Subskrybuj
fot. Adrianna Bochenek / Agencja Wyborcza.pl
Dziennikarka. Publikowała m.in. w „Przekroju” i magazynie „Kontakt”. W 2021 r. otrzymała Stypendium im. Leopolda Ungera za tekst ze „Znaku” Tłumacz umiera codziennie opisujący dramatyczne losy tłumaczy w Iraku i w Afganistanie, którzy pracowali dla międzynarodowych sił zbrojnych

Odejścia

Sondaże pokazują wyraźnie – coraz więcej osób, zwłaszcza młodych, określa się jako niewierzące. Za tymi liczbami kryją się jednak konkretne historie, wahania, wątpliwości.

Lucyna planowała wziąć tylko ślub cywilny. Co prawda od dziecka była przekonana o istnieniu Boga, ale sam kościół był dla niej ponurym miejscem. Młodzi pobrali się w styczniu. Jednak rodzina wywierała silną presję na uroczystość w kościele. W końcu, trzy miesiące później, teściowa zorganizowała ceremonię za własne pieniądze. Lucyna czuła się jak marionetka. Nieprzyjście na zorganizowane specjalnie dla nich nabożeństwo groziło zerwaniem kontaktów rodzinnych. „W tamtych czasach Kościół katolicki był wszechogarniający. Wydawało nam się, że nawet jeśli mamy swoje osobiste poglądy, to one nie mają żadnego znaczenia” – wspomina. Okres jej liceum przypadł na czas wyboru Jana Pawła II na papieża. „To była religijna euforia, nastąpił zwrot w stronę religijności. Polska uważała, że Kościół nas wyzwala” – wspomina Lucyna i dodaje, że sama nie należała do tej drużyny zachwyconych. Według niej jednak to nie były czasy, w których ktokolwiek myślałby o opuszczaniu Kościoła. Jeśli ktoś nie utożsamiał się z wiarą katolicką, po prostu przestawał praktykować. O tym, że można formalnie dokonać aktu apostazji, Lucyna nie miała wtedy pojęcia.

Dominik przez osiem lat przynależał do katolickiej organizacji młodzieżowej ECYD założonej przez ks. Marciala Maciela. Duchowny był również twórcą zgromadzenia Legionistów Chrystusa, jednak został odsunięty od działalności publicznej przez papieża Benedykta XVI po ujawnieniu skandali seksualnych, których był sprawcą. Kiedy Dominik był czynnym uczestnikiem ruchu ECYD, nikt jeszcze nie wiedział o podwójnym życiu jego założyciela. Organizacja dawała możliwość udziału młodzieży w różnych aktywnościach i wyjazdach, które oferowano w atrakcyjnych cenach, duchowni stojący na jej czele wzbudzali respekt swoim dobrym wykształceniem, a działalność w szeregach ECYD budowała przyjaźnie i dawała poczucie wspólnoty.

Gdy Basia była w gimnazjum, bardzo mocno przeżywała swoją wiarę, angażowała się w życie Kościoła. Chcąc być bardziej świadomą katoliczką, zaczęła czytać codziennie Biblię. I tak przez cztery lata, codziennie chociaż fragment. Oczywiście chodziła też do kościoła, modliła się przed posiłkami. „Ja nie odprawiałam żadnych regułek tylko z przyzwyczajenia. Zadawałam mnóstwo pytań i miałam wielką potrzebę rozwoju duchowego” – wspomina. Jej rodzinna parafia była świetna. Basia czytała też coraz więcej o tym, co się dzieje w Watykanie, jakie zmiany zachodzą w Kościele katolickim. Obecnie ma 23 lata i jest na ostatnim roku psychologii w Poznaniu.

Wierząca jest Monika. Ma 25 lat i do dzisiaj, gdy budzi się każdego dnia, wie, że to, co się wydarzy, ma głębszy sens. Ufa Kościołowi i nie kwestionuje jego działań. Nie wszystkie formy kultu i zasady rozumie, lecz wierzy, że mają swoje uzasadnienie. Nie uważa, że Kościół uznaje kobiety za gorsze. Jest pewna, że Bóg nie powołałby kobiety do kapłaństwa, więc nie ma możliwości, że ktoś miałby takie powołanie i nie mógłby go zrealizować.

