Subskrybuj
Ilustracja: Aleksandra Stanglewicz / fot. Beata Zawrzel / Reporter
Pochodząca z beskidzkiej wsi Żeleźnikowa Wielka autorka sześciu książek poetyckich, w tym nagradzanych tomów Matecznik i Sny uckermärkerów (Nagroda Literacka Gdynia, 2019). Za tom Mer de Glace (Wydawnictwo Warstwy, 2021) dostała Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej (2022). Jej...

Ruch przeciwko utracie

Chcę biegać na swoich warunkach, wybierać trasy pozbawione oznaczeń, kierować się tym, w jaki sposób prowadzą mnie ukształtowanie terenu, linia rzeki czy potoku, warunki atmosferyczne czy to, co podpowiada mi ciało.

Możliwe, myślę, że najwięcej o  życiu powiedziała mi choroba i idąca za nią śmierć. Możliwe, że w momentach spadku siły, energii, nastroju, entuzjazmu, spadku, który chciałby zatrzymać mnie w czterech ścianach, a już najlepiej w  wygodnym łóżku, wstać nakazuje mi pamięć o chorobach. Przed oczami staje mi wtedy cały wachlarz dziecięcych i młodzieńczych niedomagań – świnki, ospy wietrznej, płonicy, odry, liszaja. Jest jeszcze i inna choroba, nie moja, ale taka, przy której asystowałam, i to ona najmocniej prowokuje mnie do życia, a w tym do ruchu. Wystawiania się na to, co zewnętrzne, pobudzania swojego ciała do wysiłku, a także do podejmowania pewnego ryzyka. To wszystko trzyma mnie blisko życia, jest zaświadczaniem o nim. Jesteś, bo czujesz.

Tego lata przyglądałam się uważnie swojemu ciału, wspominałam rygorystyczne treningi, które poprzedzały zeszłoroczną przygodę przebiegnięcia wzdłuż Wisły od źródła do ujścia.

Dwa lata przygotowywań pod to konkretne doświadczenie, dwa lata pracy z  ciałem pod okiem trenera i fizjoterapeuty pozwoliły mi – muszę to przyznać – spojrzeć na swoją fizyczność jak na wspaniały, perfekcyjny mechanizm. Mechanizm, który da się wytłumaczyć za pomocą matematyki, fizyki, biochemii, ale, przecież, jest tam też sporo poezji.

Przypatruję się ciału i podczytuję do tego Catherine Malabou. Jej refleksje na temat tego, co (i jak) plastyczne w  nas, czy wymazywanej przyjemności przynoszą mi nowe patrzenie na somę, a także coś we mnie porządkują. Filozofka przywołuje w jednym z tekstów twierdzenie XXXIX księgi IV Etyki Barucha Spinozy: „To, co sprawia, że zostaje zachowany stosunek ruchu i spoczynku, w jakim pozostają wobec siebie części ciała ludzkiego, jest dobre; przeciwnie zaś, złe jest to, co sprawia, że części ciała ludzkiego przybierają inny stosunek wzajemny ruchu i spoczynku”. Malabou odczytuje to jako wskazanie na różnicę między życiem a śmiercią. Życie definiuje jako harmonijne współdziałanie ruchów ciała, śmierć jest tego przeciwieństwem  – części ciała są bezwiedne, niewspółpracujące, sztywne. Wspominam o tym dlatego, że jest to odpowiedź na tak często zadawane mi pytanie: dlaczego biegasz? Podążając za rozpoznaniem autorki Ontologii przypadłości, mogę odpowiedzieć: biegam przeciwko śmierci, biegam, żeby utwierdzić się w życiu.

###banner###
Ma to korzenie w mojej biografii, w towarzyszeniu chorobie jednej z najbliższych mi osób, towarzyszeniu rozpisanym na dwa lata, towarzyszeniu w słabnięciu, znikaniu, starzeniu się ciała. Choroba ta sprawiła, że przestałam ufać temu, co fizyczne. Ciało mojej bliskiej było czymś, co zwiastowało śmierć, będąc jednocześnie życiem.

W tamtym czasie, a były to lata rozpisane na kolejne stadia choroby, moje bieganie, a dodam, że biegam, odkąd pamiętam, zmieniło formę. Wybiegałam w beskidzką wieś, mając w sobie sporo napięcia, niosąc ze sobą nieokreślony żal, może nawet, tak, złość. Biegałam w  ten młodzieńczy sposób, całą sobą, po to, żeby się zmęczyć, żeby zabolało, żeby poczuć, że mam ciało, że żyję. A kiedy przyszła śmierć i  zabrała, co swoje, to wówczas zaczęłam biegać inaczej, ostrożniej, czulej, z innym bagażem, a była to (i jest dalej) żałoba.

Jest taki wiersz Forresta Gandera, w którym opisuje on starzenie się, a może i chorowanie. Widzę w  tym utworze też miejsce dla doświadczania choroby czy starości przez kogoś z zewnątrz, obserwatora, obserwatorkę. Bycie blisko obiektu, który się traci, który niknie, sprawia, że traci się również w jakiś sposób siebie. Współodczuwanie? Możliwe. Wiersz prowadzony jest tak:

ale twoja twarz jest
odmieniona, powleka ją
sieć zmarszczek. To
najwyraźniej
następny etap,
na którym zaczynasz

rozpoznawać w swoim
śmiertelnym ciele,
w tym splocie
najróżniejszych zaczepów do świata

repozytorium wszystkiego,
co nieświadomie
wziąłeś w siebie, ludzkiego
i nie, ta naładowana
i reagująca całość

sprawia, że teraz drżą ci
ręce, skoro
dostrzegasz
ciało twojego ciała –
podobne do
wiszącego nieruchomo dzwonu,
który zbiera i skupia
wszystkie okoliczne
widmowe pogłosy

(tłum. J. Fiedorczuk).

