Subskrybuj
fot. Anna Liminowicz / z archiwum autorki
Redaktorka i dziennikarka. Autorka reporterskich książek Nie hańbi oraz Nie zdążę. Współpracuje z Instytutem Reportażu.

Z głowy

Migrenik czy migreniczka w oczach wielu jest tą osobą, której nie chce się pracować, pójść na imprezę, spotkać z kimś, zająć dziećmi. Nieraz słyszałam uszczypliwe uwagi i żarty o jaśniepańskich skłonnościach. Bo przecież każdego czasem boli głowa, prawda?

To może być światło stopu samochodu, który hamuje tuż przede mną: jaskrawa czerwień wbija mi się w mózg. Zielone na sygnalizatorze świetlnym pulsuje. Albo zapach, jeden konkretny, duszący, orientalny, męski, ambra, heliotrop, wanilia. Czasem tak pachną drzewka zapachowe w taksówkach.

I nawet wiem, że powinnam zareagować jak najszybciej, zażyć coś, ale mam też kłopoty z koncentracją, z kojarzeniem faktów, więc reaguję z opóźnieniem, gdy już znikam, rozkładam się, mój mózg zaczyna toczyć proces gnilny.

Nie tylko ból głowy

Chciałabym odrąbać sobie część twarzy. Zamrożoną uprzednio siekierą. Polewam się amolem, obkładam głowę mrożonkami, gdybym miała otwartą ranę, posypywałabym ją solą, żeby tylko poczuć ból w innym miejscu.

Chociaż to nie jest po prostu ból. To cała obezwładniająca sekwencja: ucisk zaczyna się z jednej strony głowy albo za okiem. A zaraz potem mam wrażenie, że mózg puchnie mi do granic możliwości i za chwilę rozsadzi czaszkę. Światło mnie razi, każdy zapach powoduje mdłości, nie mogę jeść, z trudem utrzymuję się w pionie, trzęsę się i  tracę siły. Czasem zasypiam ze zmęczenia i  kiedy się budzę, przez chwilę myślę, że wszystko minęło. Ale gdy podnoszę głowę, boli, łupie, pulsuje. Zresztą do bólu po tylu dekadach można przywyknąć, oswoić go, przetrwać. Gorsze są obezwładniająca słabość, niemożliwość skupienia wzroku i utrzymania się w pionie. Jeszcze gorsze mdłości, torsje, zimny pot na skroniach, a czasem na karku, plecach. Drżączka. I świadomość, że to nigdy nie jest kwestia jednego dnia. Częściej trzech, czterech, a mam w swoim pamiętniku migreniczki ataki trwające ponad tydzień.

Czasem mi się zdawało, że potrzebuję egzorcyzmów, a nie leków. Zwłaszcza pod koniec, gdy już naprawdę miałam dość etatu, gdy śniłam o złożeniu wypowiedzenia, mój mózg fundował mi cztero-, pięciodniowe migreny, w  czasie których jedyną czynnością, na jaką mogłam sobie pozwolić, było leżenie w kącie pod ścianą z mokrą szmatą na głowie, podczas gdy moje koleżanki gasiły wszystkie światła, zasłaniały okna i mówiły szeptem.

Czasem z tej podłogi zabierało mnie pogotowie, a  pokrążyliśmy po mieście, szukając szpitala, który zgodzi się mnie przyjąć. Kiedyś wylądowałam na ginekologii, miejscu oczywistym dla kobiety wymiotującej. Dyżurująca lekarka nie chciała mi niczego podać do czasu wykluczenia ciąży, wypisałam się na własne żądanie, nie pamiętam, jak wróciłam do domu.

Próbowałam się potem leczyć, diagnozować. Rezonans, USG, okulista, kardiolog. Na skierowaniu do poradni neurochirurgicznej neurolożka, do której wtedy chodziłam, zapisała mi CITO i trzy wykrzykniki.

Życie przetłumaczyło „cito” na trzy miesiące, po których od uznanego neurochirurga dowiedziałam się, że „gdyby to był guz mózgu, toby pani tych trzech miesięcy nie przeżyła, do widzenia”.

Nie dostałam skierowania do specjalistycznej poradni leczenia migreny, bo taką uruchomiono we Wrocławiu dopiero w styczniu tego roku przy Klinice Neurologii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego. Jej pełna nazwa to Poradnia Leczenia Migreny i Innych Bólów Głowy, jest pierwszą i jak na razie jedyną w Polsce publiczną placówką tego typu.

