Subskrybuj
fot. z archiwum autorki
Redaktorka miesięcznika „Znak”, recenzentka, absolwentka krytyki literackiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Opiekunka rubryki "Wśród możliwości"

Odrodzić się z traumy

Jeśli straumatyzowany pacjent w psychoterapii dostaje dobre wsparcie, to następuje u niego zmiana narracji o sobie i świecie. Przechodzi od pozycji ofiary poprzez pozycję ocalonego do pozycji odrodzonego, nastawionego na rozwój i wzrost.

Odnoszę wrażenie, że słowo „trauma” zadomowiło się w języku codziennym. Z jednej strony używamy go, gdy mówimy, że coś było dla nas trudne, czegoś się boimy, np. młodzi ludzie często opowiadają, że szkoła wywołała w nich traumę. Z drugiej strony trauma powróciła ze zdwojoną siłą, gdy rozpoczęła się wojna w Ukrainie, a do Polski przybyły miliony uchodźców i uchodźczyń, o których niejednokrotnie mówiło się, że są straumatyzowani. Czy przypadkiem nie nadużywamy dziś tego słowa?

Często trauma mylona jest z trudnym doświadczeniem. Jeśli podaje Pani przykład kogoś, kto miał ciężkie przejścia w szkole i opisuje je za pomocą słowa „traumatyczne”, to zakładamy, że dla tej osoby doświadczenie to miało bardzo poważne konsekwencje.

Czy kluczowe są tylko te poważne konsekwencje? 

Aby przybliżyć rozumienie traumy, odwołam się do definicji, którą podaję za psychoanalityczką Rosmarie Barwinski Fäh. Badaczka mówi, że trauma psychiczna to zarówno gwałtowne, zagrażające życiu lub zdrowiu wydarzenie, jak i subiektywny sposób jego doświadczania. Ten subiektywny aspekt odpowiadałby przykładowi z trudnymi przeżyciami w szkole. Jednak następna część definicji wskazuje na długotrwałe skutki traumy prowadzące do zaburzeń z nią związanych, w tym do załamania dotychczas obowiązujących strategii adaptacyjnych i obronnych w reakcji na stres. Dopiero gdy zawiodą wszystkie nasze sposoby radzenia sobie ze stresem, możemy mówić o  zdarzeniu czy doświadczeniu traumatycznym.

Jakie przeżycia zatem najczęściej mogą wywoływać traumę?

Wyróżniamy traumę egzystencjalną, nazywaną przez Henry’ego Krystala traumą pierwszego stopnia, do której należy przeżycie wojny, katastrofy naturalnej, wypadku. W tym kontekście chodzi zarówno o  bycie uczestnikiem tego wydarzenia, jak i jego świadkiem. Przykładowo: u ratownika medycznego bycie świadkiem wypadku drogowego może mieć niekiedy charakter doświadczenia traumatycznego, jest to wtedy tzw. trauma wtórna albo zastępcza.

A jaka byłaby trauma drugiego stopnia?

To trauma relacyjna, czyli taka, jaka się wydarza najczęściej w  rodzinie. Jeśli dotyczy dzieci, mówimy o  traumie rozwojowej. Ma charakter chroniczny i wiąże się z różnymi formami przemocy – m.in. wykorzystaniem seksualnym. Wyróżniamy też traumę relacyjną o charakterze ukrytym, np. przez kulturę i wychowanie. Moim zdaniem jej przykładem jest destrukcyjna parentyfikacja, czyli odwrócenie ról w rodzinie, gdy dzieci przejmują obowiązki rodziców i zajmują się ich potrzebami, a  same są zaniedbane emocjonalnie.

A co z traumą transgeneracyjną?

Polega na przekazywaniu reakcji na doświadczenia traumatyczne, w tym przede wszystkim sposobów radzenia sobie z nimi, z pokolenia na pokolenie. Najwięcej badań dotyczących traumy transgeneracyjnej prowadzono w odniesieniu do ocalałych z Holokaustu. Natomiast teraz w USA przeprowadza się coraz więcej badań na temat amerykańskich Indian, a  także Afroamerykanów. Te grupy spotykały się z przemocą i dyskryminacją, które rozbijały ich utrwalone sposoby myślenia i radzenia sobie ze stresem, nie pozwalały na pozbawione cierpienia, adekwatne funkcjonowanie w codzienności.