 

Czytam i  chcę ten nieruchomo wiszący dzwon rozbujać, rozdzwonić, wprawić w ruch. Możliwe, myślę teraz, że bieganie jest dla mnie takim uderzaniem w dzwon. Wprawianiem w drgania ciała. Idą za tym: ruch, energia, wymiana. Jest w tym jeszcze i to – ciało, jego plastyczność, jego zmienność i praca z nim może doprowadzać do przemiany. Tak, jest to moim udziałem.

Wrześniowa przygoda z 2021 r., która zakończyła się przebiegnięciem w  ciągu 28 dni dystansu 1113 km, miała dla mnie znamiona pielgrzymki, a zatem jej owocem – żywiłam nadzieję, że tak będzie – miała stać się właśnie jakiegoś rodzaju przemiana. Gdy ruszałam w bieg, istotne były dla mnie kwestie aktywistyczne (budowa drogi wodnej E40, to, w jaki sposób traktujemy rzeki, naturę), ale linia Wisły już w pierwszych dniach tamtego wysiłku uświadomiła mi, że będzie to też czas skupienia uwagi na ciele, przebywania przez wiele godzin dziennie samej, uważnego śledzenia każdego kroku, rejestrowania najdrobniejszego sygnału z ciała. I tak było.

Bieganie od zawsze miało dla mnie wymiar pielgrzymowania. A  pielgrzymowanie  – jak pisze Rebecca Solnit – „daje możliwość rzeczywistego ruchu na drodze wysiłków i znojów podejmowanych własnym ciałem, krok za krokiem, ku ulotnym duchowym celom, które w inny sposób trudno by było uchwycić. Jeśli idzie o to, jak osiągnąć przebaczenie, ozdrowienie i prawdę, dręczy nas wieczna niepewność, doskonale jednak wiemy, w  jaki sposób przejść z jednego miejsca do drugiego, niezależnie od tego, jak bardzo uciążliwa byłaby droga” (tłum. A. Dzierżgowska, S. Królak).

Ruszanie w bieg to dla mnie każdorazowo ruszanie ku konkretnemu celowi, może to być ta piękna topola w Lesie Wolskim, może to być srebro tafli Rudawy, może to być psia plaża w Brzeźnie, może to być czyjś grób lub wyryte w korze drzewa wyznanie miłości.

Cel porządkuje strukturę biegu, pozwala rozłożyć siły, zwizualizować sobie wysiłek i przez tę wizualizację oswoić go. Najwspanialszy jest ruch, sam w sobie, uruchamianie mechaniki organizmu, uwalnianie umysłu, chociaż muszę przyznać, że każdorazowo pierwsze 30 min biegu to niewielka przyjemność, wiem, co się dzieje wtedy w moim ciele – przechodzi ze spoczynku w ruch, szuka najlepszego sposobu pobierania energii i tlenu, dostraja się. Po 30 min wpadam w trans, a jeśli jest on jeszcze napędzany krajobrazami, tym, co z natury, to czuję, że osiągnęłam harmonię ze światem.

W ostatnich latach zrezygnowałam z  długich ultramaratońskich zawodów, oddalił mnie od nich komercyjny rys tych imprez, dodatkowo „rywalizacja” to nie jest moje ulubione słowo. Chociaż wspomnienia np. z  biegu Lavaredo Ultra Trail, gdzie pokonałam 120 km, w  tym prawie 6000 m przewyższenia, w rajskich krajobrazach włoskich Dolomitów, to było doświadczenie totalne, budujące, przemieniające. Wbiegając na metę, mówiłam sobie w myślach: „życie, życie!”.

Chcę biegać na swoich warunkach, wybierać trasy pozbawione oznaczeń, kierować się tym, w jaki sposób prowadzą mnie ukształtowanie terenu, linia rzeki czy potoku, warunki atmosferyczne czy to, co podpowiada mi ciało. Możliwe, że mówię tu o wolności i swobodzie, o chęci samostanowienia również w wyborze trasy, jej intensywności, płynności.

Po przebiegnięciu długości Wisły już następnego tygodnia wróciłam do treningów. Były we mnie jeszcze wiślana adrenalina, entuzjazm, euforia. Wspaniale było po dwóch latach skrupulatnego realizowania tabelek z treningami wrócić do biegania po swojemu. Taka jego odsłona jest dla mnie czymś podobnym do lektury wierszy, powiedzmy, poematów Alice Oswald, Anne Carson czy Glorii Gervitz. Prowadzą one narrację wzdłuż konkretnej linii, tematu, jednak pozwalają sobie na dygresje, zatrzymania, przyśpieszenia, dozowanie napięć. I w bieganiu mam podobnie, lubię znać główną linię, ale przyjemność daje mi wystawianie się na bodźce, przyjmowanie impulsów z  zewnątrz, konfrontowanie ich z tym, co w środku, dygresje, które się zdarzają, takie jak te: przystanek, żeby dotknąć kory platana; zatrzymanie się, żeby spojrzeć na klucz kormoranów przelatujący nad głową; zastygnięcie, żeby wysłuchać koncertu szczekającego lisa; obmycie twarzy w  potoku; zerwanie liści mięty i roztarcie jej na nadgarstkach.

Bieganie, myślę, jest bardzo blisko literatury (i odwrotnie). To i to zasadza się na procesie, ruchu ku czemuś, to i to inspiruje, to i to utwierdza w tym, że się żyje.

Artykuł pojawił się w numerze: Mądrość ciała