###banner###
Do poradni trafiają pacjenci, którzy mówią, że przerobili już wszystko, leczyli się na kręgosłup, na serce, przeszli wiele specjalistycznych badań, które niczego nie wykazały. Są i tacy, którzy mając 40, 50 lat, nie słyszeli, co to jest tryptan (lek stosowany do przerywania epizodów migrenowych), którzy byli zaniedbywani przez lata, skazani na zażywanie przeciwbólowych tabletek bez recepty, tłumaczy Marta Waliszewska z Kliniki Neurologii USK we Wrocławiu, koordynująca poświęcony migrenie projekt badawczy i poradnię. Sama jest migreniczką, więc rozumie, o czym opowiadają jej pacjenci. Choć do pełnego zrozumienia potrzebna jest nie tylko wspólnota doświadczeń, ale i czas. Dlatego konsultacje w poradni trwają minimum pół godziny.

– Nie konsultuję w krótszym czasie dlatego, że każda wizyta pacjenta z bólem głowy, która trwa krócej, nic nie wnosi. Bo to nie jest tylko kwestia samego bólu, trzeba przecież zapytać, jak ten pacjent żyje, jak pracuje, jakie ma dodatkowe problemy, jakie ma nawyki życiowe, czy pije odpowiednią ilość wody, jak przebiegają napady – wylicza Marta Waliszewska i dodaje, że migreny nie należy utożsamiać jedynie z bólem głowy. – To choroba taka jak padaczka, jak stwardnienie rozsiane, która polega na tym, że mózg trochę inaczej pracuje i mamy stałą tendencję do tego, że w każdej chwili może u nas wystąpić napad, dokładnie tak jak w padaczce. Mimo to ja ją bardzo lubię leczyć, bo można ją wreszcie leczyć skutecznie. Mamy konkretne wytyczne, wiemy, co się dzieje z pacjentami.

Z aurą lub bez

Żeby rozpoznać migrenę, nie są potrzebne specjalistyczne badania ani zaawansowany sprzęt medyczny. Nie ma też konkretnego markera, który powie: tak, to jest migrena.

Od lat – a właściwie od lat 40. poprzedniego stulecia – przyjmuje się, że jest to choroba dająca szereg objawów neurologicznych i mająca związek z grą naczyniową. Z prowadzonych właśnie wtedy badań neurologa Harolda Wolffa wiadomo, że w napadzie migreny można wyróżnić trzy fazy.

Pierwsza jest faza prodromalna, kiedy pojawiają się pewne zwiastuny. Najczęściej migrenik czuje, że atak nadejdzie. W tej fazie pacjenci mogą ziewać, być nieadekwatnie zmęczeni albo, przeciwnie, pobudzeni.

Najbardziej dojmującą manifestacją tej fazy jest aura migrenowa. W czasie aury niektórym osobom ich mózg odcina pole widzenia, zdarzają się mroczki, błyski, powszechne są też inne objawy neurologiczne: zaburzenia mowy, niedowłady, drętwienie którejś połowy ciała. Ale migrena z aurą to najrzadsza postać, choruje na nią ok. 20% wszystkich chorych.

Potem pojawia się ból. Bardzo charakterystyczny, jednostronny, najczęściej zaczyna się od oka. Jest pulsujący, towarzyszy mu nadwrażliwość zmysłowa na światło, dźwięki, zapachy lub dotyk. Mogą się pojawić nudności i wymioty.

Kiedy ból minie – albo kiedy się go okiełzna lekami – nadchodzi faza postdromalna.

– Głowa już niby nie boli, lecz dalej jest taka beznadziejna, jakby ktoś nam ją wczoraj skopał, ktoś do nas coś mówi, a my wciąż niewiele kojarzymy – objaśnia Waliszewska. – Z kolei jeśli chodzi o nadwrażliwość zmysłową, mam pacjentów, którzy nawet kiedy nie mają napadu migreny, nie są w stanie wejść do perfumerii czy niektórych sklepów. Albo gdy np. odwiedza ich ktoś bardzo uperfumowany, oni wręcz wpadają w furię. Mam taką ciekawą obserwację z czasów pandemii: kilku moich pacjentów, którzy mieli pocovidowe zaburzenia węchu, mówiło, że chociaż generalnie kiepsko jest nic nie czuć, byli szczęśliwi, odczuwali ulgę, kiedy ich węch nie był tak wrażliwy jak dawniej.