Jak można zidentyfikować doświadczenie traumatyczne? Czy istnieją objawy, które mogą wystąpić od razu, oraz takie, które mogą się pojawić dopiero po latach? 

Spójrzmy na wojnę w  Ukrainie. Najpierw mieliśmy do czynienia z ostrym stresem traumatycznym, który pojawiał się najczęściej przez pierwszy miesiąc, czasem trochę później. Występowały silne reakcje emocjonalne: czasem odrętwienie, czasem pobudzenie, to zależało od struktury psychicznej konkretnych osób. Później u osób mających za sobą takie przeżycia może rozwinąć się zaburzenie po stresie traumatycznym, czyli PTSD (post-traumatic stress disorder). Według klasyfikacji psychiatrycznej DSM-5 takie osoby mogą mieć: niespodziewane, natrętne wspomnienia traumatycznych wydarzeń, które mogą się pojawiać w snach, poczucie mieszania się przeszłości z teraźniejszością, silne i  uporczywe wspomnienia w ekspozycji na sygnały przywołujące przebyte doświadczenia.

###banner###

Czy istnieją jeszcze jakieś inne objawy?

Charakterystyczne jest też unikanie pewnych myśli. Z  jednej strony myśl wdziera się do psychiki jakby mimowolnie, a z drugiej – dana osoba próbuje się od niej oddzielać, unikać miejsc, rozmów, działań, uczuć, które są związane z traumatycznym wydarzeniem. Znam 60-letnią osobę pochodzenia żydowskiego, która mówiła mi, że na samą myśl o odwiedzeniu miejsc w  Warszawie, gdzie znajdują się pozostałości muru getta, odczuwa ból w brzuchu. Ewidentnie doświadcza traumy transgeneracyjnej: ból części jej ciała pojawia się w miejsce potencjalnej rozpaczy i cierpienia związanych z podjęciem opłakiwania straty.

Jednak chyba najważniejszym objawem mającym przełożenie na relacje, czyli na to, jak osoby straumatyzowane wychowują swoje dzieci, są uporczywe, negatywne oceny siebie, innych i świata oraz przewaga negatywnych stanów emocjonalnych.

Wspomniała Pani o negatywnych myślach osób doświadczających traumy. Czy byłby zatem jakiś charakterystyczny język, którym się posługują?

Negatywne myśli mają związek z funkcjonowaniem poznawczym i  sposobem działania. Wyniki badań pokazują związek zaburzenia po stresie traumatycznym z zaburzeniami osobowości borderline, czyli z pogranicza psychozy i nerwicy. Chodzi o rodzaj problematycznego funkcjonowania psychicznego, który bazuje m.in. na mechanizmie rozszczepienia (na świat dobry i zły), a także idealizacji i dewaluacji innych osób oraz relacji z nimi. Wyniki badań empirycznych ujawniają, że 30–50% osób z  PTSD ma osobowość borderline.

Czy u uchodźców z Ukrainy możemy już mówić o wystąpieniu PTSD?

Nie mamy podstaw, by diagnozować te osoby w kierunku PTSD bez badania psychiatrycznego. Możemy obserwować ich reakcje, ich niepokój, omawiać negatywne stany, na które zwraca uwagę coraz więcej specjalistów zajmujących się uchodźcami. Izraelscy badacze, mający w tym zakresie duże doświadczenie, często mówią, że u  jednostek zmagających się z  traumą pojawia się postawa roszczeniowa. Ona nie jest wpisana w spektrum PTSD, ale wiąże się ze stresem, który przekracza możliwości radzenia sobie z trudną sytuacją.

Gdyby uchodźcy i  uchodźczynie z Ukrainy zostali poddani badaniu, to pewnie spora ich grupa mogłaby mieć elementy charakterystyczne dla PTSD. Jednak to, że uciekające kobiety i dzieci dostały szybką pomoc w  innym kraju, pozwoliło lepiej poradzić sobie w stresie. Hojne wsparcie Polaków sprawiło, że przestało być zagrożone życie i zdrowie uchodźców i uchodźczyń. W ciemnych barwach jednak widzę sytuację osób bezpośrednio uczestniczących w wojnie. Badania psychiatry Bessela van der Kolka wykazują, że u ok. 50% żołnierzy walczących na froncie może rozwinąć się PTSD. Kiedy wrócą do swoich rodzin i do swoich bliskich, to wniosą w tę przestrzeń swoje traumatyczne przeżycia.