W życie Kościoła mocno była zaangażowana także Marta, która od kilku lat jest osobą niepraktykującą. Jest lekko po trzydziestce i dokonanie apostazji rozważa od paru miesięcy. Mimo sporej dozy krytycyzmu wobec Kościoła katolickiego trudno jej się emocjonalnie od niego odciąć. Apostazja przypieczętuje wszystko. Jej dotychczasowe wahania wynikały także z potrzeby katolickiego pogrzebu. Dopóki sama nie wzięła udziału w świeckim pogrzebie, nie widziała alternatywy dla religijnego pochówku.

Joannę natomiast msze nudziły już od dzieciństwa, nigdy nie była religijna ani wierząca. Odmówiła pójścia do bierzmowania. Mając dwadzieścia parę lat, została jeszcze matką chrzestną, a kilka lat później odcięła się od Kościoła katolickiego całkowicie. Wspomina jednak, że w tamtych czasach nie było przyzwolenia na niebycie katolikiem. „Kościół jednoczył ludzi, tworząc opozycję. Każdy był katolikiem, taka była wtedy norma. Słyszałam wtedy o apostazji, ale procedury były bardziej skomplikowane niż obecnie” – wspomina. Obiecała sobie poza tym, że nie odejdzie formalnie z Kościoła, dopóki żyje jej mama. Kiedy pochowała ją 20 lat temu, przestała o tym myśleć. Po prostu jej życie biegło swoim torem, daleko od Kościoła.

Wątpliwości

Po kilku latach czytania Pisma Świętego i uważnego śledzenia kościelnego życia Basia odkryła wiele sprzeczności między tym, co Kościół robi, a tym, co powinien robić według Biblii. „Do tego zaczęłam wątpić, czy moją wartość jako kobiety mają określać jedynie pokora i czystość, bo dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że przecież życie seksualne kobiety nie może definiować jej wartości” – wyjaśnia. W dodatku chodziła do liceum z bardzo różnorodnymi osobami, dzięki czemu, jak sama mówi, otworzyła się na słuchanie. A to był dopiero początek. Na uczelni poznała też ateistów i okazało się, że nie są tak złymi ludźmi, jak słyszała wcześniej w Kościele. „Na studiach nauczyłam się też wiele o funkcjonowaniu naszego umysłu i zrozumiałam, jak działają systemy tworzone przez ludzi. Sporo słuchałam o sektach i mimo że Kościół katolicki nie jest uznawany za jedną z nich, to teraz widzę, że w środowiskach kościelnych, w których wcześniej byłam, stosowano te same co w sektach mechanizmy” – wyjaśnia. „Studia psychologicznie upewniły mnie w tym, że Kościół katolicki mi szkodzi, czego wcześniej nie widziałam. Nadstawianie drugiego policzka, o którym słyszałam w kościele, doprowadziło do braku asertywności i do częstego przekraczania moich własnych granic. Borykałam się wcześniej także z lękiem, czy przypadkiem nie pójdę do piekła za to, że planuję odejść z Kościoła” – wspomina.

###banner###

Wierzący znajomi polecali Basi zmienić parafię. „Przecież widzę, co się dzieje w Kościele, i tu nie chodzi o zmianę parafii. Miałam wrażenie, że moi znajomi nie interesują się chociażby tym, co katolicyzm mówi o osobach homoseksualnych. Cieszyli się, że sami trafili na fajnego księdza, a mi to nie wystarczyło. Denerwowało mnie, że myśleli, iż moje problemy z Kościołem katolickim zawężają się do tego, iż trafiłam na niezbyt fajnego księdza” – mówi Basia. W końcu dwa lata temu postanowiła dokonać formalnej apostazji.

Przyznaje, że po odejściu zaczęła czerpać więcej radości z życia. Skupiła się na pielęgnowaniu siebie, na rozwoju oraz na przyjaźni.

Dodaje, że kiedy przestała skupiać się na tym, że po śmierci przyjdzie zbawienie i lepsze życie, zaczęła doceniać tu i teraz, stała się bardziej uważna i zaczęła czerpać garściami z życia. „Zaczęłam być dobra dla siebie, nie tylko dla bliźnich” – dodaje.

