą stać się ważnym czynnikiem w przyszłej ewolucji reżimu politycznego w Rosji”.

Słowa te okazały się, niestety, prorocze.

Narracja Kremla na temat inwazji na Ukrainę pełnymi garściami czerpie z rezerwuaru konspiracjonistycznego. Radio Oblężona Rosja nie tylko gra stare hity o globalnym spisku, ale sięga po nowe przeboje, jak kłamliwa plotka o posiadaniu przez Ukrainę laboratoriów broni biologicznej.

Badając jej źródła i trajektorię rozprzestrzeniania, Ben Collins i Kevin Collier z NBC wyróżnili jako jeden z punktów węzłowych… twitterowe konto poświęcone QAnon.

Słuchając Siergieja Ławrowa mówiącego z kamienną miną, że Rosja nie zaatakowała Ukrainy, powrócić można z kolei do uwagi poczynionej w 2003 r. przez Barkuna: „Nie wkroczyliśmy jeszcze w świat pełnego pluralizmu epistemologicznego i nie jest jasne, jak taki świat funkcjonowałby lub mógłby funkcjonować w życiu codziennym (…). Jednak zwolennicy teorii spiskowych, zwłaszcza ci, którzy wierzą w superspiski, wydają się zamieszkiwać inny epistemiczny wszechświat, w którym nie obowiązują zwykłe reguły określania prawdy i fałszu. Ponieważ ich szeregi rosną, stanowią problem jednocześnie kulturowy i polityczny”.

Trump, Putin, Ławrow, Orban, Le Pen, ale też Justyna Socha ze „Stop NOP”, celebryci pokroju Edyty Górniak i dziesiątki innych handlarzy strachem, niepewnością i złudzeniami robią wszystko, co w ich mocy, by ten świat nastał. Nie da się ich jednak powstrzymać, każąc ludziom wierzyć w naukę, prawo, media, państwo. Instytucje te, by odzyskać zaufanie, muszą stać się bardziej zrozumiałe, bliższe praktyce życia codziennego. Inaczej miejsce skompromitowanych w  oczach społeczeństw, a  dominujących obecnie teorii prawnych, gospodarczych, naukowych zająć mogą teorie spiskowe.

Artykuł pojawił się w numerze: Tu mówi Ukraina