Zespół stresu pourazowego dodano do klasyfikacji DSM dopiero w 1980 r. na podstawie badań prowadzonych wśród żołnierzy walczących w Wietnamie. Co te badania wykazały? Na czym polega ich przełomowość?

W  latach 80. w odniesieniu do żołnierzy amerykańskich, którzy walczyli w Wietnamie, stworzono konstrukt PTSD. Dzisiaj rodzi on krytykę, ponieważ został wypracowany na użytek osób, które z  punktu widzenia Wietnamczyków były sprawcami. Psychoanalityczka Wiola Rębecka-Davie, autorka książki Rape: A History of Shame. Diary of the Survivors (Gwałt. Historia wstydu. Wspomnienia ocalałych), uważa, że gwałt jest bronią wojenną. Na podstawie swoich badań stworzyła pojęcie war rape survivors syndrome, czyli syndrom ocalałej po gwałcie wojennym. Autorka pisze tak: „Ukułam ten termin po rozmowie z Jazydką, która była zniewolona i  przez długi czas wykorzystywana jako seksualna niewolnica przez ISIS. Ona powiedziała mi, że chociaż rozumie, że cierpi na PTSD, to absolutnie nie chce mieć z  tym terminem nic wspólnego, bo tym samym terminem opisuje się zarówno osoby, które zostały zgwałcone, jak i żołnierzy, którzy gwałcą”. Tak więc podejście do konstruktu PTSD obecnie jest na etapie weryfikacji.

Wojna w Ukrainie obudziła także silne emocje wśród Polaków. Wielu ludzi pamięta przecież II wojnę światową. Z czym mogą mierzyć się teraz te osoby, którym powtarzano, że już nigdy więcej nie doświadczą wojny?

Zacznę od konkretnego przykładu. Mam 90-letnią ciocię, która jako dziewczynka przeżyła powstanie warszawskie. Gdy zawyły syreny w  Polsce na początku wojny na Ukrainie, to przez kilka godzin płakała. Mimo pomocy rodziny nie potrafiła się uspokoić.

To zresztą bardzo ciekawe, bo jak podkreśla van der Kolk, osoby straumatyzowane koi się tak jak dziecko, przerażeni dorośli reagują na te same pocieszajki co dzieci: łagodny dotyk, kołysanie, zapewnienie, że ktoś się wszystkim zajmie i że można bezpiecznie zasnąć.

Moja ciocia po tym czasie wielkiego pobudzenia, kiedy była przytulana przez najbliższych, usnęła i dopiero to przyniosło jej spokój. Nie wydaje mi się, żeby miała rozwinięte PTSD, natomiast w jej przypadku była to po prostu ostra sytuacyjna reakcja na dźwięk syreny, przywołujący wspomnienia wojenne.

A co na temat doświadczeń tych osób mówią badania?

Badania pokazują, że w populacji ogólnej na Zachodzie poziom PTSD wynosi średnio ok. 5%. Natomiast w  Polsce w  2008  r. były prowadzone ważne badania psycholog Mai Lis-Turlejskiej z zespołem na osobach, które przeżyły wojnę jako dzieci. Wykazały one, że 55,6% polskich Żydów deklarowało symptomy PTSD, a  wśród etnicznych Polaków ten wskaźnik wyniósł 30,9%. Badania z 2012 r. mówią, że u osób młodszych, należących do tzw. drugiego pokolenia, wynosi on ciągle ponad 20%.

Jak radzi sobie najmłodsze pokolenie?

Badania Małgorzaty Dragan w grupie studentów pokazują, że spośród 509 osób aż 11,4% wykazywało cechy świadczące o występowaniu PTSD. Generalnie jesteśmy bardzo straumatyzowaną populacją i w związku z tym konfrontacja z wojną za granicą i lękiem przed tym, że ona przeniesie się do nas, uaktualnia doświadczenia naszych przodków przekazywane międzypokoleniowo.