Dominik wspomina, że w ECYD było wiele rzeczy, które mu się nie podobały, np. zakaz krytykowania przełożonych. „Jeśli ktoś miał jakieś uwagi, musiał iść bezpośrednio do tego przełożonego. Brakowało sensownego sposobu na rozwiązywanie konfliktów z kimś, kto stoi w hierarchii wyżej” – opowiada. Mimo wszystko uważa, że był wtedy osobą wierzącą, a bycie w tak aktywnej wspólnocie tylko to umacniało. Teraz zmieniła mu się jednak perspektywa i sam uważa, że w sumie nie miał nigdy aż tak intensywnego życia duchowego, jak według niego miewają inni. „Wydaje mi się, że dla wielu osób doświadczenie duchowe jest tak głębokie, iż staje się o wiele ważniejsze niż refleksja nad tym, że w samym Kościele katolickim coś jest nie tak” – dodaje.

Marta dokładnie pamięta, kiedy zaczęła myśleć o odejściu z Kościoła. Był 2015 r. i trwał właśnie kryzys uchodźczy. Marta oczekiwała wówczas silnego i stanowczego głosu w kontekście pomocy uchodźcom. Oczekiwała, że Kościół stanie murem za wykluczonymi. „Tego głosu jednak zabrakło, a w dodatku po drodze słychać było ocierające się o nacjonalizm wypowiedzi niektórych księży. Hierarchowie na to nie reagowali” – wyjaśnia. To właśnie wtedy przestała chodzić do kościoła. „Wkrótce potem abp Marek Jędraszewski powiedział o »tęczowej zarazie«. Poraził mnie brak szybkiej i zdecydowanej reakcji na te słowa, milczenie episkopatu. Potem uderzyło mnie systemowe ukrywanie pedofilów, brak reakcji przełożonych i bagatelizowanie tego problemu” – dodaje. Gdy Marta przestała chodzić do kościoła, usłyszała od znajomych, że wybrała łatwiejszą drogę. Jednak dla niej wcale nie było to proste. Czuła, że zostawia za sobą coś bardzo ważnego, co przez lata było częścią jej tożsamości. Mimo że obecnie czuje się zdystansowana od Kościoła i rozważa apostazję, wciąż są rzeczy, za którymi tęskni. Przede wszystkim za uczuciem pewności i zaopiekowania.

„To jest trochę jak taka wyrwa po kimś, kto umarł. Myślę jednak, że ta żałoba się już domknęła. Trwała około dwóch lat. W tym czasie było mi czasem przykro, że nie idę do kościoła. Ale nie czuję pustki, bo mimo że nie planuję wejścia do żadnej innej wspólnoty religijnej, to jest wiele opcji, które mogą tę pustkę zapełnić” – wyjaśnia.

Jedną z możliwości jest chociażby życie zawodowe. Jest psychoterapeutką, praca jest dla niej także pewną formą aktywizmu. „Towarzyszenie ludziom w ich zmianach, w stawaniu się dla siebie łagodniejszymi pochłania mnie też od strony emocjonalno-duchowej. Nie myślałam wcześniej, że może być to zamiennikiem życia duchowego, lecz teraz widzę, że chyba faktycznie trochę tak jest” – mówi.

Wciąż trudnym momentem jednak są dla niej Święta Wielkanocne. „Wielki Piątek jest dla mnie najbardziej problematycznym dniem w roku, bo wtedy nie wiem, co ze sobą zrobić. Nie wyobrażam sobie, żebym poszła na Triduum, ale nie umiem też traktować tego dnia jak każdego innego w roku” – wspomina. Póki co jednak obserwuje siebie i być może w kolejnym roku spróbuje zapełnić ten brak medytacją lub czytaniem Pisma Świętego. Bo mimo że Marta odeszła z Kościoła, wciąż w swoich rozważaniach korzysta ze znajomych sobie chrześcijańskich historii, jednak wychodzi z nimi daleko poza kontekst jedynie religijny.

Monika nie zna osobiście osób, które zdecydowały się na odejście z Kościoła katolickiego, lecz podejrzewa, iż sporo z nich odchodzi dlatego, że zawiedli się na ludziach. „Nie chcę nikogo takiego oceniać, bo to są na pewno często bardzo bolesne sytuacje i myślę, że po doznanej w Kościele krzywdzie trzeba być silną osobą, żeby zostać. Ale mam też z tyłu głowy, że wiara nie opiera się na księdzu, który przecież nie zawsze właściwie się zachowuje” – podkreśla.