Lękowi migrenicy

„Najgorsza w migrenie jest nieuchronność jej nadejścia – pisze mi koleżanka w bólu. – I te dodatkowe objawy neurologiczne typu mroczki, drętwienia i takie ogólne napięcie”.

„Najbardziej nienawidzę tej świadomości, że atak wyjmie mi z życiorysu przynajmniej trzy, cztery dni – podsumowuje inna. – Gdy mi się trafia kilka tygodni spokoju, zawsze z lękiem czekam, kiedy znowu ból mnie dopadnie”.

Lęk jest uczuciem dla migreników typowym. Sama się boję. Analizuję, co ból mi uniemożliwi, jakie plany pokrzyżuje. Boję się, że tabletki, które zażywam, przestaną się sprawdzać.

– My, migrenicy, wszyscy jesteśmy trochę lękowi. Nie wiemy, kiedy dostaniemy napadu – zauważa Marta Waliszewska. – Cokolwiek planujemy, idziemy na urlop, zastanawiamy się: uda się w tym roku bez tej migreny? Obserwuję sporo stanów lękowych u pacjentów, którzy mają migrenę z aurą. U niektórych, zwłaszcza z migreną przewlekłą, rozwija się depresja.

Wiele osób czuje się stygmatyzowanych, nierozumianych. Migrena jest dla pracodawców, znajomych, nawet rodziny – wymówką. Migrenik czy migreniczka w oczach wielu to osoba, której nie chce się pracować, pójść na imprezę, spotkać z kimś, zająć dziećmi.

Nieraz słyszałam uszczypliwe uwagi i  żarty o  jaśniepańskich skłonnościach. Bo przecież każdego czasem boli głowa, prawda? Trzeba zacisnąć zęby i iść do przodu. Migrenę łatwo się lekceważy, kiedy się na nią nie cierpi.

Znajomy anestezjolog podpowiada mi, że migrena to ból przewlekły, o dużym natężeniu. Pacjenci mają problem z określeniem tego natężenia w skali od zera do dziesięciu, bardzo często wybierają siódemkę, choć w czasie ataku migreny nawet dziewiątkę czy dziesiątkę. Dlatego Waliszewska woli, żeby zamiast posługiwania się skalą pacjenci opowiedzieli, jak się czują i jak funkcjonują na co dzień. Niezależnie jednak od tego, czy ocenia się swoje dolegliwości na mocne osiem, czy na pięć, życie z bólem powoduje szereg zmian, również w psychice chorej osoby.

Może zresztą właśnie z powodu takich uwag najczęstszym sposobem radzenia sobie z bólem głowy jest po prostu, jak wynika z  obserwacji Waliszewskiej, izolacja. Migrenicy przestają wychodzić z domu, spotykać się ze znajomymi. Do pracy chodzą, bo po prostu muszą. Młode kobiety bardzo często nie chcą zakładać rodzin, boją się mieć dzieci, zachodzić w ciążę, bo nie wiedzą, jak sobie poradzą. Choroba jest na tyle nieprzewidywalna, że nie wiadomo nawet, czy w ciąży się nasili, czy uspokoi.

Migrena jest uwarunkowana genetycznie, a to znaczy, że kto ma na nią zachorować, zachoruje, kwestią osobniczą pozostaje, w jakim wieku i w jakich okolicznościach pojawią się objawy.

Za występowanie migreny może być odpowiedzialnych ok. 40 genów. W mojej rodzinie to się potwierdza: moja mama i siostra mają silne migreny, choć każda z  nas choruje inaczej. Wiadomo również, że migrena ma związek z hormonami, z cyklem miesiączkowym czy ciążą, ale naukowo nie zostało jeszcze przebadane ani wyjaśnione, w jaki sposób kształtują się te zależności.

Przyjmuje się, że na migrenę choruje 11–12% populacji, jednak według niektórych nowych danych epidemiologicznych bliższy rzeczywistości jest wskaźnik 15%. To rzesza ludzi. Naukowcy obserwują częstsze rodzinne występowanie, głównie w linii żeńskiej, lecz nawet badając określone rodziny, nie udało się wyłuskać konkretnych genów.