Jaki bagaż emocjonalny wiąże się z tym przekazem? Często mówi się o dwóch skrajnych schematach: albo byciu nadopiekuńczym, albo o wspomnianej już parentyfikacji. Bardzo dobrze pokazuje to książka Oskarżam Auschwitz Mikołaja Grynberga, gdzie dzieci osób, które przeżyły obóz koncentracyjny, opowiadają albo o rodzicach nadmiernie troskliwych, albo o tych, którzy milczą i trzeba się nimi opiekować. Mogłaby Pani przybliżyć te dwa schematy?

Straumatyzowany rodzic w relacji z  dzieckiem nie jest zdolny do pełnienia funkcji rodzicielskiej w  zwykły sposób. Nie stanowi bowiem bezpiecznej bazy w rozumieniu autora teorii więzi psychicznej Johna Bowlby’ego. Każdy stres, napięcie, zdenerwowanie dziecka aktywują w  nim jego własne trudne doświadczenia. Widzi w  dziecku obcego, który bardziej czegoś żąda lub czegoś chce, niż osobę, z  którą relacja daje przyjemność.

Przyjemność wiąże się z możliwością relaksu, a jeśli ktoś jest cały czas czujny, gdy, jak to określiła psychoterapeutka Joanna Chmarzyńska-Golińska, niczym surykatka stoi na kopczyku i bacznie obserwuje, czy nie pojawia się niebezpieczeństwo, to nie odczuwa radości w relacji z dzieckiem, w tym relacji cielesnej. W takiej sytuacji potrzeby dziecka uruchamiają w rodzicu jego niespełnione pragnienia.

Książka Oskarżam Auschwitz jest istotna, bo pokazuje również elementy relacyjnej traumy utajonej, czyli taką sytuację, gdy rodzic jest na tyle niewydolny, że dziecko myli mu się z własnym rodzicem, który nie był w  stanie się nim zaopiekować. Oczekuje zatem od niego troski i wsparcia. Mniejszy problem mamy wtedy, gdy to jest wsparcie instrumentalne, czyli gdy np. dziecko ma sprzątać, gorzej, gdy konieczna jest opieka emocjonalna. Taki rodzic może albo przylegać do dziecka, albo je zaniedbywać.

Miałam okazję napisać wstęp do książki Marii Buko Pogłosy składającej się z wywiadów z etnicznymi Polakami, drugim pokoleniem, czyli dziećmi osób, które były w niemieckich obozach koncentracyjnych. Tam pojawiły się jeszcze inne wzorce radzenia sobie z traumą u drugiego pokolenia – szczególny rodzaj zamrożenia, agresywność i unikanie konfrontacji z trudnym tematem. Dla tych dzieci i ich rozwoju kluczowe było to, czy poza osobą straumatyzowaną w rodzinie był jeszcze ktoś bez tego rodzaju doświadczeń. Bo jeśli oprócz mamy, która przeżyła horror w  obozie, w  rodzinie jest też ciotka albo niania z  nieobciążoną psychiką, to dziecko właśnie od niej może dostać bezcenne wsparcie.

Czy może Pani przytoczyć historię ilustrującą te wzorce relacyjne?

W Pogłosach wypowiada się rodzeństwo: Bogna i Michał. Bogna poza mamą często przebywała z babcią, która była osobą niedostępną, a  Michał z  ciotką  – chodzącą dobrocią. I jak się rozwinęły ich wzorce radzenia sobie? Bogna powiedziała, że ona w ogóle nie chce się zajmować wojną, nie ma zamiaru o niej myśleć, stwierdziła, że „jej życie jest gdzie indziej”. Natomiast Michał jeździł do Ravensbrück na spotkania drugiego i kolejnych pokoleń. Był zaciekawiony przepracowaniem traumatycznej historii swojej rodziny i próbował zrozumieć zachowania potomków sprawców.