Wspomina o tym także dr Anna Szwed, adiunktka w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, zajmująca się socjologią religii, która badała głęboko wierzące katoliczki. „Są osoby, które pomimo krytycznego stosunku do hierarchów ciągle pozostają religijne i czują związek z Kościołem katolickim jako z instytucją, ponieważ uznają go za reprezentanta religii. Znam kobiety, które deklarują się jako katoliczki, czytają codziennie Biblię, modlą się, a jednocześnie szukają alternatywnych źródeł i praktyk, jakie pozwolą im pogłębiać swoją religijność i finalnie pozostać w Kościele. Bywa, że alternatywą dla tego, co mówi ich proboszcz i co oferuje im lokalna parafia, stają się wspólnoty online” – mówi. Dodaje, że jest wiele osób, które bardzo głęboko przeżywają przestępstwa księży popełniane wobec dzieci, jednak utożsamiają się z Kościołem jako ze wspólnotą ludzi, a nie z hierarchią. Przynależność do Kościoła katolickiego pozostaje dla nich bardzo ważna.

Monika wspomina, że sama nigdy nie miała wątpliwości co do tego, co głosi Kościół. W kontekście osób homoseksualnych wskazuje na dezinformację, mówiąc, że nie do końca wszyscy mają świadomość, jakie jest właściwie nauczanie Kościoła w tym zakresie. Dodaje, że sama też nie zna bliżej takich osób. Według niej wielu ludziom brakuje chęci zrozumienia tego, że pewne rzeczy w katolicyzmie się nie zmienią.

„Nie do końca rozumiem ludzi, którzy atakują Kościół za to, że ma swoje przekonania. Jeśli komuś one nie odpowiadają, to nie rozumiem, w jaki sposób są im one narzucane” – mówi.

Na kwestię odejścia z Kościoła innych osób Monika patrzy dwutorowo. Z jednej strony w takiej sytuacji we wspólnocie pozostaną osoby przekonane i świadome tego, w co wierzą. Z drugiej strony martwi ją to, że apostazja odetnie drogę wielu ludziom, którzy może po latach się nawrócą i będą chcieli wrócić, a wobec tak kategorycznej decyzji okaże się to trudne.

Mieszkający od 15 lat w Belgii ks. Andrzej Stefański patrzy na to trochę inaczej. „Ludzie mają wpojone od dziecka, że poza Kościołem nie ma zbawienia. I dlatego dla tradycyjnie wychowanych rodziców decyzja dziecka o odejściu z Kościoła katolickiego okazuje się dramatem” – wyjaśnia. Dla niego jednak takie odejście jest raczej dowodem dużej uczciwości. „Skoro takie osoby nie wierzą, to nie chcą być nawet formalnie w Kościele katolickim. To normalne, że człowiek chce być w zgodzie sam ze sobą” – uważa.