Jarmarki cudów

Według statystyk tylko w Polsce jest nas więc ponad 4 mln. Ponad 50 mln w  Unii Europejskiej. Mogliście nas widzieć na ulicy i  w  przedszkolu dziecka, gdy półleżeliśmy oparci o  ścianę, mówiąc szeptem: zawiąż sobie butki sam, ja nie dam rady. Albo na pracowniczych zebraniach, gdy podpieraliśmy głowę dłońmi i modliliśmy się, żeby nie zasnąć. Mogliście wtedy myśleć, że mamy problem z używkami. Właściwie to mamy. Ja mam.

Składam się z tabletek przeciwbólowych, a mój świat ze schowków na proszki. Mam je wszędzie: w szufladzie w kuchni, w komodzie w sypialni, w torebce, w plecaku, w samochodzie. Kiedy się kończą – zawsze dziwię się, że już wszystkie zjadłam – jestem w rozsypce.

Czasem gdzieś jestem i wzięłam już wszystko, co można było, pytam wtedy znajomych: macie coś od bólu głowy? Podsuwają mi słabiutkie tabletki, na widok których chce mi się płakać, i pytam wtedy z rozpaczą: mogę cztery?

Są oczywiście różne leki na receptę. Brałam kiedyś maleńkie tabletki, po których ból głowy rzeczywiście nie przychodził, ale nie przychodził też apetyt. Nic nie jadłam, mało spałam, oczy mi płonęły, ważyłam 49 kg. Jednak nigdy nie potrafiłam wytrwać zbyt długo w regularnym zażywaniu klasycznych leków przeciwmigrenowych. Zapominałam o wizytach, o receptach, zachodziłam w ciążę, karmiłam, poza tym chyba ciągle miałam z tyłu głowy tę ubezpieczającą myśl, że przecież mogę skoczyć do apteki po coś bez recepty.

Ta myśl zawiodła mnie kilkakrotnie, gdy byłam za granicą. Okazało się, że w Pradze czy w Berlinie bez recepty można kupić tylko słabe dawki ibuprofenu i paracetamolu. U nas jest bardziej po amerykańsku, polskie apteki i drogerie to dla migreników jarmarki cudów. Niemal co miesiąc pojawiają się nowe środki z obiecującymi opisami. Na rynku są dostępne nie tylko silne tabletki, lecz i herbatki ziołowe, olejki, żele, plastry.

Nie jestem wyjątkowa, według opracowań 30% pacjentów z migreną bez aury leczy się na własną rękę, zażywając leki przeciwbólowe dostępne bez recepty. Waliszewska opowiedziała mi o pacjentach, którzy przez lata przyjmują po kilkanaście tabletek dziennie. A jeżeli zażywa się więcej niż 8–10 pigułek w miesiącu, wzrasta nie tylko tolerancja na farmaceutyki, ale również ryzyko wystąpienia polekowych bólów głowy. Ja i moje koleżanki nazywamy je bólami z odbicia – to tępy ucisk w głowie, jest jak echo bólu migrenowego. Bierze się więc kolejne środki, które działają tylko przez chwilę, i koło się zamyka.

Dlatego często sama migrena nie jest aż tak poważnym problemem – większym jest uzależnienie od leków. Trzeba z nim sobie poradzić pod kontrolą lekarza, tak jak w przypadku odstawiania narkotyków. Wciąż prowadzi się zaawansowane badania nad migreną, działa Polskie Towarzystwo Bólów Głowy. Ostatnia dekada to ogromny postęp w zakresie leczenia – jak podkreślają specjaliści, neurologia czekała latami, żeby coś takiego się wydarzyło.

Do tej pory w terapii stosowano np. leki przeciwpadaczkowe, które właściwie przypadkiem okazały się skuteczne w migrenie. Natomiast w ciągu ostatnich kilku lat opatentowano i wprowadzono nowe leki, które zostały opracowane konkretnie dla migreników. Są to leki biologiczne – przeciwciała monoklonalne, które blokują konkretne receptory w mózgu i dzięki temu nie dochodzi do wyzwolenia napadu. Okazały się one ekstremalnie skuteczne. Dodatkowo są bezpieczne i dają niezwykle efektywne, pod warunkiem że kogoś na nie stać. Miesięczny koszt leczenia przeciwciałami monoklonalnymi to ok. 1000 zł.

Mózg się buntuje

Pamiętam chłodną biel muszli sedesowej. Zimno kafelków w pracowniczej toalecie. Lastryko podłogi w  Faktycznym Domu Kultury. O wszystkie te powierzchnie opierałam czoło, czekając, aż mdłości miną lub zamienią się w torsje.