Przekazywanie schematów destrukcyjnych zachowań sięga także do kolejnych pokoleń. Moje pokolenie dzisiaj trafia do gabinetów psychoterapeutycznych i odkrywa, jak bardzo na ich życie wpływa historia rodzinna. Czy może być tak, że problemy ze zdrowiem psychicznym, z którymi zmagają się moi rówieśnicy, wynikają z nieprzepracowanej traumy ich dziadków czy pradziadków?

Absolutnie tak. Opisywaniem przekazu transgeneracyjnego zajmuje się m.in. neuronauka, która bada procesy zachodzące w  mózgu. Na przykład Amerykanie po wojnie w  Wietnamie w kontekście stresu pourazowego sprawdzali, jak działają poszczególne struktury w  mózgu osób uczestniczących w  traumatycznych zdarzeniach. Analizy pokazały, że zmniejszają się hipokamp i kora przedczołowa, które są odpowiedzialne za pamięć, a zwiększa się ciało migdałowate, które jest odpowiedzialne za odczuwanie lęku i agresji.

Neuronauka analizuje też to, w jaki sposób kontakt z osobami, które nie przepracowały traumy, wpływa na osoby znajdujące się w jej otoczeniu. Okazuje się, że takie straumatyzowane jednostki mogą „zarażać” bliskich swoimi stanami, bo gdy jest się z nimi w kontakcie i ma się zdolność do empatii, to ich przeżycia po prostu „wchodzą do środka”.

A jakie są inne drogi przekazu traumy?

Jedną z dróg są badania epigenetyczne. To jest ostatnio bardzo popularny obszar badań, na gruncie którego uczeni zajmują się tym, jak zmienia się ekspresja genów od rodziców pod wpływem środowiska, czyli określonych związków chemicznych wytwarzanych w czasie ciąży. Nie zmienia się zatem sama forma genów, tylko zmienia się ich ekspresja. Jadwiga Jośko-Ochojska mówi tak: „Dziedziczone zmiany epigenetyczne są po to, aby przygotować dziecko do życia w środowisku podobnym do tego, które stało się udziałem jego rodziców”. Jeśli Pani, czyli trzecie pokolenie, dziedziczyłaby według linii epigenetycznej, to organizm wymyślił to tak, żeby pomóc Pani przystosować się do bardzo trudnych doświadczeń. Badania epigenetyczne są prowadzone na myszach, które żyją krótko, więc można zanalizować zachowania wielu generacji. Pokazują one, że jeśli mama była stresowana, a po urodzeniu dziecko zostało natychmiast od niej oddzielone, to ono potem bało się tego samego co ona.

Co z badaniami na ludziach?

Badania na ludziach prowadziła Rachel Yehuda, ale obejmowały one bardzo małą grupę. U 32 kobiet i mężczyzn pochodzenia żydowskiego, którzy przeżyli Holokaust przeprowadzono testy genetyczne. W podobny sposób zbadano także 22 ich dorosłych dzieci. Wybrano osoby, które przebywały w obozie koncentracyjnym, musiały się ukrywać, doświadczyły tortur lub były ich świadkiem. Grupę kontrolną stanowiły natomiast rodziny żydowskie, które w czasie II wojny światowej żyły poza Europą. Okazało się, że osoby, które doświadczyły Zagłady, miały odmienny wzorzec metylacji, czyli przyłączania cytozyny w  wybranym genie. Zmiany zaobserwowano także w grupie dzieci tych osób. To fascynujące wyniki, wymagają dalszych badań.

Czy istnieje jeszcze inna droga przekazywania traumy?

Kolejny sposób przekazu traumy badany jest w  kontekście teorii przywiązania. Dotyczy on tego, jak pokolenie rodziców przenosi na pokolenie dzieci i wnuków swoje postawy, sposoby zachowań, wstyd i poczucie winy, a  także swoje tajemnice i  nieprzepracowane doświadczenia. Jeżeli rodzic jest w stanie radzić sobie z zagrożeniem poprzez umysł (np. myślenie), a nie działanie (np. zachowania impulsywne albo związane z uzależnieniem), to dziecko także może wejść na podobną drogę rozwoju.