Joanna wspomina natomiast, że wszystko zaczęło się zmieniać ok. roku 2015. Coraz bardziej denerwował ją sojusz państwa z Kościołem. „To, że się święci wszystko, te dotacje dla Kościoła katolickiego, afery pedofilskie, wypowiedzi Jędraszewskiego, to, że religia wchodzi do instytucji, które powinny być świeckie” – wymienia jednym tchem. Wspomina, że pracuje w szpitalu i podczas przenosin do nowego budynku powieszono nad wejściem krzyż. Joanna wtedy zaprotestowała: „Nie wszyscy pracownicy są katolikami. Mamy też przecież różnych pacjentów. Dlaczego ma być promowany tylko katolicyzm?”. Miarka przebrała się, gdy zapadł wyrok Trybunału Konstytucyjnego w październiku 2020 r., delegalizujący możliwość przerwania ciąży w przypadku ciężkiej wady płodu. Postanowiła formalnie odejść z Kościoła, żeby żyć zgodnie ze swoim sumieniem. Żałuje, że nie zrobiła tego wcześniej. Uważa, że wiele osób ma już dość hipokryzji Kościoła. Sama ma obecnie 56 lat i patrzy z podziwem na młodych ludzi, którzy odchodzą. „Moje pokolenie nie miało internetu w telefonach, nie mieliśmy skąd czerpać różnorodnej wiedzy. Myślę, że ludzie są coraz bardziej świadomi. Wypowiedzi poniżające osoby LGBT nie przemówią do młodych, którzy mają przyjaciół o odmiennej orientacji seksualnej. Ja ich podziwiam i szanuję za odwagę. Za to, że umieją w tym wieku powiedzieć, iż nie mają z tym nic wspólnego, i mają odwagę, by postawić na swoim”. Bezpośrednio po 1989 r. trudno bowiem było znaleźć osobę otwarcie mówiącą o odejściu z Kościoła. Wynika to także z funkcji społecznej, którą w tamtym okresie pełniła religia w Polsce. „Na początku lat 90. XX w. bliskie wszystkim było doświadczenie kolektywne, jakim był ruch Solidarność, w którym religia stanowiła ważny element. Do tego wciąż żywa była narracja o Kościele jako o obrońcy narodu. Przełom demokratyczny sprawił, że pojawiły się pytania o jego dalszą rolę, m.in. o publiczne i polityczne zaangażowanie. Po przełomie Kościół bynajmniej nie ograniczył się jednak do pełnienia funkcji stricte religijnych, chętnie wypowiadając się m.in. na temat praw reprodukcyjnych. Zaangażowanie to spotykało się oczywiście z krytyką. Choć wątki antyklerykalne w debacie dotyczącej spraw reprodukcyjnych były obecne już wcześniej, to w 2020 r., po wyroku Trybunału Konstytucyjnego, wybrzmiały z niespotykaną dotąd mocą” – mówi dr Anna Szwed.

Wahania

Hanna Zabielska jeszcze niedawno była członkinią Zespołu Świeckie Państwo Rady Konsultacyjnej przy OSK (Ogólnopolskim Strajku Kobiet). Według zespołu apostazja jest jednym z pierwszych kroków, który mogą wykonać osoby przekonane, że dyskusja nad ideą świeckiego państwa powinna być bardziej obecna w sferze publicznej. Wie jednak, że dla wielu osób jej dokonanie może być trudne. Dla jednych barierą będzie fakt, że jest to procedura kościelna, a nie świecka, u innych Kościół wywołuje złe skojarzenia. Jeszcze inni obawiają się nieprzyjemnej atmosfery w parafialnej kancelarii. „Oczywiście nie musi tak być. Na przykład moja apostazja przebiegła bardzo sympatycznie. Musimy jednak pamiętać, że obecna procedura nie jest przyjazna ludziom, którzy właśnie od Kościoła chcą się odciąć. Są osoby, które proszą, żeby ktoś z nimi poszedł. Podejrzewamy, że jeśli procedura będzie przystępniejsza, to tych odejść z Kościoła katolickiego będzie znacznie więcej” – mówi.

Hanna przez wiele lat nie decydowała się na apostazję. Nie zgadzała się z tym, że powinna iść prosić o zgodę na wyjście z organizacji, do której zapisano ją bez jej zgody. „W idealnej sytuacji w związku religijnym powinny być osoby, które wstąpiły do tej organizacji dzięki swojej świadomej zgodzie” – podkreśla. W 2020 r. jednak uznała, że apostazja jest dla niej także gestem politycznym. „Oczywiście moja decyzja nie zmieniła systemu, jednak dzięki takim właśnie działaniom można pokazać, że jest cała rzesza ludzi, którzy nie zgadzają się na istniejącą, zaburzoną równowagę rozdziału państwa i Kościoła” – mówi.

Podkreśla, że jej apostazja przebiegła w życzliwej atmosferze. W swoim oświadczeniu woli, które należy wraz z odpisem aktu chrztu złożyć u proboszcza swojej parafii, napisała, co najbardziej ją boli, czyli sposób włączania nowych członków do Kościoła katolickiego. „Chrzczenie dzieci narusza wolną wolę. To jest wpisywanie nieświadomych dzieci do organizacji, której potem tak naprawdę, nawet mimo apostazji, nie można opuścić. Bo nawet po złożeniu oświadczenia woli i po dokonaniu apostazji uważa się, że chrzest jest niezmywalny. Tak jak wiara musi być świadoma, tak wejście do wspólnoty religijnej również powinno odbywać się na podstawie wolnej decyzji” – wyjaśnia. Ksiądz, z którym wówczas rozmawiała, powiedział, że faktycznie nie myślał o tym, iż chrzest bez świadomej zgody może być naruszeniem praw dziecka.