Mogę mnożyć malownicze opisy albo odwołania do literackich opisów bólu głowy, ale migrena jest bardzo prozaiczna i, jak wiele chorób w późnym kapitalizmie, ma wymiar klasowy. Można ją wybaczyć reporterce czy redaktorce o nieregularnym trybie pracy, może nawet do zajęć umysłowych w jakiś przewrotny sposób pasuje: nadużywam mózgu, mózg się buntuje.

Naukowcy zauważają, że migrena stała się w jakimś sensie chorobą modną, pojawiają się nowe podejścia do leczenia i prywatne kliniki, które wpisują ją sobie w szyld ozdobną czcionką, a oferowane przez nie metody są „innowacyjne” oraz „ekstremalnie skuteczne”. A także, przede wszystkim, kosztowne.

Osoby dobrze sytuowane nie muszą stać w kolejkach do neurologa. Mogą sobie pozwolić na to, żeby wykupić prywatną wizytę i zapłacić wspomniane 1000 zł miesięcznie za komfort życia bez bólu. Innych stać na zabieg z toksyny botulinowej, który trzeba powtórzyć co najmniej trzy razy, a koszt jednego to 2,5 tys. zł. Ci, którzy mają wolne kilka tysięcy euro, mogą sobie nawet migrenę zoperować. Znalazłam również takie oferty.

Większość ludzi nie może sobie jednak pozwolić ani na kosztowne leczenie, ani na oszczędny tryb życia, ani tym bardziej na zmianę pracy w sytuacji, gdy ta praca przyczynia się do wystąpienia ataków. Bo są takie zajęcia, np. praca zmianowa.

– Mam kilku pacjentów, u których w zasadzie nie wiadomo, jak dawkować leki. Bo jeżeli ktoś pracuje przez cały tydzień od 8 do 15, potem cały tydzień od 15 do 22, a później kolejny tydzień tylko na noce, to jest tak przestawiony, że nie wie, kiedy jest dzień, a kiedy noc – zauważa Waliszewska. – Niektóre leki powodują np. senność, z reguły zapisujemy je na noc, ale co zrobić z osobą, która idzie na zmianę nocną i nie może spać? To wszystko wymaga namysłu, analizy. Dlatego bardzo nam tu, we Wrocławiu, zależało na tym, żeby stworzyć miejsce, gdzie może przyjść pacjent, którego nie stać na to, by pójść do lekarza prywatnie, i który uzyska merytoryczną pomoc – dodaje.

Jednak nawet gdyby uruchomić w Polsce jeden podobny ośrodek w każdym województwie, wtedy na ten jeden punkt przypadałoby ok. 25 tys. pacjentów tylko z migreną przewlekłą.

Ukryte koszty migreny

Migrena to choroba, której nasilenie przypada na wiek największej aktywności zawodowej i społecznej i która jednocześnie te aktywności ogranicza. Cóż, obciążenie indywidualne, powie ktoś pewnie. Ale koszty migreny to nie tylko koszty jednostkowe. Do społecznych kosztów zalicza się te związane z absenteizmem, czyli z absencją chorobową, jednak, paradoksalnie, wyższe są te wynikające z prezenteizmu. To te wszystkie sytuacje, kiedy osoba chora przychodzi do pracy, lecz nie jest w stanie wykonywać swoich obowiązków, jej wydajność jest obniżona.

Zgodnie z  danymi Państwowego Zakładu Higieny roczne koszty pośrednie migreny dla gospodarki wynoszą ok. 9 mld zł. Można je pewnie mnożyć, dodać do tych kwot koszty hospitalizacji i – jak choćby w moim przypadku – serii wizyt na SOR-ze oraz wielu zbędnych badań.

Nieobecność w pracy osoby chorującej na migrenę przewlekłą może wynosić kilkadziesiąt dni w ciągu roku. Mam wolny zawód i od lat nie pracuję na etacie, więc nie jestem w stanie obliczyć, jak to wygląda w moim przypadku, ale pamiętam wiele sytuacji, w których migrena krzyżowała mi plany zawodowe.

Położyłam ważne służbowe spotkanie, straciłam kilka zleceń, nie byłam w stanie wywiązać się ze zobowiązań na czas. Ilona Klimek, redaktorka tego tekstu, czekała na niego zbyt długo i pewnie będzie musiała włożyć w pracę nad nim więcej wysiłku.