O przekazie doświadczeń traumatycznych wyraźnie mówią teksty kultury. Nawet jeśli nie ma w nich mowy o dosłownym dziedziczeniu, przekazywane są określone schematy zachowań. Pisarka Izabela Filipiak – jako córka osób, które przeżyły wojnę – w rozmowie z Katarzyną Bielas mówiła tak: „Czasem miałam wrażenie, że rodzice zatrzymali się w rozwoju na wojnie. Że nadal ich głównym celem w życiu jest przetrwanie. Wtedy pomija się wyższe uczucia, nie wierzy w negocjacje. Współczucie jest niebezpieczne, bo oznacza słabość. (…) miałam tę wojnę odtwarzaną nie przez sześć, tylko przez 18 lat. I tak zostałam najmłodszą ofiarą II wojny światowej”. Z kolei jedna z bohaterek książki Grynberga Miri, córka ocalałej, mówi: „Hitler byłby zadowolony. Ta jego wojna niszczy mnie do dzisiaj”. O wojennej traumie matki, która odciska piętno także na córce, pisze też np. Magdalena Tulli we Włoskich szpilkach czy Szumie. Czy literatura może być lekarstwem na trudne doświadczenia?

Myślę, że osoby, które opisują swoje życie albo życie innych, dosyć często zatrzymują się w momencie tuż przed przepracowaniem traumy. Ciągle o niej myślą i mówią, jednak nie podejmują w  imieniu ofiar i swoim pracy żałoby, czyli pozostawienia trudnych doświadczeń w przeszłości. Nie dochodzą do tego etapu, o którym mówił psychoanalityk Harald Kudler, że straumatyzowana osoba w procesie psychoterapeutycznym może odzyskać podstawowe zaufanie do siebie, innych ludzi i świata. Moim zdaniem jeśli pacjent w  psychoterapii wraz z terapeutą prawdziwie „dotknie” bólu z przeszłości swoich bliskich i własnej, to może nastąpić u niego zmiana narracji o sobie i świecie, czyli odejście od pozycji unikającej albo wściekłej, roszczeniowej ofiary (victim), poprzez pozycję ocalonego (survivor), do pozycji odrodzonego, nastawionego na rozwój i wzrost (thriver). Osiągnięcie tego etapu to jest zostawienie przeszłości w przeszłości, a nie – jak to robi ocalony – ciągłe mieszanie przeszłości z teraźniejszością. Ocalony w jakimś sensie nie jest w stanie opłakać straty z przeszłości i ciągle do niej wraca. Ten proces nie jest prosty, wiem, ile bólu i cierpienia kosztuje to moich pacjentów, z którymi miałam przywilej pracować. Uważam, że jest niezwykle ważne, iż trzecie pokolenie zaczyna mówić i nazywać te zjawiska, tak jak autorka Pogłosów czy też Pani teraz w rozmowie ze mną.

Mark Wolynn, autor książki Nie zaczęło się od ciebie, opowiada o swoich zmaganiach z migreną oczną, której głęboka przyczyna tkwiła w nierozwikłanych relacjach z rodzicami. Tłumaczy: „Nie da się tego obejść: historia rodziny to nasza historia. Czy nam się to podoba czy nie, nosimy ją w sobie”. Czy praca z, jak to nazywa Wolynn, wewnętrznym językiem rzeczywiście może prowadzić do wyleczenia traumy i przejścia z roli ofiary do odrodzonego?

Pisanie leczy, narracja leczy, zarówno prowadzona w  obecności drugiej osoby, która nie była obarczona traumą, jak i w procesie autoleczenia. Uruchamiamy wtedy w umyśle pewien rodzaj niewidzialnego trzeciego, do którego mamy dystans i  który pozwala nam nauczyć się czegoś, co trauma nam zabiera, czyli symbolizowania.

Na poziomie cielesnym osoba straumatyzowana nie może włączyć funkcji relaksu, ponieważ jest w  stałej czujności, czyli  – gdybyśmy na to spojrzeli z perspektywy biologicznej – jej układ przywspółczulny działa inaczej niż u osoby niestraumatyzowanej.

Symbolizowanie, czyli nadawanie znaczenia stanom psychicznym, uczuciom, myślom, to jakiś rodzaj kojenia siebie, opieki nad sobą samym, także na poziomie cielesnym.

Jak trauma może zapisać się w ciele?