Ks. Andrzej Stefański jest jednym ze 150 sygnatariuszy Listu Zwykłych Sióstr i Księży, napisanym w odpowiedzi na wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 22 października 2020 r. W liście wyrażono sprzeciw wobec m.in. używania religii do celów politycznych. Z wieloma polskimi wierzącymi i niewierzącymi ma kontakt przez media społecznościowe. Jest aktywny na kilku grupach, gdzie odpowiada na pytania, włącza się w dyskusje, komentuje, zaprasza do rozmowy. To właśnie m.in. przez media społecznościowe poznał sporo osób, które z Kościoła odeszły. Początkowo uważał, że ludzie odchodzą, bo taka jest moda. Jednak im bardziej poznawał konkretne historie, tym bardziej zmieniał się jego punkt widzenia.

„Zrozumiałem, że są to osoby często skrzywdzone przez Kościół, które są nim rozczarowane i które odrzuca prowadzona przez niego narracja. Myślę, że katalizatorem apostazji dla wielu osób jest lawina skandali pedofilskich w Kościele oraz wypowiedzi niektórych biskupów. Ludzie mówią »dość« i odchodzą” – mówi.

O wskazywaniu na apostazję jako na panującą rzekomo modę wspomina także Jola Szymańska, twórczyni serii 20 odcinków podcastu „Też odchodzę”. Rozmawia w nim z osobami, które odeszły z Kościoła, oraz ze specjalistami z zakresu psychologii. Głównym celem podcastu jest wsparcie osób w procesie odchodzenia i / lub dystansowania się od Kościoła katolickiego oraz tych, które już odeszły i mają w sobie poczucie winy. „Mówienie o »modzie na apostazję« trywializuje i umniejsza często niezwykle trudne doświadczenia osób dystansujących się od Kościoła. To metoda manipulacji, która z jednej strony ma uspokoić grupę, że odejście jednostki to »dowód jej słabości«, a z drugiej strony dać do zrozumienia, że jeżeli także odejdziesz, uznamy cię za »słabego«, »podatnego na mody«. W ten sam sposób wpływa się na ludzi także w wielu sektach” – mówi.

Wciąż w naszym społeczeństwie pokutuje przekonanie, że osoba odchodząca od wiary pozbawiona jest moralnych wartości. Wspomina o tym także Jola Szymańska, dodając, że jej podcast ma na celu również poszerzanie świadomości w tym zakresie: „Każdy z nas ma prawo wybrać – zostać czy odejść. Ten wybór nie świadczy o naszej wartości. Niestety, nie jest to jednak wcale proste, ponieważ wychowując się w Kościele, zbyt wielu z nas i zbyt często słyszało, że »tylko w Kościele« jest dobro, miłość, Bóg czy – paradoksalnie! – wolność. I chociaż fakty mówią zupełnie co innego, te słowa i idące za nimi społeczne przekonania mają ogromny wpływ na jednostki, ich relacje rodzinne i wzajemne oceny. Na tym także polega władza Kościoła”. Przyczyny takiego przekonania wyjaśnia dr Szwed. Wskazuje, że wynika ono z naszego postrzegania funkcji religii. „Dla wielu osób jest ona źródłem norm i moralności. Nawet w dyskursie publicznym, który kształtuje naszą świadomość, obecne jest krzywdzące przekonanie, że osoba niereligijna nie ma skąd czerpać rozeznania, co jest dobre, a co złe” – stwierdza dr Szwed. Jednocześnie, jak wskazuje badaczka, poglądy Polaków w tych kwestiach nieco się zmieniają. Według sondażu CBOS-u dotyczącego źródła zasad moralnych, przeprowadzanego regularnie co kilka lat, w 2021 r. jedynie 13% respondentów uważało, że o tym, czym jest dobro i zło, powinny decydować przede wszystkim prawa Boże. Jeszcze w 2005 r. uważało tak 27% ankietowanych. Zdecydowana większość natomiast, bo aż 65%, uważa, że powinno być to wewnętrzną sprawą każdego człowieka.