Zakończenie tego tekstu napisała mi migrena. Ostatni fragment dyktuję sztucznej inteligencji z zamkniętymi oczami. Za ścianą są trzej chłopcy, mają 9, 10 i 12 lat i robią to, co chłopcy w tym wieku: krzyczą i skaczą, a ja nie mam nawet siły ich poprosić, żeby byli ciszej. Wzięłam już trzy solpadeiny, dwa apapy i jakieś tabletki przeciwgrypowe, jednak nawet nie umiem ocenić, czy jeszcze boli mnie głowa. Na pewno nie mam siły utrzymać się w pionie, więc leżę. Nie wiem, ile to potrwa, ale powinnam się zająć tymi dziećmi, które mają przecież wakacje, a oprócz tego pisać. Właśnie mija mi deadline na tekst o migrenie, to chyba aż nadto autoironiczne. Analizuję więc mózgiem, który nie jest w stanie niczego przeanalizować, jak to się stało, dlaczego teraz. Byłam bardzo zajęta, dużo pisałam, za to chyba mało piłam, co zresztą o niczym nie przesądza. Bywały już dni, kiedy piłam mniej, a jednak atak nie wystąpił. Przypominam sobie, co jadłam. Ser, przeklęty ser. A przecież czasem mogę zjeść nawet pleśniowy. Pić wino. Zapomnieć o wodzie. I nic się nie dzieje.

– Bo to jest jeden z licznych mitów  – podsumowuje Waliszewska. – Mam pod opieką wielu pacjentów i na palcach jednej ręki mogę policzyć tych, u których rzeczywiście działają prowokatory, o których pisze się w książkach, czyli sery pleśniowe, czerwone wino, orzechy, cytrusy, czekolada. Najczęściej to jest jednak alkohol. Jeżeli ktoś ma pewność, że coś prowokuje atak, jeśli zauważy związek, wtedy rzeczywiście powinien tego produktu unikać. Natomiast profilaktycznie nie powinno się unikać niczego. Na pewno warto stosować duże dawki magnezu, bo to jest istotne. No i woda, woda to podstawa, w kółko to powtarzam. Migrenicy mają tak zbudowane mózgi, że aż tak bardzo nie odczuwają pragnienia i to się potem mści.

Istnieją pewne czynniki środowiskowe, które również modyfikują podatność na ataki. Stres, kryzys klimatyczny, zanieczyszczenia środowiska. Coraz więcej ludzi migruje do większych miast, a metropolie są dla migreników nieprzyjazne. Hałas, szum, nadmiar bodźców – to wszystko może wyzwalać ataki albo wpływać na ich częstotliwość. Migrena nie lubi zmian, nieregularnego trybu życia, zaburzeń rytmu snu, posiłków, zmian stref klimatycznych i czasowych.

Epilog będzie inny

Od lipca leki biologiczne (w postaci zastrzyku stosowanego raz w miesiącu), za które dotychczas trzeba było płacić ok. 1000 zł miesięcznie, oraz zabiegi z toksyny botulinowej będą refundowane przez NFZ. Wprawdzie refundacja obejmuje tylko pacjentów z migreną przewlekłą, tych, których praktycznie codziennie boli głowa, czyli ponad 300 tys. osób, jednak to i tak naprawdę świetna wiadomość. Bo to znaczy, że ktoś w Ministerstwie Zdrowia wysłuchał uwag lekarzy działających w Polskim Towarzystwie Bólów Głowy i zaczął traktować migrenę jak chorobę.

Zresztą jest jeszcze jedna dobra wiadomość: podobno mózg osób cierpiących na migrenę starzeje się wolniej. Czy chodzi o to, że migrenicy starają się prowadzić higieniczny tryb życia, czy może o wykształcenie specyficznych mechanizmów obronnych wykorzystywanych do walki z bólem? Nie wiadomo. Ale przecież w kwestii migreny jest jeszcze wiele znaków zapytania. Może ta choroba – wciąż mam kłopot z nazwaniem jej chorobą, bardziej przywykłam do słów: przypadłość, fanaberia, wymysł – uczy mnie przede wszystkim właśnie tego, że ciało działa na własnych zasadach. Można próbować je trzymać w ryzach, mobilizować, zatykać tabletkami, a ono i tak samo wybierze moment, kiedy powie: basta, teraz trzy dni leżysz.

Artykuł pojawił się w numerze: Mądrość ciała