Prowadziłam kiedyś projekt dotyczący astmy oskrzelowej, która u pewnych osób wiązała się z cechą funkcjonowania psychicznego dotyczącą braku słów do opisania emocji. To zaburzenie nazywa się aleksytymią. Badacze odwołujący się do teorii psychodynamicznych zaliczają astmę do zaburzeń psychosomatycznych. Choruje organ najbardziej podatny biologiczne. Osoba z aleksytymią ma problem z nazwaniem swoich stanów i choroba staje się swoistym „pomostem” pomiędzy ciałem i psychiką. Dana osoba reaguje ciałem na trudne doświadczenia, bo mogła nie mieć opiekuna, który potrafiłby symbolizować. A tym właśnie jest określanie stanów psychicznych za pomocą słów. Mama czy tata nie nauczyli dziecka, że lęk można nazwać lękiem, a  złość złością. Konflikt psychiczny nie może więc ujawnić się w  jego umyśle, tylko natychmiast przechodzi na poziom ciała, jak u niemowlęcia. Trauma może się także zapisać w obrazie ciała osoby, czyli w mentalnej reprezentacji ciała w umyśle, która tworzy się u dziecka około szóstego–siódmego roku życia. W naszych badaniach nad parentyfikacją mogliśmy wykazać, że osoby, które doświadczyły odwrócenia ról w rodzinie, były bardziej niezadowolone ze swojego ciała i jego części, a także mniej nastawione na dbanie o zdrowie w porównaniu z osobami, które nie musiały doświadczać takiej formy ukrytej przemocy w rodzinie.

A gdzie w tym spektrum plasowałyby się zaburzenia odżywiania? 

Zaburzenia odżywiania są ściśle połączone z aspektem relacyjnym. Ciało choruje tam, gdzie umysł w  jakiś sposób nie może sobie poradzić z trudnym doświadczeniem. Tak się dzieje nie tylko w anoreksji, ale też w przypadku otyłości. Psychiatra Vincent Felliti badał grupę osób, które w dzieciństwie doświadczyły wykorzystania seksualnego, i diagnozował wśród nich bardzo duży procent osób, głównie kobiet, otyłych. Miało to związek z negatywnym obrazem siebie zbudowanym na podstawie trudnych doświadczeń. Duże, nieatrakcyjne ciało dla wielu osób wykorzystywanych seksualnie może pełnić funkcję obiektu, który zapewnia im bezpieczeństwo, chroni przed kolejną przemocą.

Mówimy dużo o negatywnych doświadczeniach. A czy może być też tak, że trauma będzie się wiązała ze wzrostem i rozwojem? Czy stąd brałaby się nieprzeciętna siła psychiczna, którą często reprezentuje pokolenie moich dziadków?

Obecnie prowadzone są badania na temat wzrostu potraumatycznego, który dotyczy zmian w percepcji siebie i relacji z innymi na skutek trudnych doświadczeń. Wyniki badań psycholog Janiny Ogińskiej-Bulik pokazują, że przeżycie traumy może prowadzić do większego doceniania życia oraz pogłębiania duchowości i  / lub religijności, a  także skuteczniejszego radzenia sobie z przeciwnościami losu. Jeśli przeszło się przez naprawdę traumatyczne zdarzenie i się przetrwało, to u osób z pokolenia Pani dziadków w  sytuacji takiej jak np. zalanie mieszkania może wystąpić reakcja, którą można streścić słowami: „Przecież nic takiego się nie stało”, „To jest coś, co można naprawić”.

Dlaczego nie wszyscy, którzy doświadczyli wydarzeń traumatycznych, tak reagują?

Ważny jest punkt wyjścia przed sytuacją traumatyczną. Po pierwsze, to, w jakim wieku jest dziecko czy młody człowiek, kiedy dochodzi do traumatycznego doświadczenia egzystencjalnego. Jeśli dziecko ma między pięć a jedenaście lat, to konfrontacja z traumą jest dla niego bardzo trudna, a jak jest nastolatkiem, jest już mu trochę łatwiej. Po drugie, istotne jest otoczenie. Przykładowo: jeśli miała Pani rodziców, którzy byli wystarczająco dobrzy i pozwalali budować zaufanie do siebie i świata, to po ewentualnym doświadczeniu traumatycznym znacznie łatwiej będzie Pani uruchomić proces przepracowania go, a w efekcie wzrost potraumatyczny.