Decyzja

O tym, że jesteśmy świadkami szalonych zmian w tych wskaźnikach religijności, wspomina dr Szwed. „Grupa osób, które deklarują się jako niereligijne, rośnie, zwłaszcza wśród ludzi młodych. Co prawda trudno określić, jaka jest skala formalnych apostazji, bo Kościół nie podaje takich danych. Badania pokazują jednak, że religijność Polaków w perspektywie międzygeneracyjnej szybko spada” – mówi. Potwierdzenie tych zmian znajduje swoje odbicie w wynikach badań CBOS-u realizowanych przez ostatnich 30 lat dotyczących religijności Polaków. Podczas gdy w marcu 1992 r. osoby wierzące i głęboko wierzące razem stanowiły 94% społeczeństwa, w sierpniu 2021 r. było to 87,4% respondentów. Przy czym w największych miastach kraju ten odsetek jest niższy i wynosi 72,5%. Ten spadek jest szczególnie widoczny wśród młodych dorosłych. Trzydzieści lat temu jako wierzący określało się 93% osób w wieku między 18. a 24. rokiem życia. W 2021 r. było ich 71%. Wielkie zmiany widać w praktykach religijnych młodych ludzi: odsetek regularnie praktykujących w wieku 18–24 lat spadł z 69% w 1992 r. do 23% w 2021 r.

„Blisko 1/3 młodych ludzi deklaruje, że są niewierzący. Trzeba jednak pamiętać, że ludzie mają potrzeby duchowe, które nie muszą być wcale realizowane przez jakiekolwiek wspólnoty religijne. Mam tu na myśli np. praktyki polegające na dbaniu o siebie, rozwój osobisty i duchowy, well being, kontakt z naturą. Sądzę, że sporo osób z nich korzysta, nie nazywając tego wprost religijnością czy duchowością, a jednocześnie znajdując alternatywę dla tradycyjnych religii” – podsumowuje dr Szwed.

W końcu Lucyna zdecydowała się dokonać apostazji w styczniu 2020 r., a zmotywował ją do tego syn. Mimo że nigdy nie utożsamiała się z tą organizacją, to dopiero lawina skandali związanych z hierarchami oraz ujawnienie przestępstw seksualnych i finansowych dokonywanych przez Kościół zmotywowały ją do apostazji. Przez lata nie czuła takiej potrzeby, żyła obok instytucji. „Ujawienie faktu, że Kościół katolicki stoi ponad prawem, było dla mnie bezpośrednią przyczyną, że zdecydowałam się z niego wystąpić” – wyjaśnia. Dodaje, że o odejściu z Kościoła powinno mówić się głośno, bo to daje nadzieję na zmiany w prawie. Po latach uważa też, że nie powinna iść na ugodę w kwestii ślubu kościelnego. Uznaje, że wywieranie presji w tak ważnej sprawie i zmuszanie do podjęcia sprzecznej z własnymi przekonaniami decyzji było zapowiedzią kolejnych konfliktów. „To także brak szacunku. Myślę, że nie należy działać wbrew swoim głębokim przekonaniom, żeby zadowolić rodziców. Nie przychodzimy na świat, żeby realizować czyjeś oczekiwania, tylko żeby iść swoją drogą” – uważa.

Wielu jej znajomych, osoby powyżej 50. roku życia, krytykuje działania Kościoła katolickiego. Według niej nie są praktykujący, jednak żaden z nich nie decyduje się na całkowite zerwanie z Kościołem. Lucyna twierdzi, że w tej kwestii młodzi mają więcej odwagi. „Są też bardziej świadomi, korzystają częściej z internetu. Być może ludzie w moim wieku mają już określone przyzwyczajenia, może boją się, co pomyśli mąż czy żona. Mają też pewnie jakiś wizerunek siebie i nie chcą go burzyć” – zastanawia się.

Dominik obecnie zupełnie nie utożsamia się z wiarą katolicką, a od apostazji dzieli go w zasadzie pytanie, czy ta sfera życia jest dla niego w ogóle istotna, by poświęcać na nią czas. I nawet jeśli tak, to czy jest istotna na tyle, by w imię spójności światopoglądowej sprawiać przykrość mamie.

Odchodzenie od Kościoła katolickiego nie było jednak u niego procesem burzliwym. „Potrzeba wiary i sama wiara umarły we mnie w dosyć naturalny sposób. Nie odczuwam braku ani pustki. Metafizyki szukam gdzie indziej, przede wszystkim w książkach i w muzyce” – wyjaśnia. Muzyka daje mu poczucie istnienia innej perspektywy na to, czego doświadcza w codziennym życiu. „Jest w stanie oddać sprzeczne rzeczy w emocjonalnie spójny sposób. Wypowiadając pewne rzeczy słowami, możemy wpaść w pułapkę paradoksów, które w muzyce czasem stają się zrozumiałe i spójne” – tłumaczy. Muzyka jest dla Dominika prostą drogą do katharsis.

Publiczne mówienie o apostazji wzmacnia także tych, którzy wciąż wahają się, czy odejść z Kościoła. Takiego wsparcia zdecydowanie potrzebowała Marta. „Duże poczucie wspólnoty dał mi podcast »Też odchodzę«. Ta inicjatywa pokazała mi, że nie jestem sama w tej decyzji, że można to zrobić i dalej też jest życie” – wyjaśnia. To zresztą było celem autorki serii „Też odchodzę”. „Najważniejszy przekaz tego podcastu to właśnie: »Nie jesteś sam / sama«. Wiele osób przechodzi i przechodziło przez podobny proces i zadawało sobie podobne pytania. Podcastowe rozmowy obnażają też stosowaną w Kościele przemoc, pokazując mechanizmy społeczne i psychologiczne, które w takich sytuacjach zachodzą. Bo jeśli ktoś trywializuje moją decyzję o odejściu, a co za tym idzie, umniejsza moje doświadczenia i emocje, jest to forma przemocy. A na nią nigdy nie warto się godzić” – mówi Jola Szymańska.

Marta już kilka lat żyje obok Kościoła, ale potrzebuje w końcu się zdecydować. Podobnie zresztą czuje Dawid, który od kilkunastu lat nie uznaje się za osobę wierzącą. „Potrzebuję jasnego rozstrzygnięcia. Przez długi czas byłem w fazie przejściowej. Ani nie byłem katolikiem, ani nie byłem poza Kościołem. Postanowiłem to w końcu wyjaśnić sam dla siebie. Jestem dumny z tej decyzji i fakt, że nie muszę się już w żaden sposób identyfikować z katolicyzmem, przyniósł mi dużą ulgę, bo Kościół zachowuje się w sposób, który nie jest spójny z moim systemem wartości” – wyjaśnia.

Jego droga do apostazji była jednak nieco trudniejsza ze względów formalnych. Na pierwszy rzut oka nie wydaje się ona skomplikowana, wystarczy odebrać swój akt chrztu, a następnie pójść z nim do swojej parafii, by złożyć oświadczenie woli o odejściu z Kościoła katolickiego. Nie wszędzie wygląda to jednak tak prosto. „Na wsiach wszystko jest wciąż bardziej analogowe. Żeby odebrać potrzebny do apostazji odpis aktu chrztu, najpierw musiałem pojechać do parafii, żeby w ogóle dowiedzieć się, w jakich godzinach jest czynna. Numer telefonu podany w internecie często pozostawał głuchy, a godziny przyjęć przez proboszcza trzeba było odczytać z kartki zawieszonej na drzwiach” – opowiada. Dawid kursował kilkukrotnie do swojej parafii chrztu, a potem w Białymstoku umówił się z księdzem na trzy rozmowy, bo ten nie umożliwił mu pełnego załatwienia sprawy podczas jednej wizyty.

Po apostazji odetchnął z ulgą, podzielił się swoją decyzją z najbliższymi, jednak uważa, że Podlasie, skąd pochodzi i gdzie mieszka, nie jest gotowe na rozmowy o apostazji. Wciąż jest to tam temat tabu. „Są oczywiście różne grupy społeczne, ale myślę, że nawet osoby młodsze ode mnie, niepraktykujące lub niewierzące, nie do końca potrafiłyby porozmawiać na ten temat z rodziną. Sądzę, że odchodzenie z Kościoła katolickiego to kwestia, która wciąż jest nieobecna i w pełni pojawi się dopiero za jakiś czas” – uważa. Dodaje, że takie rozmowy są ważne i wcale nie muszą skłaniać do decyzji o odejściu. Wystarczy, że dzięki temu w ogóle zastanowimy się nad naszą przynależnością do wspólnoty religijnej.

Artykuł pojawił się w numerze: Moje duchowe miejsce