Ciekawi mnie też to, że mimo iż często o historiach wojennych naszych dziadków nie mówi się wiele, dowiadujemy się o nich jedynie z rodzinnych historyjek, często o charakterze anegdotycznym, to wojny jest pełno w różnych przestrzeniach, co znajduje odzwierciedlenie w programie nauczania, upamiętnianiu rocznic, odsłanianiu tablic. Wojny jest sporo, a trauma pozostaje nieprzepracowana. Z czego to wynika?

Bessel van der Kolk mówił, że nie jest bardzo optymistyczny, jeśli chodzi o naturę ludzką, z dosyć prostego powodu, a mianowicie ze względu na trwałość polaryzacji sprawca–ofiara. Ofiara dąży do tego, żeby dotknąć jej cierpienia i współodczuwać, natomiast sprawca chce, żeby zapanowała cisza. Zdarza się też, niestety, że w swojej narracji czyni z ofiary współsprawcę. Odsłanianie tablic jest bardzo zewnętrznym sposobem upamiętniania, w zasadzie bez dotykania tego cierpienia. Na przykład w Warszawie już dobrych kilka lat temu w wakacje, w zasadzie z dnia na dzień, bez jakichkolwiek konsultacji społecznych powstała kładka światłowodowa na ul. Chłodnej, która miała odwzorowywać miejsce łączące tzw. małe getto i duże getto. Mam gabinet bardzo blisko tego miejsca, właściwie już na terenie getta. Ta kładka powodowała u moich pacjentów z drugiego pokolenia silne emocje i myśli typu: „Oni mi tu zrobili znowu getto. Jakim prawem?”. Jedna z pacjentek powiedziała mi wtedy: „To tak, jakby komuś na podwórku wybudować szubienicę, bo tam kiedyś stała”. Sposób upamiętnienia uwzględniający polaryzację sprawca–ofiara jest bardzo trudny, wymaga głębszego namysłu.

A czy można się uchronić przed traumą?

Bardzo wierzę w leczniczą funkcję bliskości, intymności, dobrej relacji, bezpiecznej więzi, które – jak mówił psycholog Simon Baron-Cohen – są jak „wewnętrzny garniec złota”.

A  druga rzecz, która przychodzi mi do głowy, i na tym polu jest chyba znacznie więcej do zrobienia, to jest myślenie o ciele jako o  bezpiecznym, dobrym domu, a nie jako o wizytówce, narzędziu, które ma się dobrze prezentować czy być modyfikowane np. przez operacje plastyczne, żeby spełniać zewnętrzne oczekiwania.

Psychoanalityk Alberto Eiguer kiedyś powiedział, że mamy trzy skóry: pierwsza jest fizyczna, drugą stanowi ubranie, a trzecia skóra to jest to miejsce, w którym mieszkamy. Musimy nad nimi pracować tak, żeby one były spójne, żeby miało się poczucie, że ciało to część „ja”. Ostatnio byłam w jednym z warszawskich liceów, gdzie na korytarzu rozwieszono zrobione przez uczniów plakaty informujące o tym, co zrobić, żeby zatrzymać body shaming. Takie działania dają nadzieję, że nauczymy się właściwie dbać o siebie, o swoją psychikę i o swoje ciała. I wtedy łatwiej nam będzie konfrontować się z  trudnymi doświadczeniami, bo będziemy mieć swój wewnętrzny dom.

_

Katarzyna Schier
Prof. psychologii, wieloletnia pracowniczka Wydziału Psychologii UW i psychoterapeutka. Zajmuje się zaburzeniami psychosomatycznymi, problematyką obrazu własnego ciała oraz ukrytymi formami przemocy w rodzinie. Opublikowała m.in. Dorosłe dzieci. Psychologiczna problematyka odwrócenia ról w rodzinie (2014, 2022) oraz pracę pod swoją redakcją Samotne ciało. Doświadczenia cielesności u dzieci i ich rodziców (2020)

Artykuł pojawił się w numerze: Mądrość ciała